Dzisiaj jest: wtorek, 22 stycznia 2019   Imieniny: Anastazja, Dominik, Wiktor

więcej ›

PUBLICYSTYKA

A to ciekawe

Przy wigilijnym stole

Święta Bożego Narodzenia to idealna okazja do tego, żeby zadać pytanie o ich duchowy, ale także ludzki wymiar. Owszem, ktoś może zapytać, po co takie napuszone słowa? Czy w ogóle warto zastanawiać się nad takimi rzeczami? Ale tak naprawdę nikt nie oczekuje od nas, że udzielimy tej odpowiedzi bez chwili zastanowienia. Na głos. I przy pełnych trybunach. Zaś wnioski, do jakich dojdziemy, możemy zachować wyłącznie dla siebie. W tym przypadku jest tylko jedno kryterium do spełnienia. Wewnętrzna szczerość – względem nas samych, naszych przemyśleń w zadanym temacie, na przekór politycznej poprawności. Aby nie okazało się, że siadając przy wigilijnym stole, w sercu mamy miód, a w ręku – nóż.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że poprzednia epoka, wbrew twierdzeniom niepoprawnych malkontentów, zbliżała ludzi, a nie dzieliła. Ze wspomnień naszego Czytelnika Adama... „Kilka godzin później w naszej wannie pływała skonsternowana ryba. W chlorowanej z PRL-owskim rozmachem wodzie jej przyszłość malowała się raczej w czarnych barwach. Należało więc skrócić jej cierpienia i w trybie warunkowym wysłać na tamten świat. Nagle w drzwiach łazienki pojawili się moi rodzice. Matka uzbrojona w tłuczek do mięsa, ojciec – z monstrualnych rozmiarów nożem w ręku. Oboje patrzyli niepewnie na siebie. Na ich twarzach malowała się trema debiutantów, którzy nie przywykli do widoku krwi. Sytuacja patowa – chciałoby się powiedzieć. „Zrób coś! W końcu jesteś mężczyzną” – zaczęła nerwowo matka. „I co z tego?” – bronił się ojciec. Zaczęło się licytowanie, kto powinien obciążyć swoje sumienie rytualnym mordem? Gdy wreszcie stanęło na tym, że zrobi to głowa rodziny, karp dokonał żywota na własną rękę. I znowu sprawy potoczyły się bez udziału ludzi”.

„Swoją drogą, skąd one, nasze matki, żony, siostry, brały to wszystko? Przecież w latach 80-tych ubiegłego stulecia sklepowe półki świeciły pustkami. Nie sposób było kupić podstawowych produktów, a co dopiero mówić o bakaliach, soczystej szynce czy kubańskich pomarańczach, wreszcie – żywym karpiu. Odpowiedź na to pytanie jest równie banalna, co enigmatyczna: z a ł a t w i a ł y. Tak, załatwiały. Na wszelkie możliwe sposoby. Spod lady, przez mieszkającą na wsi rodzinę, na piękne oczy, własnym sumptem, na zasadzie wymiany barterowej – coś za coś. A potem przychodziło Boże Narodzenie i to wszystko lądowało na świątecznym stole. Zapach smażonego karpia mieszał się z zapachem żywicy, czyli żywej choinki. Za oknem, to nie żart, padał śnieg, który potem, ścięty syberyjskim mrozem, skrzypiał pod butami. A ludzie w swoich PRL-owskich blokach wypatrywali Pierwszej Gwiazdki. I znowu sprawy potoczyły się swoim torem...”

Albo świat zaklęty we wspomnieniach bohaterki jednego z artykułów, opisujący wszystkie przaśne Wigilie niczym kronika nieistniejącego świata. „Zapach drzewka w domu dziadków, od którego kręciło się w głowie. Czy orzechy włoskie zamiast bombek. Biały jak prześcieradło wigilijny opłatek. To nim dzielili się Polacy na robotach w Niemczech. Majestatyczną jodłę, górującą dumnie nad domownikami gospodarstwa pod Zieloną Górą. Pospieszne wieczerze w jastrzębskim mieszkaniu. W końcu dostojnych gości, którzy odwiedzali Dom Opieki Społecznej. 'Najmłodszy syn Janek mieszka w Pszczynie. Ostatnio odwiedził mnie trzy tygodnie temu. Ale tegoroczną Wigilię spędzę chyba w Jastrzębiu' – uśmiecha się tajemniczo. Pani Stanisława częstuje dziennikarza miętowym cukierkiem. Boi się, że zaschło mu w gardle. Kiedy pada pytanie, czy przeżyła życie tak, jakby tego chciała, nie odpowiada od razu. 'To nie człowiek pisze scenariusz swoich dni...' – przerywa w pół zdania. No cóż, w tym miejscu podobne słowa brzmią jak memento...”

Jak się rzekło, nie ma już tego świata. Nadeszły nowoczesne czasy, w których człowiek jest nic nie znaczącym trybikiem w chaotycznym mechanizmie. W końcu życie to niebezpieczny żywioł, a młodzieńczy entuzjazm uleciał z nas jak opary naiwnych wyobrażeń o codzienności. Przydałaby się więc jakaś nadzieja. Przynajmniej jej namiastka. I w tym momencie nasz wzrok pada na galerię handlową. Obrotowe drzwi podstępnie zapraszają nas do środka. Przepływający tłum tężeje z minuty na minutę. Wchodzimy do środka...

„Padający deszcz przywołuje mnie do porządku. Jakieś 100 metrów dalej, za ścianą deszczu autobus wypluwa z siebie kolejnych wiernych. Są wśród nich i dewotki – to rzecz jasna o galeriankach. Nie zważając na niesprzyjające warunki atmosferyczne epatują widokiem nagich pępków. Kiedy podchodzą bliżej, taksują mnie fachowym wzrokiem. Od stóp po czubek głowy.

Przede mną ostatni etap tej fascynującej podróży – stojąca nieopodal galerii handlowej kaplica. Pomyślana z myślą o tych, których dopadną wyrzuty sumienia po karnawale świątecznych zakupów. W środku skromna choinka – sterylność formy i treści. W ostatniej ławce mężczyzna w granatowym garniturze z pochyloną głową i utkwionym w czubkach swoich butów wzrokiem. Na mój widok wstaje. Niebawem dowiem się, że to pan Roman, agent ochrony, jak mówi o sobie z dumą w głosie. Wspomina czasy, kiedy ludzie odwiedzali kaplicę pchając przed sobą wózki pełne zakupów. Cholerny świat, kiwa z niedowierzaniem głową. Tak, cholerny, odpowiadam mu w myślach i odwracam się na pięcie. Nie chcę tu już być!”

Ale popatrzmy na to z innej strony. Może Święta Bożego Narodzenia to jedyna okazja, żeby zapytać o nasze miejsce na ziemi? Żeby przyjrzeć się swojemu postępowaniu? Zafundować sobie jedyną w swoim rodzaju podróż w głąb samego siebie? Zakopać wojenny topór z najbliższymi i sąsiadami? Ugościć zagubionego wędrowca? Swoją drogą, jak traktujemy ten szczególny czas? Jako spełnienie przykrego obowiązku? Duchową odnowę? Czas relaksu? To pytania, z którymi musimy zmierzyć się sami. Nikt nam w tym nie pomoże. Ale wnioski, do jakich dojdziemy, mogą okazać się dla nas cennym drogowskazem.

Już wkrótce usiądziemy przy wigilijnym stole. Świeżo po świątecznym tuningu sumienia, które będzie korespondować z nieskazitelnie białym obrusem na stole. Bogatsi o doświadczenia mijającego roku pochylimy się nad tajemnicą narodzin Jezusa... Co w niej odnajdziemy?

fot. pixabay

środa, 19 gru 2018, Damian Maj

KOMENTARZE

  • Maniek | 31/12 godz. 11:10

    do 30 latak powiem tak dwa razy mieszkałem z kobieta w zwiazku i sie to porozpadało to chyba cos w tym jest. I ktos mówi ze jak sie mieszka to sie lepeij pozna nie pozna bo każdy jednak troche udeje i gra. Poznac mozna kogoś nie mieszkając razem ale w róznych sytuacjach, jak sie zachowuje na wycieczce, imprezie, w domu, jakie ma poglądy na życie w co wierzy z jakiego domu pochodzi,to jest bardzo wazne.

  • | 30/12 godz. 19:19

    DOdubeltówka. Dlatego tylu teraz płacze bo strzelali sobie w te kolana.

  • dubeltówka | 30/12 godz. 13:15

    do 30 latka. Słuszne spostrzeżenie więc po co sobie strzelać w kolano. Później będzie boleć.

  • Janka | 29/12 godz. 17:00

    do 30 latka. Mądra widać jesteś kobieta i wyciągnęłaś wnioski. Udowodniono,ze osoby, które mieszkały przed ślubem razem częściej się rozwodzą
    To fakt,ze teraz nawet już święta nie są takie jak kiedyś i ludzie też nie.

  • 30 latka | 28/12 godz. 22:29

    do Alfred. Zgadzam się z tobą w kwestii,ze " Młodzi mieszkaja przed ślubem razem" Ja doszłam do wniosku, że wspólne mieszkanie z facetem to jak strzelanie sobie w kolano i pierwszy krok do zabójstwa własnego związku. Co do świat to teraz wszystko takie byle jakie. Jakieś pozory przy stole czasem się tworzy.

  • jasnet.pl | 19/12 godz. 14:14

    Komentarze do tego tekstu zostały wyłączone! Minął okres dodawania komentarzy.

zobacz wszystkie komentarze

NAJCZĘŚCIEJ KOMENTOWANE

ARTYKUŁY

więcej

BLOGI

04/10

Pęd do władzy

6

więcej blogów

KALENDARZ

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X