Dzisiaj jest: wtorek, 21 sierpnia 2018   Imieniny: Franciszka, Joanna, Kazimiera

więcej ›

PUBLICYSTYKA

Teksty nadesłane

Nie ma już tamtych świąt...

Był Wielki Czwartek i tutaj, na Wielkopolskiej, zresztą jak na każdej innej ulicy w mieście, myśli jastrzębian krążyły wokół zbliżających się świąt. Zmierzchało. Budzący się nieśmiało dzień obnażał ten jedyny w swoim rodzaju spektakl, o którym można by śmiało pisać poematy. To w kolejce dowiadywano się, co słychać na osiedlu. To tutaj rodziły się pierwsze miłości. Tutaj także ludzie stawali się swoimi śmiertelnymi wrogami. Nagle ktoś rzucił w eter: „Towar przywieźli!!!” Tłum zaczął napierać na drzwi. W tym samym czasie ekspedientka z monstrualnych rozmiarów tasakiem w dłoniach brała pierwszy zamach. Po chwili w szarym, pakowym papierze wylądowały żeberka jak ze snu. Obiekt westchnień wszystkich kolejkowiczów.

Dwa dni później w odświętnym ubraniu szedłem do kościoła. Moja dłoń zaciśnięta kurczowo na wiklinowym koszyku była sina od zimna. A w koszyku same pyszności. Pachnąca jałowcem kiełbasa, której nie dałoby się wystać w najdłuższej nawet kolejce. Baranek z lukru, zawinięty zapobiegliwie w celofan, tak aby mógł posłużyć w kolejnych latach. I świąteczne pisanki, czyli potraktowane wywarem z cebuli jajka, a potem pokryte moimi „artystycznymi” hieroglifami. Wszystko to nakryte było śnieżnobiałą serwetką, którą matka przykazała mi strzec jak oka w głowie. No właśnie... Tak naprawdę to był moment. Jeden silniejszy powiew wiatru. Już w chwilę potem moja śnieżnobiała serwetka po spektakularnym locie wylądowała w pobliskiej kałuży. Okrzyk rozpaczy 7-latka rozdarł powietrze. Szybko wyciągnąłem ją z wody i zacząłem pospiesznie suszyć. Potem, jak gdyby nigdy nic, odłożyłem ją na swoje miejsce i pobiegłem w kierunku kościoła. Mówiąc szczerze, byłem nawet zadowolony z takiego obrotu rzeczy – wilgotna serwetka nie sprawiała mi już więcej kłopotów.

Wielkanoc była w moim przypadku wielkim, a jakże, oczekiwaniem na Lany Poniedziałek. Skrupulatnie gromadziłem swój „arsenał”, którego miałem dobyć w godzinie wielkiej próby. Na początek więc małe poręczne „psikawki” w kształcie pisanek, żab, tudzież innej nie mniej egzotycznej menażerii. Dalej butelki po popularnym w latach 80-tych płynie „K”. I wreszcie broń najstraszliwsza – wiaderka oraz foliowe worki, którymi można było miotać, niczym torpedami, na dłuższe odległości. W końcu któryś z rodziców zawołał mnie. Przykryłem „wodną amunicję” kocem i wszedłem do pokoju pełnego gości. Na pytanie matki, czy coś bym zjadł, poprosiłem o kawałek białej kiełbasy. A potem, wzorem swojego chrzestnego, nałożyłem sobie na talerz sporą ilość ćwikły domowej roboty. Po pierwszym kęsie poczułem, że mój przełyk wypełniają ognie piekielne. Taaak, kiedyś chrzan był chrzanem, święta świętami, a ludzie ludźmi.

Dzień później obudziłem się jako pierwszy. „Uzbrojony” po zęby zacząłem odwiedzać kolejnych domowników i gości. Byłem jak bezlitosny snajper. Unosiłem w dłoni wypełnioną wodą żabę, oceniałem odległość do celu, i wreszcie – cel!, pal! W chwilę potem w całym mieszkaniu słychać było krzyki mokrych, wybudzonych ze świątecznego snu „ofiar”. Jednak prawdziwy Armagedon rozpętał się dopiero wtedy, kiedy do akcji włączył się mój, wspomniany tu już, chrzestny. Z wiadrem pełnym wody podszedł majestatycznym krokiem do okna i rozejrzał się wokół siebie. Nagle, ku przerażeniu mojej matki, odsunął firankę, traktując układane przez nią własnoręcznie falbany z nonszalancją, na którą może sobie pozwolić tylko mężczyzna. Otworzył okno, wypatrzył jakąś nieświadomą zagrożenia niewiastę i... chluuust! Biedaczka musiała wracać się do domu.

Kilka lat później nastąpiła gwałtowna wolta. Już nie trzeba było wstawać o trzeciej nad ranem, żeby kupić kawałek mięsa. Nie było kartek. Kolejki zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskie różdżki. Z drugiej strony ludzie przestali się odwiedzać, ćwikła straciła swój dawny smak, a latanie z wiadrem po ulicy stało się szczytem obciachu. No tak, ale to już jest zupełnie inna historia...

fot. archiwum

piątek, 30 mar 2018, Adam

Mieszkanie

Jastrzębie Zdrój

cena: 80 000,00 zł
M-2 LUB M-3 GOTÓWKA KUPIĘ

38.00 m2, Klient gotówkowy kupi M-2 lub m-3. Kontakt 883 100 480 więcej

Jastrzębie-Zdrój, jola@jgn-vesta.pl, 883 100 480, 883 100 480

KOMENTARZE

  • 46 latek | 01/04 godz. 15:53

    To były mimo wszystko fajne lata. Teraz to juz nawet nic nie cieszy. Szynka na co dzień a do tego pełno w niej chemii. Wraca sie do tamtych lat z sentymentem.A taka tu pisząca "anna" zapewne nie ma pojęcia o czym ludzie z tamtych lat piszą. Ma umysł jednak z betonu, choc komuny nie ma.

  • Jon | 31/03 godz. 20:56

    do anna . Widać,że nic nie rozumiesz , bo takie osoby jak ty są właśnie żenada. Pasują wobec tego słowa "on " do ciebie jak ulał. Takie mamy teraz oosby. Szkoda nawet do takich pisac.

  • anna | 31/03 godz. 18:05

    Znowu rozpamietywanie komuny, rozumiem ze autor byl wniebowziety w tamtych czasach komuny, ale to jest zenada zachwycac sie tym badziewemz tamtych lat

  • on | 31/03 godz. 12:31

    Ludzie i czasy tamte były ciekawsze. nawet jak nic nie było i trzeba było to wystać. W ludiach był zyczliwość, wzajemna pomoc, taka niepowtarzalna atmosfera. teraz ludzie utopili by sie za pieniędzmi w łyżce wody. A zazdrość między ludźmi to już bije rekordy.

  • mysz | 30/03 godz. 19:35

    Uwielbiam Pana czytać Panie Adamie.Radosnych świąt życzę.

  • jasnet.pl | 30/03 godz. 10:56

    Komentarze do tego tekstu zostały wyłączone! Minął okres dodawania komentarzy.

zobacz wszystkie komentarze

ARTYKUŁY

więcej

BLOGI

więcej blogów

KALENDARZ

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X