Dzisiaj jest: środa, 17 lipiec 2019   Imieniny: Aneta, Bogdan, Jadwiga

więcej ›

PUBLICYSTYKA

Teksty nadesłane

Klatki... nasze eldorado

Początek wakacji rozpoczynał się wędkarską przygodą. W każdy weekend lądowaliśmy z kumplami w miejscu zwanym Dębiną i „moczyliśmy” nasze kije, wędki, znaczy się. Sprzęt nie był zbyt wyrafinowany: grube jak sznur do snopowiązałki żyłki ze Stilonu Gorzów, rachityczne haczyki i spławiki wielkości zaciśniętej pięści. Za przynętę służyły nam wykopane w pocie czoła czerwone robaki, którymi nader chętnie straszyliśmy koleżanki przed blokiem. Pamiętam, że odprowadzały nas zdziwionym wzrokiem, stukając się teatralnie w czoło i śmiejąc z naszego hobby. Nic nie rozumiały: wielka życiowa pasja, której poświęcaliśmy wtedy każdą wolną chwilę, dla nich była zaledwie dziecinną igraszką. Jak bardzo się myliły!

Myśmy przecież w noc poprzedzającą wędkarski wypad na Dębinę w ogóle nie spali! W śnie na jawie widzieliśmy, jak holujemy ogromnego szczupaka, który, jak to się mówiło, „chodził na boki” i nijak nie chciał rozstać się ze swoim naturalnym środowiskiem. Owszem, rzeczywistość zazwyczaj płatała nam figla i zamiast szczupaka wyciągaliśmy nie większego od szproty „okonka”, ale i tak nie traciliśmy nadziei na wielki wędkarski sukces. Potem opowiadaliśmy koleżankom mrożące krew w żyłach opowieści o potworze z głębin, który, niestety, „urwał nam przepon” i pozostawił nas z poczuciem niedosytu. One udawały, że nam wierzą. Ale tak naprawdę miały nas za życiowych nieudaczników.

Kolejny wakacyjny obrazek. Chyba z połowy lat osiemdziesiątych. Podłoga w kuchni zastawiona była szczelnie słoikami. A w powietrzu unosił się charakterystyczny zapach agrestu. Jeden z tych zapachów, który noszę w sobie po dziś dzień. Stawiałem ostrożnie kroki, kręcąc piruety. Wreszcie, kiedy byłem na tyle blisko, żeby sięgnąć ręką miski pełnej owoców, dosięgła mnie ręka sprawiedliwości. A właściwie głos. „Zostawisz to?!” – ni to spytała, ni rozkazała matka. Szybko wycofałem się na pozycje obronne. A ona jeszcze do późnej nocy płukała owoce, układała starannie w słoikach, zalewała je syropem, wreszcie – gotowała w wielkim kotle, pod którym uginała się kuchenka.

Każdego roku nasze mieszkanie zamieniało się w coś na wzór spiżarni. Na samej górze – kompoty z truskawek i czereśni. Ten smak kojarzył mi się niezmiennie z końcem szkoły i początkiem wakacji. Potem wspomniany tu już kompot agrestowy oraz wiśniowy. A jesienią w słoikach lądowały śliwki, jabłka, gruszki... Zresztą, smak tego ostatniego owocu prześladuje mnie od bagatela 30 lat. Z tą małą różnicą, że gruszki, które oferują obecnie supermarkety koło, no właśnie, gruszek nigdy nawet nie stały. A to że zapobiegliwi handlowcy tak je właśnie nazywają, to już zupełnie inna historia.

Kiedy w domu pojawiał się syfon, niechybnie oznaczało to początek upałów. Jako młody człowiek robiłem za gońca i biegałem do sklepu – zwanego poetycko gospodarczym. Tam wymieniało się puste naboje na pełne i pędem wracało do domu. Nasz zielony syfon, uzbrojony w „śmiercionośną” broń w postaci dwutlenku węgla, był źródłem cokolwiek orzeźwiającej rozkoszy. Po wypiciu szklanki tak przygotowanej wody gaz wypełniał człowieka od stóp po głowę. A potem szukał sobie ujścia przez obie dziurki w nosie. Jeszcze teraz pamiętam to „odlotowe” uczucie.

Ale nie samą wodą człowiek żyje. Letnia kanikuła to także poranki spędzone przed archaicznym telewizorem. „Urwisy z Doliny Młynów” to był mój ulubiony serial z tamtych lat. Z niezapomnianą Agnieszką Krukówną, która w dorosłym życiu została zawodową aktorką. Gdy czytam jak potoczyły się jej dalsze losy – kolejne rozwody, narkotyki, alkohol – cierpnie mi skóra na plecach. Była także historia o bracie i siostrze, którzy wykorzystując swoje fizyczne podobieństwo zamienili się rolami. On pojechał na Mazury, w sukience siostry, ona – do leśniczówki, z podręcznikiem do historii pod pachą, żeby potem zdawać za niego poprawkę z historii. Wszystko pięknie, tylko jaki był tytuł tego serialu? Pamiętacie może?

Bo „Stawiam na Tolka Banana” na bank tak się właśnie nazywał. Z Filipem Łobodzińskim, prowadzącym potem „Wiadomości”, Henrykiem Gołębiewskim jako Cegiełką i Jackiem Zajdlerem w roli głównej, który w wieku 25 lat popełnił samobójstwo – podobno w wyniku zawodu miłosnego.

Kumple. Pamiętam ich wszystkich – co do jednego. W letnie popołudnia siedzieliśmy sobie w kilku na szóstym piętrze. Nagle któryś z nas rzucił: „Popykałbym w pingla”. Nic prostszego. Są „paletki”, jest piłeczka ping-pongowa, co prawda czeska, twarda jak orzech włoski, ale damy radę. I już w chwilę potem słuchać było miarowe uderzenia, w które stojący obok „kibice” wsłuchiwali się z iście transowym zacięciem. Tak na marginesie, te piłeczki paliły się cokolwiek szybko i w spektakularny sposób. Wiem, he, he, bo mam ich „na sumieniu” kilkadziesiąt.

Tak, w latach 80-tych klatki schodowe to było moje... nasze eldorado. Kiedy patrzę na dzisiejszą młodzież, jej podejście do życia, swoisty dekalog, w którym liczą się tylko kasa, szybki sex i alkohol, to odnoszę wrażenie, że my wtedy byliśmy przy nich niewiniątkami, dziećmi w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Zamiast butelki z piwem trzymaliśmy w dłoniach rakietki, czasami wystarczyła nam piłeczka do tenisa ziemnego, „hulahop” i guma z babcinych majtek. Prawda, że niewiele, drodzy Czytelnicy?

fot. pixabay

środa, 19 cze 2019, Adam

KOMENTARZE

  • Przyjaźniak | 05/07 godz. 10:03

    Cięliśmy w pikuty, budowaliśmy czołgi z cegły i garści piasku, proca z wentylkami to był obowiązkowy rynsztunek każdego chłopaka z ulicy. :) . Ojciec był mistrzem w zszywaniu przetartej skórzanej piłki "do nogi", brał dratew i dwie grube igły,,, ehhhh...
    Zabawy w strzelanego i puszczanie tych samolotów z wirującymi skrzydłami, tak terkotały... kurde, zapomniałem nazwy. Albo rower z wpiętą kartką tekturową w szprychy... dzisiaj emeryci by straż miejską wzywali :))).
    Smażyliśmy pijawki na blasze więcej », i co jakiś czas spaliliśmy jakąś oponę między blokami. Fajnie było...
    Jak ktoś okradł kiosk ruchu to było wiadomo że "Rudy" albo "Brodawa":)). Kurde, brakuje tych emocji.

  • marek | 19/06 godz. 14:13

    Prawda prawda i tylko prawda. Tamte piękne czasy nie wrócą. Teraz fura komórka i skóra.

dodaj komentarz

NAJCZĘŚCIEJ KOMENTOWANE

ARTYKUŁY

więcej

BLOGI

22/02

W co gra MZK?

29

18/02

Radni hipokryci

7

więcej blogów

KALENDARZ

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X