Dzisiaj jest: wtorek, 23 maja 2017   Imieniny: Iwona, Dezyderiusz

więcej ›

PUBLICYSTYKA

Są (byli) wśród nas

"Wszędzie widzieć człowieka..."

„Wiarą i węglem ciosany”. To tytuł książki – właściwie wywiadu rzeki – poświęconej księdzu prałatowi Bernardowi Czerneckiemu. Ale publikacja, która niedawno trafiła do rąk Czytelników, to przede wszystkim życiorys nietuzinkowego człowieka. Począwszy od dzieciństwa, naznaczonego wojennym piętnem, na posłudze kapłańskiej i działalności społecznej kończąc. Z pewnością jastrzębski duchowny należy do jednych z najwybitniejszych postaci. Postaci, które zapisały się nie tylko w historii Jastrzębia-Zdroju, ale także całej Polski. Oto przypowieść o duszpasterzu, który w życiu kierował się prostymi zasadami. Pokój, zgoda, jedność i miłość, czyli czterema drogowskazami, „żeby się nie zgubić, nie ustać w drodze...”

„Nie Niemcom, tylko ludziom”
Mały Bernard zapamiętał ten obrazek jako coś wyjątkowego. To szczególne uczucie, jakie towarzyszyło kilkuletniemu chłopcu, kiedy obserwował stojącego w progu drzwi ojca. A idącego bladym świtem „na szychtę” mężczyznę żegnała cała rodzina. Ostatnie spojrzenie ojcowskich oczu, słowa matki, znikająca powoli męska sylwetka. „Tata na pożegnanie czynił nam na czołach znak krzyża świętego. Po latach uświadomiłem sobie, że w tym codziennym porannym rytuale jego miłość ojcowska splatała się z naszym strachem o niego” – wspomina ksiądz Bernard Czernecki. Ojciec Bernarda przepracował na „Wujku” 36 lat. A każde jego wyjście do pracy wpisywało się w etos górniczej pracy.

Albo kanapki, stosy kanapek, zabieranych czasami przez ojca „na grubę”. Mógłby pomyśleć, że górnicy pochłaniają w pracy całe góry chleba. Przy okazji rujnując swój rodzinny budżet. Mógłby tak myśleć, gdyby któregoś dnia zagadka ojcowskiego apetytu nie rozwiązała się sama: „Po wojnie jeździłem do liceum w Katowicach, czasami razem z ojcem, tym samym pociągiem. On z torbą pełną kanapek. Co znowu? A on, że jeńcy niemieccy głodują – trzeba im pomóc. Niemcom, po tej paskudnej wojnie? Nie Niemcom, tylko ludziom, takim jak my!” Co ciekawe, wcześniej te same kanapki trafiały do rosyjskich jeńców...

„Co ja się strachu najadłem!”
Katowice, czasy okupacji, niepozorny 12-latek siłuje się z monstrualnych rozmiarów walizką. W środku zaś paczki dla więźniów, które miały zostać dostarczone do obozu w Oświęcimiu. W pewnym momencie zatrzymuje go niemiecki patrol, nakazując otworzenie podejrzanego bagażu. Przerażony chłopiec wybąkuje, że to suchy prowiant od wikarego dla najuboższych parafian. Żandarmi sprawdzają jego prawdomówność i puszczają wolno. „Co ja się strachu najadłem... a do śmiechu wówczas nie było” – zastrzega bohater książki.

A potem przyszło wyzwolenie. Świat zamknięty w czterech ścianach wilgotnej piwnicy. Uczucie oczekiwania, które udzielało się chroniącym „w podziemiach” domownikom. W tym samym czasie, zaledwie kilka metrów wyżej, powszechne grabieże, egzekucje, bezlitosny terror. Jednym słowem: Armia Czerwona wkroczyła do Kobióra. Rodzinnej miejscowości Bernarda Czerneckiego. „Oczekiwaliśmy ich z utęsknieniem, jak wyzwolicieli. Zanim nie przyszli. Nawet się pieszczotliwie mówiło, że „Rusałki” nadciągają i hitlerowców pogonią. Czar szybko prysnął” – ucina w pół zdania.

„Z całym bagażem wątpliwości”
W 1949 roku dla 19-letniego Bernarda zakwitły kasztany. Czas matur. Świeżo upieczony maturzysta postanowił, że zostanie aktorem. Szybko jednak zmienił zdanie. Z pewnością pomogli mu w tym koledzy, którzy pierwszy kontakt ze sceną teatralną mieli już za sobą. Ich pobudzające wyobraźnię opowieści o wątpliwym prowadzeniu się aktorskiej elity skutecznie zniechęciły młodego człowieka. Jego wybór padł na krakowskie seminarium. Nie obyło się jednak bez rozterek. „To nie jest tak, że przechodzisz furtę seminarium i klamka zapada. Wchodziłem w ten świat z całym bagażem wątpliwości” – mówi.

Święcenia kapłańskie przyjął w Siemianowicach Śląskich. Miejscowości leżącej w województwie stalinogrodzkim. Znak czasu? A może ironia losu? Potem była pierwsza parafia w Katowicach Brynowie. Mieszkanie kątem u ludzi. Spartańskie warunki – brak bieżącej wody i „przyzwoitka” na podwórku. Pierwsze kapłańskie doświadczenia...

„Sierp i młot”
Zmieniają się obrazy. Nie ma już małego Bernarda. Za to jest szpitalna sala, na której leży umierający człowiek. Na widok książęcej sutanny z jego ust wydobywa się soczysta wiązanka. Zatwardziały komunista, który wyrzekł się Boga. Nawet na piśmie. Jednak ktoś skutecznie znajduje drogę do jego „czerwonej” duszy. Za chwilę ksiądz Bernard wyspowiada pacjenta. Tylko co z pokutą? Konający mężczyzna nie znał przecież żadnej modlitwy... „To poprosiłem, żeby się przeżegnał, uczynił znak krzyża. Pomagam mu, prowadzę prawą rękę, a tu na przedramieniu wytatuowany sierp i młot” – przypomina sobie. Rzeczywisty znak tamtych czasów: sierp, młot i znak krzyża...

„Kościelne biuro meldunkowe”
Jastrzębie-Zdrój to był eksperyment społeczny. Średnia wieku 22 lata, 7 tysięcy uczęszczających na lekcje religii, chrzest za chrztem. Co ciekawe, kościół „na górce” stał się wkrótce punktem informacyjnym dla przybyszy spoza miasta. Nierzadko przyjeżdżających na komunię swoich bliskich. Ludzie zdezorientowani „monotonną” architekturą, ustawionymi jak pudełka zapałek blokami, szukali pomocy u księdza. I dziwili się, że nagabywany duchowny nie zna ich syna czy córki. Na szczęście w sukurs niecodziennym turystom przychodziła... lokalna władza. „Muszę szczerze powiedzieć, choć z władzą od początku miałem na pieńku, że nam dużo milicja pomagała, także biuro meldunkowe w magistracie. Sami też wyszukiwaliśmy w dziennikach z religii adresy dzieci komunijnych i zawoziliśmy rodziny pod te domy. W każdym razie, jak zaczynały się komunie, to na plebanii u „Katarzyny”, a potem już „Na Górce”, obowiązywał stan najwyższej gotowości bojowej” – uśmiecha się ksiądz Czernecki.

„Jak budowało się kościół?”
Do księdza Bernarda szybko przylgnęło określenie „zaopatrzeniowiec”. Intendent w sutannie objeżdżał okoliczne zakłady, dokonując cudów, żeby zdobyć cegły, cement, stal zbrojeniową... A na niczym takim się nie znał. To było jak pojedynek na drodze. Po jednej stronie biurka – on, którego ambicją było postawienie świątyni na „jastrzębskiej pustyni”. Po drugiej – dyrektor zakładu z partyjnego nadania. Nierzadko zdeklarowany przeciwnik Kościoła. Tak jak w przypadku Siemianowic Śląskich... „Z kwitkiem, że zapłaciłem za stal wracam do Siemianowic, żeby ustalić kwestię transportu. Pytam dyrektora, już lekko rozluźniony: 'Czy pan przypuszcza na co pójdzie ta stal?' 'Przypuszczam. I chyba się nie mylę'. 'A czy pan wie, kim jestem?' 'Wiem. I tu też się nie mylę'. I tak się rozstaliśmy z tym 'zaciekłym wrogiem Kościoła'” – ironizuje. Takich „zaciekłych wrogów” spotykał na swojej drodze zdecydowanie częściej...

„Sprawa honoru Ślązaków”
Ksiądz prałat Henryk Jankowski pojawił się w kościele „Na Górce” w orszaku Lecha Wałęsy, który ubiegał się o urząd prezydenta. Bez zbędnego wstępu oświadczył, że odprawi mszę, a w czasie kazania wytknie Ślązakom brak honoru i odwagi w 1980 roku. Przede wszystkim zaś zarzuci im, że przystąpili do strajku zbyt późno. Jednak gospodarz jastrzębskiej parafii, ku konsternacji swojego ”kolegi po fachu”, powiedział „pas”: żadnego wytykania, żadnej mszy... „A sprawa honoru Ślązaków dotknęła mnie do głębi serca. Do tego stopnia, że nie przyjąłem jego pamiątkowego medalu z okazji 25-lecia kapłaństwa” – relacjonuje. Ksiądz Bernard nie przejął się nawet tym, że gdyński duszpasterz obraził się i nie przyjął zaproszenia na uroczystą kopalnię.

„I bądź tu księże mądry!”
Czy księdza Bernarda Czerneckiego może coś jeszcze zaskoczyć? Skoro tańczył już z diabłem i aniołem? Czasami mówi się, że gdzie diabeł nie może, to babę pośle, a przynajmniej... gospodynię na plebanii. Najlepiej taką z Internetu, która oświadczy zdumionemu 85-letniemu duchownemu, że do kościoła nie chodzi, bo Bóg jest wszędzie. A na probostwo przyjęła się, ponieważ... chciała poznać tę instytucję „od kuchni”. I bądź tu księże prałacie mądry! Z drugiej strony, cała posługa księdza Bernarda Czerneckiego składała się z takich epizodów. Plejada osobowości, charakterów, sumień. Najważniejsze, aby widzieć człowieka takim, jakim jest, a nie jakim chcielibyśmy go zobaczyć. Czy warto dodawać coś więcej?

Ps. Wszystkie cytaty, wykorzystane w artykule, pochodzą z książki „Wiarą i węglem ciosany” autorstwa Jana Dziadula i Marka Kempskiego, która niedawno trafiła do rąk Czytelników. Niewątpliwie jest to wyjątkowa publikacja, będąca znakiem czasów. I trudnych wyborów. Zarówno w Jastrzębiu-Zdroju, jak i na całym Śląskim. Wydawcą książki jest Firma Dziennikarska POL-SIL – Jan Dziadul, Siemianowice Śląskie, jan_dziadul@wp.pl

 

czwartek, 21 maj 2015, Damian Maj

Mieszkanie

Jastrzębie-Zdrój

cena: 79 000,00 zł
MIESZKANIE JASTRZĘBIE-ZDRÓJ

46.15 m2, * TYLKO U NAS * POLECAMY * Polecamy na sprzedaż mieszkanie M-4 na ulicy Wodeckiego w niskim czteropiętrowym bloku. Mieszkanie do własnej aranżacji .Składa się z trzech pokoi, kuchni z oknem, łazienki oraz przedpokoju i przynależnej piwnicy. Okna PCV.... więcej

Wodeckiego, anita@jgn-vesta.pl, 881 404 854

Z NAMI W ŚWIAT

Rumunia

RUMUNIA !

... Wczasy w Rumunii , w wysokiej klasy hotelu z wspaniałym wyżywieniem All inclusive - hotel Turquoise. Wyjazd z Jastrzębia Zdroju w dniu 23.07 powrót 01.0 rozwiń ›

ceny od 1.790 zł

termin: lato 2017

więcej ofert biura ›

GMB Family Tours ›

ZOBACZ TEŻ INNE PROPOZYCJE. WARTO! ›

NAJCZĘŚCIEJ KOMENTOWANE

10/05

Dla kogo praca?

7

ARTYKUŁY

11/05

7 lat minęło

0

10/05

Dla kogo praca?

7

więcej

BLOGI

22/02

Mocne FILARY

2

więcej blogów

KALENDARZ

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X