Dzisiaj jest: czwartek, 23 marca 2017   Imieniny: Feliks, Pelagia, Zbysław

więcej ›

PUBLICYSTYKA

Są (byli) wśród nas

"Wcale nie zdziczałem!"

przejdź do galerii

Patryk Strzeżek to taki typ człowieka, którego nie da się nie polubić. Krótko mówiąc - to pozytywnie nastawiony do życia facet, dosłownie zarażający otoczenie optymizmem. Jednocześnie zawodnik Jastrzębskiego Węgla ma w sobie tę genialną nutkę szaleństwa, dzięki której można z nim godzinami dyskutować... nie o siatkówce!

Jeszcze w czerwcu informowaliśmy o jego kapitalnym i niecodziennym pomyśle na spędzenie przerwy między sezonami PlusLigi. Strzeżek na początku czerwca wyruszył na dwumiesięczną wyprawę do południowo-wschodniej Azji. Singapur, Malezja, Indonezja i Filipiny. Jeśli jednak ktoś myśli, że Patryk ruszył na drugi koniec świata z plikiem dolarów do wydania w pięciogwiazdkowych hotelach, to jest w wielkim błędzie. Najtańsze noclegi, podróżowanie skuterami i rozklekotanymi busami przez wsie, garkuchnie na ulicach i w ogóle klimaty znane z programów Wojciecha Cejrowskiego, choć oczywiście z... rozsądną dawką egzotyki. - Przez te dwa miesiące nie zrobiłem nic takiego, czego nie mógłby zrobić normalny, przeciętny człowiek. Minimalne oszczędności i zero planowania - to najlepsze wakacje. Trzeba się tylko odważyć i zrobić pierwszy krok - mówi Strzeżek.

Zapraszamy do lektury wywiadu z Patrykiem Strzeżkiem. Mnóstwo świetnych wspomnień na te zakończone chwilę temu wakacje. Podczas pobytu w Azji Patryk zrobił całą masę zdjęć, które możecie zobaczyć na jego profilu na Facebooku (zobacz >>>). Część z nich publikujemy na naszych łamach (tutaj >>>).

- Nie miałeś obaw przed spędzeniem dwóch miesięcy w południowo-wschodniej Azji?
Patryk Strzeżek - Nie. Przed rokiem odwiedziłem Tajlandię, Kambodżę i Wietnam, więc wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Wówczas jednak podróżowałem samolotem i szczegółowo zaplanowałem ten wyjazd. Tym razem chciałem dołożyć do tego nutkę spontaniczności. Kupić bilet, wziąć plecak, wybrać kilka rzeczy, które chcę zrobić i... po prostu je zrobić. Żyć jak miejscowi, poruszać się najpopularniejszymi lokalnymi środkami lokomocji, mieszkać w jak najtańszych hostelach i wydawać jak najmniej pieniędzy. Dla człowieka z Europy nie jest to trudne, bo w tym regionie wszystko jest naprawdę tanie. A czego miałbym się obawiać?

- Dzikich zwierząt, transwestytów...
- Ha! Jeśli chodzi o zwierzęta, to rzeczywiście można było czuć strach przed tygrysami czy nosorożcami, które występują w Indonezji, ale na szczęście mieliśmy kontakt tylko z małpami. Orangutanów jest tam pełno. Przychodzą i chcą się bawić z ludźmi. Jedyny problem polega na tym, że mają po sto kilogramów (śmiech). Natomiast jeśli chodzi o tzw. ladyboyów, to dla nas są oni/one specyficznym zjawiskiem, ale tam jest to normalny element społeczeństwa. Trzeba przyznać, że zdarza im się zaczepiać białych, jednak jest prosty sposób, aby ich zidentyfikować wśród masy kobiet. Jeśli ktoś jest zbyt ładny i zadbany, to jest to ladyboy (śmiech).

- Spontaniczne było też to, z kim ruszyłeś z Singapuru przez Indonezję na Filipiny.
- Rzeczywiście, podróżowałem z dziennikarką Agnieszką i psycholożką Karoliną, które przypadkowo poznałem na forum podróżniczym na Facebooku. Obie miały podobny pomysł na spędzenie kilku wakacyjnych tygodni. Postanowiliśmy spotkać się na lotnisku Singapurze i po prostu ruszyć razem w dalszą trasę.

- Mogliście mieć siebie dość po pierwszym tygodniu.
- To prawda, byliśmy na siebie skazani przez cały ten czas. Kiedy człowiek jest zmęczony i pojawiają się problemy, to łatwo o konflikt. Ale na szczęście udało się nam stworzyć zgraną paczkę. Dogadywaliśmy się. Przez te dwa miesiące siłą rzeczy bardzo dobrze się poznaliśmy.

- Dziewczyny wiedziały, że będą podróżować z siatkarzem klubu PlusLigi?
- Kojarzyły z Facebooka, że jestem siatkarzem, ale to wszystko. Nie interesowały się sportem.

- Może od razu rozwiejmy wątpliwości, że twoja wyprawa nie była jakimś survivalem i podróżą "za jeden uśmiech". Gdyby działo się coś nieprzewidzianego, to nie zginąłbyś z głodu w dżungli.
- Absolutnie nie, choć miałem okazję jedną noc przespać w dżungli, na karimacie w szałasie z kijków bambusowych i folii. Absolutna ciemność, kompletne odludzie i brak zasięgu w telefonie. Ale to tylko kilkadziesiąt godzin pod opieką przewodnika. Poza tym przebywaliśmy w jako takiej cywilizacji, choć zdarzyło się w pokoju gonić szczura czy zabijać karaluchy kilka razy większe od europejskich. Taki wyjazd po prostu pewien sposób spędzania wakacji, praktykowany przez coraz więcej osób. Nie można tego nazwać wyprawą ekstremalną, ale nie jest to też zorganizowany wypoczynek na Seszelach.
 
- Da się to porównać?
- Tak. Mam porównanie między luksusowym urlopem, a spaniem w najtańszych placówkach i mogę z ręką na sercu powiedzieć, że ta druga forma wakacji jest o wiele lepsza! Poznajesz zdecydowanie więcej ludzi. Musisz wmieszać się w tłum miejscowych i kombinować. Czasem jesteś skazany na czyjąś pomoc. Musisz ryzykować i ufać ludziom. Po prostu poznajesz lepiej kraj, w którym jesteś. Nie oglądasz jedynie wielkich miast, ale też wioski, w których jako biały jesteś atrakcją i egzotyką. Takie podróżowanie otwiera też tubylców na Europejczyków. Chętnie zapraszają cię do gry w bilard czy siatkonogę na ulicy. A że ja jestem dość wysoki, a Agnieszka ma blond włosy, to musieliśmy wzbudzać małą sensację.

- Jesteś zawodowym siatkarzem, którego przygoda z PlusLigą nie będzie trwała do emerytury. Łamiesz rękę i masz po sezonie.
- Zgoda, ale wychodzę z założenia, że jak ma mi się coś stać, to stanie się na urlopie w drogim hotelu. Będę grał w plażówkę z kumplami i mogę doznać kontuzji, która zakończy moją karierę. Staram się jednak o tym nie myśleć. Sądzę, że takie czarnowidztwo to rodzaj samospełniającej się przepowiedni. Może uważałem nieco bardziej niż inni turyści, ale też nie żałowałem sobie niczego. Cieszyłem się tymi wakacjami.

- Nie spotkałeś w ciągu tych dwóch miesięcy żadnego kibica, który znałby cię z parkietu PlusLigi?
- Natknęliśmy się na kilku Polaków, którzy również podróżowali po regionie, ale nie byli to kibice. Nie będę jednak ukrywał, że można było poczuć pewną dumę, gdy w Kuala Lumpur na olbrzymim billboardzie był Robert Lewandowski. Jego tam znają dosłownie wszyscy!

- Podróżowałeś przede wszystkim po Indonezji, największym muzułmańskim kraju świata. Nie było problemu z różnicami kulturowymi?
- Jeśli jadę do obcego kraju, to respektuję zasady w nim panujące. Jeśli nie można czegoś robić, to tego nie robię. Ale też Indonezja to nie jest państwo, w którym ktoś zatłukłby cię za jakiś gest. Co najwyżej zwrócą ci uwagę, że tak nie można. A ponieważ byliśmy tam w okresie ramadanu, to okazji do stykania się z muzułmańskim stylem życia mieliśmy aż nadto. Jak wiadomo, oni wówczas między wschodem i zachodem słońca nie spożywają pokarmów. Jeśli akurat jesteś w małej miejscowości, a nie w wielkiej metropolii, to w związku z ramadanem wszystkie garkuchnie i sklepy z żywnością są zamknięte. Ale mimo to mogliśmy liczyć na gościnność miejscowych. Zdarzało się, że właściciel restauracji specjalnie szykował jakiś posiłek i chował nas za parawan, aby nikt nas nie widział, kiedy jemy śniadanie. To jeden z wielu przykładów na to, że warto podróżować w ten sposób. Gdy utknęliśmy z własnej winy na lotnisku w Indonezji, to miejscowy pracownik zabrał nas na nocleg do swojego wynajmowanego mieszkania. Islam zakazuje, żeby kobiety spały w tym samym pomieszczeniu z mężczyznami, więc Agnieszka i Karolina ulokowały się w jednym pokoju, a ja wraz z gospodarzem w drugim.

- Nawet jeden z meczów Polaków na Euro 2016 oglądałeś w gościnie u miejscowego.
- Zupełny przypadek! Niewielka wioska na skraju dżungli. Poznałem tam pewnego Brytyjczyka. Dwóch spacerujących białych zwracało na siebie uwagę. Jeden z miejscowych zagadał. Od słowa do słowa i okazało się, że wie nawet, gdzie jest nasz kraj, a jakby tego było, miał w mieszkaniu... szalik reprezentacji Polski. Na dodatek był to szalik siatkarski! Nie wiem, skąd go wytrzasnął, a nie potrafiliśmy się na tyle porozumieć, aby się tego dowiedzieć. To on zaprosił nas na mecz. Pewnie był jednym z bogatszych w okolicy, bo miał telewizor. Było bardzo sympatycznie.

- Na zdjęciach widziałem, że trafiliście nawet na wesele.
- Objeżdżaliśmy na skuterach wyspę na jeziorze Toba na Sumatrze. Skuter to tani i najlepszy środek lokomocji, jeśli chce się poznać okolicę. W pewnym momencie zauważyliśmy jakieś zbiegowisko. Zaciekawieni podjechaliśmy bliżej i… sami staliśmy się atrakcją. Zaproszono nas do tańca i poproszono o zaśpiewanie polskich piosenek. Poczęstowano też miejscowymi daniami i trzeba było trochę się przemóc, żeby to zjeść i nie obrazić gospodarzy. Człowiek nie jest przyzwyczajony, kiedy dostaje dziwnie wyglądające mięso z brudnego wiadra. Ale największym szokiem było to, że bawili się bez alkoholu (śmiech). Ponadto dziwiło nas też to, jak traktowali swoje cmentarze. Grobowce tuż pod domem, wiesza się na nich pranie, dzieci się na nich bawią. Element codzienności.

- Zapewne masz wiele wspomnień z tych dwóch miesięcy, ale czy było takie, o którym będziesz opowiadał wnukom?
- Rzeczywiście, sporo tego było. Jednak na taką "bombę" z prawdziwego zdarzenia wciąż czekam. Natomiast na pewno utkwiło mi w pamięci zdobycie czynnego wulkanu Merapi na Jawie. To prawie 3000 m n.p.m. Nigdy nie byłem pasjonatem chodzenia po górach czy "polowania" na wschody słońca na wierzchołkach, ale tu akurat tak się złożyło, że połączyłem obie te kwestie. Nie było to trudne wejście, ale na trasę wyruszasz w środku nocy, bo za dnia jest tam niemiłosiernie gorąco. Ubrałem zwykłe buty sportowe, przeczytałem, jak należy wchodzić, założyłem latarkę na czoło i poszedłem. Najpierw idziesz przez ciemny las, a potem mijasz całą roślinność i ostatnie 200 metrów do szczytu męczysz się ponad pół godziny z wulkanicznym piachem. Góra dymi, tu półka skalna, tam przepaść, a przed tobą wschód słońca. Fajne doświadczenie. Ale szczególnie byłem dumny z dziewczyn, które potem również dotarły na miejsce. Jestem sportowcem i sporo wysiłku kosztowało mnie to wejście, więc dla nich musiało to być znacznie trudniejsze. Poza wypadem na Merapi chciałem zdobyć jeszcze jeden wulkan, ale tu zadziałała siła wyższa, bo pod wierzchołkiem zaginął jakiś chłopak i trwały jego poszukiwania. Trasa była zamknięta. Ale i tak miałem okazję przeżyć fajną przygodę, gdy nocą przez krater na skuterach podjeżdżaliśmy do podnóża tego wulkanu. Jedziesz w ciemności przez pustynię pyłu wulkanicznego. Nie ma wytyczonej drogi, więc miejscowy kierowca skutera podąża na czuja po wcześniejszych śladach. Byłem pełen uznania dla jego zdolności jazdy w tym piachu.

- Czyli były to dwa miesiące samych pozytywnych przeżyć, oczywiście wyłączając te karaluchy i szczura?
- Nie do końca. Jak już mówiłem, na miejscu jesteś zmuszony do szybkiej nauki lokalnych zwyczajów. Jako biały jesteś "chodzącym portfelem" i z marszu płacisz trzy razy więcej za wszystko. Mało kto zna angielski, więc ciężko się czasem dogadać. Prawda jest taka, że przy okazji niemal każdego transportu chciano nas okiwać (śmiech). Działają jakieś mafie dworcowe i naganiacze. Po jakimś czasie zrozumieliśmy zasady tej gry. Żądane kwoty nie były to jakieś wielkie, ale skoro założyliśmy, że żyjemy jak miejscowi, to chcemy też płacić, tak jak miejscowi. Mieliśmy czas, więc targowaliśmy się. Raz było nawet tak, że facet w busie chciał postawić nas przed faktem dokonanym i za transport w inne miejsce, niż się umówiliśmy, wyciągnąć więcej kasy, ale ostatecznie zrezygnował.

- Bo sięgał ci do pasa?
- Dokładnie (śmiech). Ale nawet największe problemy z transportem potrafiły kończyć się bardzo miło i sympatycznie. Raz trafiliśmy na gościa, o którym myśleliśmy, że bierze nas na stopa. Kompletnie nie dało się z nim dogadać. Dopiero po czasie okazało się, że to jakaś "nielegalna taksówka". Napisał na kartce kwotę z kosmosu, za którą moglibyśmy sobie zorganizować prywatny transport. Pokazujemy facetowi puste portfele, a ten woła policję. Przyjechali policjanci, też ni w ząb angielskiego, pogadali i pojechali. Co odchodzimy kawałek, to facet za nami jedzie powoli autem. Wokół nas zaczęło robić się zbiegowisko. Wreszcie podjechał jakiś człowiek, który postanowił nam pomóc. Mówił po angielsku i wyjaśnił, na kogo trafiliśmy. Naściemniał tamtemu, że weźmie nas autem na policję do miasteczka i tam wyjaśnimy sprawę. A nam powiedział, że zgubi faceta po drodze. I tak właśnie zrobił. Potem okazało się, że ten człowiek jest największym na Sumatrze hodowcą drobiu. Miał chyba z siedem farm i 700 tysięcy kur! Był z pochodzenia Chińczykiem i miał na imię Herman. Zabrał nas do domu, wymienił nam pieniądze i, mimo że był ramadan, załatwił posiłek u swojego wuja. Gościliśmy w miejscowej szkole i w ogóle byliśmy atrakcją we wsi. Potem zawiózł nas tam, gdzie pierwotnie chcieliśmy jechać autostopem. Za wszystko nie wziął ani grosza. Zadeklarował nawet, że jeśli w dalszej trasie przydarzą się nam jakieś nieprzyjemności, to mamy do niego dzwonić po pomoc. Do dziś utrzymuję z nim kontakt. Świetny gość.

- Podejrzewam, że po powrocie do Polski pierwsza noc była jak "u Pana Boga za piecem"?
- Przede wszystkim powrót z Filipin do Polski to był jakiś kosmos! 38 godzin! Skuterem do portu, potem łódką na autobus, którym dotarłem na lotnisko. Do Polski leciałem czterema samolotami. No i jestem w Warszawie, siadam na przystanku i... nie wierzę, jaka tu jest cisza! W Azji wszędzie jest pełno ludzi, huk samochodów, smród ulicznych garkuchni i ogólny chaos. Po tym wszystkim rzeczywiście pralka, prysznic i czysta pościel wydają się luksusem. W takim podróżowaniu fajne jest to, że człowiek uczy się, że naprawdę niewiele potrzebuje do szczęścia, a my w Europie żyjemy w sterylnych warunkach.

- Doradzasz czy odradzasz taką formę spędzania wakacji?
- Doradzam. Przez te dwa miesiące nie zrobiłem nic takiego, czego nie mógłby zrobić normalny, przeciętny człowiek. Minimalne oszczędności i zero planowania - to najlepsze wakacje. Jest czas i na zdobywanie wulkanu, i na poznanie miejscowych, i na windsurfing, w który się strasznie wkręciłem podczas pobytu na Bali. Teraz wiem, że nawet nie trzeba się z nikim umawiać na taką podróż, bo na miejscu na pewno kogoś się znajdzie. Trzeba się tylko odważyć i zrobić pierwszy krok.

- Po takich wakacjach sezon siatkarski to nuda.
- Ależ skąd (śmiech). To zupełnie inny rodzaj emocji. Szczerze, to brakowało mi już tych treningów, atmosfery hali i szatni. Przed nami naprawdę ciekawy sezon. Mamy fajny zespół, który marzy o udanej walce o czołową czwórkę. Pewnie niektórzy myślą, że Jastrzębie to nie ten poziom, ale tym lepiej będzie nam atakować teoretycznie najsilniejszych rywali.

- Po wejściu do szatni były docinki, że "dziki" wrócił?
- Koledzy wiedzą o mojej podróżniczej pasji, więc nie byli zdziwieni. Pytali o wrażenia. Będę ich namawiał do takiej formy spędzania wakacji. Uspokajam - nie zdziczałem. Nie chodzę po drzewach i jeżdżę samochodem na trening. Po prostu daję ujście mojej niespokojnej naturze.

- To po awansie do półfinału PlusLigi gdzie wyruszysz?
- Myślę o Ameryce Południowej lub Nepalu. Marzę o przeprawie przez dżunglę oraz o podróży samochodem z południa na północ Ameryki Łacińskiej. Zacznę o tym myśleć w styczniu. Teraz mam w głowie już tylko przygotowania do sezonu.

 

Fot. Patryk Strzeżek - więcej zdjęć na "Pat w siatce podróży" >>>
 

poniedziałek, 5 wrz 2016, rozm. mg

Mieszkanie

Jastrzębie-Zdrój

cena: 53 000,00 zł
M-2, UL.WIEJSKA 53 TYS

28.09 m2, Oferta z wyłącznością. Oferujemy do sprzedaży kawalerkę (m-2) o powierzchni użytkowej 28,09 m2, składającej się z dużego pokoju z balkonem, kuchni przestronnej z oknem, łazienki i przedpokoju. Wymienione okna Pcv, wymienione kaloryfery,wymieniona instal... więcej

Osiedle Złote Łany, jola@jgn-vesta.pl, 883 100 480, 883 100 480

KOMENTARZE

  • | 28/09 godz. 15:15

    Najpierw trzeba mieć kasę oraz tak długi urlop,aby sobie pozwolic na takie wyprawy. Ale zawodnik Jastrzębskiego Węgla, zapewne je ma więc może realiozować swoje pasje. I być zadowolonym człowiekiem.
    Powodzenia w dalszych podrózach.

  • BOB ... | 28/09 godz. 13:53

    Fajny artykuł o przygodzie nie wspominając , brawa za realizację marzeń . Fajni pozytywny gość ...

  • jasnet.pl | 05/09 godz. 08:22

    Komentarze do tego tekstu zostały wyłączone! Minął okres dodawania komentarzy.

zobacz wszystkie komentarze

Z NAMI W ŚWIAT

Węgry

MAJÓWKA 2017

... Majówka tuż tuż , tak więc zapraszamy po wycieczki objazdowe z wyjazdem z Jastrzębie Zdroju między innymi do : Kotliny Kłodzkiej, Warszawa , Praga , rozwiń ›

od 460 zł

termin: maj 2017

więcej ofert biura ›

GMB Family Tours ›

ZOBACZ TEŻ INNE PROPOZYCJE. WARTO! ›

NAJCZĘŚCIEJ KOMENTOWANE

ARTYKUŁY

21/03

Wyzwolenie Bzia

1

więcej

BLOGI

22/02

Mocne FILARY

2

więcej blogów

KALENDARZ

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X