Dzisiaj jest: piątek, 21 września 2018   Imieniny: Hipolit, Jonasz, Mateusz

więcej ›

PUBLICYSTYKA

Gorący temat

Iść po ostatniego

Kiedy poczuł wstrząs był w domu i bawił się z dziećmi. Wstrząs był tak silny, że o mało telewizor nie spadł ze stołu. Wcześniej też się zdarzały, ale nigdy takie silne. Nie wiedział, co się stało, ale to mogło być coś w kopalni. Zadzwonił do kolegów na stacji ratowniczej „Zofiówki”. Potwierdzili, że to silne tąpniecie, że prawdopodobnie są odcięci jacyś ludzie, ale jeszcze nie znali ani skali, ani szczegółów sytuacji. Mimo że to była sobota od razu zaoferował swoją pomoc. Podziękowali i kazali czekać. Za niedługo się odezwali. Miał się stawić nazajutrz w niedzielę. W mediach zaczęły pojawiać się pierwsze informacje o katastrofie.

Gdy rano pojawił się na kopalni byli już też inni. Wiadomości nie były dobre. W bezpośredniej strefie tąpnięcia pracowało 11 górników. Czterem udało się uciec, dwóch odnaleźli już ratownicy. Byli pokiereszowani, ale wyszli o własnych siłach. Pięciu nadal tam było. Nie dawali żadnych sygnałów i i nie było wiadomo, gdzie są. Już od soboty, zaraz po tąpnięciu, trwała akcja ratownicza. Najpierw zaangażowano dyżurnych ratowników z „Zofiówki” i z innych kopalń. Teraz rozszerzano akcję i formowano kolejne zastępy. On był w jednym z nich.

Po odprawie zabrali sprzęt i zjechali na dół. Na dole transportem do głównej bazy ratowniczej. Była już zorganizowana i szybko się rozbudowywała, w miarę napływu kolejnych zastępów ratowników i sprzętu. Założono ją możliwie jak najbliżej centrum katastrofy, w miejscu w miarę obszernym, bezpiecznym i dobrze przewietrzanym, dokąd stosunkowo łatwo było dostarczać ludzi i sprzęt. Ludzi i sprzętu przybywało i wszystko zajmowało całkiem spory obszar. Z pozycji ratownika trudno było ogarnąć i ocenić całość akcji, ale wszystko wyglądało na dobrze i sprawnie kierowane i organizowane. Byli tam już różni specjaliści, sporo sprzętu i zastępy ratowników, które organizowały miejsce dla siebie i swojego wyposażenia. I stamtąd wyruszały zastępy do akcji.

Przed wejściem już w sam obszar katastrofy założono podbazę. Tam dostarczano sprzęt i narzędzia potrzebne już w bezpośredniej akcji, ratownicy ostatecznie sprawdzali swoje aparaty, ustalali sposób działania i wykonania zleconego im zadania, dzielili się informacjami i uwagami z akcji. I tu zaczynała się droga w koszmar.

Na początku jeszcze jakoś się szło, ale coraz bardziej widoczne były skutki katastrofy, niszczycielskiej siły natury. W miarę regularnie wydrążony chodnik, stawał się powybrzuszany i coraz ciaśniejszy. Strop (sufit), spąg (podłoże) i ociosy (ściany) chodnika coraz bardziej pozaciskane, elementy stalowej obudowy, zdolne wytrzymać nacisk wielu ton, coraz bardziej powyginane i połamane. Czym bliżej epicentrum tąpnięcia, tym było gorzej. Mijani ratownicy z innych zastępów informowali o sytuacji, ostrzegali przed różnymi trudnościami i niebezpieczeństwami.

Droga stawała się coraz gorsza. To już nie był marsz tylko przeciskanie się w coraz trudniejszych warunkach. Chodnik, a właściwie to, co z niego pozostało, był coraz bardziej zaciśnięty, miejscami były to tylko szczeliny na kilkadziesiąt centymetrów, blokowane przez fragmenty zniszczonych konstrukcji, instalacji, przewodów elektrycznych i urządzeń. Było to całkowite rumowisko, istna pajęczyna, gdzie prawdziwą sztuką i ogromnym wysiłkiem było przecisnąć się naprzód. Potężne fragmenty obudowy, maszyny i urządzenia powyginane były jakby nie były ze stali, a z dziecięcej plasteliny. Trzeba było zdejmować aparaty ratownicze i pchać je bądź ciągnąć za sobą. Mozolnie torować sobie drogę, odsuwać, co się dało, transportować, jak się dało. W niesamowitej ciasnocie, nawet w pokrywach aparatów ratowniczych. Decydowało nawet, kto był szczuplejszy. Pokonywanie pojedynczych metrów było prawdziwą sztuką. Czasem trzeba było się cofnąć i poczekać aż następny zastęp dostarczy odpowiednie narzędzia.

Ich rzeczą nie było porządkowanie czy uporządkowanie tego wszystkiego. Oni szukali swoich kolegów. Szli po nich. Bo do końca tliła się nadzieja, że może jakimś cudem przeżyli, że czekają na nich.  A potem, kiedy już nadzieja ginęła, że przecież nie można ich tak tam zostawić. Bo ich bliscy czekają. Ważne wiec było, żeby jak najszybciej iść do przodu, spenetrować jak najdłuższy odcinek. I… samemu nie zginąć. A warunki były bardzo niebezpieczne. Były co prawda miejsca, gdzie można było wstać lub iść bez założonych masek, ale głównie były to miejsca, gdzie trzeba było się czołgać, przeciskać pod skałami i konstrukcjami nad głową, które nie wiadomo było, czy akurat nie spadną i nie pogrzebią właśnie niego. O wystające elementy zaczepiał się wąż wdechowy doprowadzający powietrze do maski i odcinał się dopływ powietrza, trzeba było się cofać, by ją uwolnić. Czasem był metr do przodu i pół metra do tyłu, ale ciągle naprzód.  Każde działanie, każdy ruch musiał być bardzo rozważny i przemyślany, bo skutek mógłby być tragiczny. Niesamowite wrażenie potęgowały czasem zgrzyty naprężonych, zniszczonych konstrukcji. I sygnały metanomierzy, wskazujące, że stężenie metanu w atmosferze ich otaczającej znacznie przekracza dopuszczalną ilość. Wystarczyłoby potarcie jednego kamienia o drugi lub o kawałek żelaza i… jedna iskra.    

Co wtedy myśleli, co czuli? Czy się bali? Dobrze wiedzieli, w jakich są warunkach i co im grozi, ale najważniejsze było, żeby iść do przodu, poradzić sobie z sytuacją w tym właśnie momencie, pokonać kolejną trudność, wykonać postawione im zadanie. To ich najbardziej absorbowało i odwracało myśli, pozwalało odrzucić emocje i zapomnieć o strachu. Dopiero jak wracali, byli stosunkowo bardziej bezpieczni, to wracały wrażenia i zmęczenie. Ale wiedzieli, że muszą tam znów wrócić aż znajdą tych zaginionych. Mimo zmęczenia pomagali sobie wzajemnie. Transportować urządzenia, torować drogę, przygotowywać miejsca dla innych. Mimo ciągłej łączności telefonicznej z bazą nie znali całości akcji, ale widzieli, że jest dobrze organizowana i prowadzona, a ich wysiłek składa się na całość.

Kiedy znaleźli zaginionego kolegę, początkowo nawet nie zdali sobie z tego sprawy. Po prostu zauważyli wystający ze zwału gumowy but. Najpierw pomyśleli, że to tylko but, który czasem górnicy używają jako podręczny schowek na drobne elementy. Gdy odkopali dalej, zobaczyli nogę i resztę ciała. Było zakleszczone w elementach konstrukcji i brak było oznak życia. Tymi narzędziami, co mieli, nie dali rady go oswobodzić. Na dodatek manometr w aparacie informował, że kończy im się tlen. Musieli się wycofać. Dopiero następnemu zastępowi ratowników z właściwym sprzętem udało się wydostać poszkodowanego. To było trudne uczucie. Ale wiedzieli, że muszą wrócić i muszą iść dalej.  Aż znajdą wszystkich.

Przez te dni byli w akcji nawet, jeśli było trzeba, to i po kilkanaście godzin. Zaraz po wyjeździe pierwsze to sms to rodziny – żyję i nic mi nie jest. Potem wpadnięcie czasem tylko na moment do domu, żeby się pokazać, uściskać żonę i dzieci. Coś zjeść. Emocje i wrażenia nie pozwalały spać. A na pytania bliskich, co się tam dzieje, odpowiedź, że oni znają tylko swój odcinek, że to ci na górze znają całą sytuację lepiej z mediów. I zdziwienie, że żyje tym cały kraj, informowany z ekranów na bieżąco przez prezesa JSW, który też jest cały czas w sztabie akcji, kierowanej przez dyrektora kopalni z całą rzeszą specjalistów i doradców, a przede wszystkim z nimi, ratownikami. Razem ponad 2 000 osób.  A potem znowu na kopalnię i na dół. Do ostatniego dnia, kiedy zostaje odnaleziony i wywieziony ostatni kolega.

Oparte na relacji ratownika, bezpośrednio biorącego udział w akcji, który zastrzegł swoją anonimowość.

fot. JSW

środa, 23 maj 2018, JN

Mieszkanie

Jastrzębie-Zdrój

cena: 138 000,00 zł
MIESZKANIE JASTRZĘBIE-ZDRÓJ

62.00 m2, REZERWACJA Przedstawiam ofertę sprzedaży mieszkania typu m-4 o metrażu 62m2, składającego się z trzech nieprzejściowych pokoi, kuchni z oknem, łazienki osobnej z WC, przedpokoju w kształcie litery L. Mieszkanie słoneczne z dużym balkonem, położone na pią... więcej

Śląska, jola@jgn-vesta.pl, 883 100 480

KOMENTARZE

  • Daniel | 30/05 godz. 00:24

    Bla bla bla życie poszło dalej....

  • Deuter | 25/05 godz. 15:30

    Adam bardzo mądrze napisane taka jest prawda są też górnicy którzy ciężko pracują i którzy się po prostu obijają

  • Adam. | 25/05 godz. 12:32

    Koledzy nie ma co cię oburzać, szumowiny są wszędzie; są księża z powołania, i tacy którzy to wykorzystują, są prawdziwi lekarze i tacy, którzy zawód lekarza uprawiają tylko do kasy, są prawdziwi ratownicy (i naprawdę, chwała im za to) są też pewnie tacy, którzy zostają ratownikami, by zgarnąć wszystkie te dodatki.

  • | 25/05 godz. 11:55

    Wspaniali ludzie. Nie ma w życiu nic piękniejszego jak ratować cudze życzę narażając własne. To jest dla mnie definicja człowieczeństwa. Szacunek!!!

  • do Adam JSW | 24/05 godz. 17:03

    Ty dalej nie rozumiesz? Czy ktoś coś złego pisze o ratownikach, którzy brali udział w akcji? Masz plecy Ci powiem, jeśli czytasz listy ze spółki o frekwencji. Nic już dodać nie trzeba. Szkoda słów..

  • jasnet.pl | 23/05 godz. 12:05

    Komentarze do tego tekstu zostały wyłączone! Minął okres dodawania komentarzy.

zobacz wszystkie komentarze

NAJCZĘŚCIEJ KOMENTOWANE

ARTYKUŁY

więcej

BLOGI

więcej blogów

KALENDARZ

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X