Dzisiaj jest: środa, 19 grudnia 2018   Imieniny: Dariusz, Gabriela, Grzegorz

więcej ›

PUBLICYSTYKA

Teksty nadesłane

"Jakiś lepszy świat"

Urodziłem się w Jastrzębiu. Tutaj wychowałem. Kiedy poprzedni system odchodził powoli do lamusa, miałem nie więcej niż 9 lat i moim największym marzeniem było złapać „wielką rybę”. W każdy weekend lądowaliśmy więc z kumplami w miejscu zwanym Dębiną i „moczyliśmy” nasze kije, wędki, znaczy się. Sprzęt nie był zbyt wyrafinowany: grube jak sznur do snopowiązałki żyłki ze Stilonu Gorzów, rachityczne haczyki i spławiki wielkości zaciśniętej pięści. Za przynętę służyły nam wykopane w pocie czoła czerwone robaki, którymi nader chętnie straszyliśmy koleżanki przed blokiem. Pamiętam, że odprowadzały nas zdziwionym wzrokiem, stukając się teatralnie w czoło i śmiejąc z naszego hobby. Nic nie rozumiały: wielka życiowa pasja, której poświęcaliśmy wtedy każdą wolną chwilę, dla nich była zaledwie dziecinną igraszką. Jak bardzo się myliły! Myśmy przecież w noc poprzedzającą wędkarski wypad na Dębinę w ogóle nie spali! W śnie na jawie widzieliśmy, jak holujemy ogromnego szczupaka, który, jak to się mówiło, „chodził na boki” i nijak nie chciał rozstać się ze swoim naturalnym środowiskiem. Owszem, rzeczywistość zazwyczaj płatała nam figla i zamiast szczupaka wyciągaliśmy nie większego od szproty „okonka” (okonia), ale i tak nie traciliśmy nadziei na wielki wędkarski sukces. Potem opowiadaliśmy koleżankom mrożące krew w żyłach opowieści o potworze z głębin, który, niestety, „urwał nam przepon” i pozostawił nas z poczuciem niedosytu. One udawały, że nam wierzą. Ale tak naprawdę miały nas za życiowych nieudaczników.

Zresztą, tamten świat, z pogranicza dwóch systemów, zapadł mi w pamięci także z innego powodu. Kiedy pierwszy mróz „skuwał” rzekę, zdaje się, że Jastrzębiankę (chodzi mi o ten „bystry” potok płynący wzdłuż Lasu Kyndra), lodem, był to niechybny znak, że niebawem zacznie się coroczny test na siłę charakteru. Wraz ze szklonymi kolegami pod osłoną wczesnej zimowej nocy sprawdzaliśmy grubość pokrywy lodowej na rzece. Cała sztuka polegała na tym, żeby z kocią zwinnością przebiec po lodzie i całym, i zdrowym znaleźć się na drugim brzegu. To większości z nas się udawało. Ale nie Grubemu. Wciąż nie rozumiem, dlaczego ulegał naszym namowom i za każdym razem chodził z nami do Lasu Kyndra. Dopingowaliśmy go, jak potrafiliśmy, on brał potężny rozbieg, odbijał się z obu nóg i... lądował na samym środku rzeki. Oczywiście, po chwili słychać było, jak załamuje się pod nim lód, a on posyłał nam rozpaczliwe spojrzenia. „Chłopaki, ratujcie!” – wrzeszczał. Na szczęście woda w tym miejscu sięgała najwyżej do kolan, więc dramatu raczej nie było. A Gruby, jak to on, odgrażał się, że następnym razem pokaże nam, na co go stać.

Lata mijały. Wspólne wypady na ryby i nad rzekę zaczęły nas deczko nudzić. W końcu oba „męskie” zajęcia umarły śmiercią naturalną. Ja za to odkryłem coś o wiele bardziej interesującego niż bezmyślne gapienie się na spławik. Salony gier!!! Na tak zwanym starym targu, w jednej z drewnianych budek czas zatrzymywał się dla mnie (i nie tylko) w miejscu... na pół dnia. Prosto po szkole pędziłem na złamanie karku pod wskazany adres. „Szefie! Dwadzieścia żetonów!” – krzyczałem już od progu. „Szef”, właściciel salonu, w okularach jak denka od słoika kładł przede mną garść PRL-owskiego bilonu. I zaczynało się. Do dziś pamiętam jedną z gier – „Out Zone” – która na dobre zawładnęła moją wyobraźnią. Z dnia na dzień salon gier stawał się moim drugim domem. Do lekcji przygotowywałem się w wolnych chwilach, czyli na przerwach. Cierpiałem na chroniczny brak pieniędzy. Ale, ku własnemu zdziwieniu, po jakimś czasie mój zapał w temacie gier video osłabł. W końcu przestałem w ogóle tam chodzić, a drewniane budki na „starym targu” padły łupem (oczywiście, nie dosłownie) handlarzy damską konfekcją i zieleniną... Pozostało tylko wspomnienie jakiegoś lepszego świata...

fot. pixabay

piątek, 23 lis 2018, Adam

KOMENTARZE

  • Miejski wieśniak | 23/11 godz. 12:23

    Fajny tekst, szacun. Naprawdę. Moje wspomnienia także odżyły. Ta rzeczka, co płynie koło kościoła na górce, to nie przypadkiem Gmyrtek? Opis ten sam, ale w moim wykonaniu lokalizacja odbywała się właśnie tam. Na ryby nie chodziłem, ale salon gier pamiętam doskonale. Kiedy wchodziło sie do sklepu z konfekcją obok, to przez ścianę było wciąż słychać stłumione odgłosy owych gier. Teraz to zupełnie coś innego. Każdy ma w swoim domu swój własny salon gier, własne kino domowe i własne okno na świat, I więcej »nternet.

dodaj komentarz

NAJCZĘŚCIEJ KOMENTOWANE

ARTYKUŁY

06/12

Słoneczny Stok

0

więcej

BLOGI

04/10

Pęd do władzy

6

więcej blogów

KALENDARZ

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X