Dzisiaj jest: wtorek, 17 września 2019   Imieniny: Franciszek, Justyna, Robert

więcej ›

PUBLICYSTYKA

Sponsorowane

Klatki bez reguł

Klatki blokowe to problem wielu bloków należących do Górniczej Spółdzielni Mieszkaniowej. Zresztą, nie tylko do niej. Nie chodzi tu tym razem o ich stan i wygląd, a o to, co się na nich dzieje (co także wpływa na ich stan). W wielu przypadkach są one powodem licznych skarg zamieszkujących pobliskie mieszkania lokatorów. A czasami może się dziać na nich nawet dużo: począwszy od różnego rodzaju hałasów do awantur, od składania śmieci przed drzwiami do ich dewastowania. W czyjej są one gestii, do kogo właściwie należą?

Nie ma wyraźnej wykładni prawnej, do kogo one należą. Czy są przestrzenią publiczną czy prywatną? Zapytane o to służby mundurowe, policja i straż miejska, zgodnie twierdzą, że takiego ustalenia w przepisach prawnych nie ma. Przytaczają prawną definicję, że „miejsce publiczne to przestrzeń dostępna dla ogółu, do której nieograniczony dostęp ma bliżej nieokreślona liczba ludzi, miejsce dostępne dla nieograniczonego kręgu podmiotów”. Jeśli klatka to miejsce publiczne, to każdy powinien mieć do niej swobodny dostęp. Ale coraz więcej drzwi wejściowych do bloków jest zamykanych, instalowane są domofony i tylko za zgodą któregoś z lokatorów przybysz może dostać się do środka. Trudno tu więc mówić o swobodnym dostępie, a więc jaka to przestrzeń publiczna?

A jeśli to przestrzeń prywatna, to powinny obowiązywać zasady, tak jak w prywatnym domu czy w mieszkaniu. Nie może każdy przybysz wchodzić swobodnie i robić co mu się podoba bez zgody właściciela. Nie ma przecież takiej sytuacji, że przychodzi ktoś do czyjegoś mieszkania czy domu i robi, co chce, szarogęsi się, awanturuje, i to nie tylko w pokojach, ale również w przedpokoju. Klatki schodowe właściwie są takim wspólny przedpokojem do mieszkań znajdujących się w tym bloku. Może nie jest do końca prawnie określony ich status i jakie zasady w nich obowiązują, ale są częścią bloków, będących własnością Spółdzielni, czyli jej członków.  Powinny być więc traktowane i szanowane jak własność prywatna wspólnoty mieszkaniowej.

Do Zarządu Górniczej Spółdzielni Mieszkaniowej często przychodzą skargi na temat różnego rodzaju wydarzeń na klatkach. Albo ktoś się głośno zachowuje, albo ktoś nie zachowuje porządku, albo dochodzi do awantur, zakłócających zgromadzeń, bijatyk, albo i gorszych ekscesów. Powoduje to, że mieszkańcy nie czują się w nich bezpiecznie. Nie traktują ich jako swoją własną przestrzeń życiową. Zarząd Spółdzielni niewiele może z tym zrobić. Może jedynie zwrócić się do służb mundurowych o objęcie szczególną uwagę określonych klatek, ale czy taka opieka jest skuteczna, to wiedzą sami mieszkańcy. Zazwyczaj w niewielkim stopniu. Albo mundurowi przyjeżdżają zbyt późno, albo jak tylko się pokażą, to „zakłócacze” porządku zdążą się spokojnie ulotnić.  

Klatki blokowe są traktowane jak ziemia niczyja. Mieszkańcy nie wiedzą, jakie zasady na nich obowiązują i kto za nie odpowiada. Są co prawda regulaminy blokowe i powinny wisieć na klatkach, ale nie ma chyba takiego, co by je czytał. Pytanie też, na ile przystają do obecnej rzeczywistości. Żeby je urealnić, trzeba byłoby zacząć od samego początku – od ścisłego określenia, do kogo te klatki należą. Teoretycznie odpowiedź jest prosta – do spółdzielni mieszkaniowej, do mieszkańców tego bloku, a więc klatka schodowa jest wspólną własnością mieszkańców tego bloku. I tu pojawia się już poważny problem: jeżeli jest wspólną własnością, to kto decyduje, jakie powinny być zasady zachowania na niej i czy naprawdę sami mieszkańcy chcieliby, żeby takie zasady były określone. Z jednej strony unormowałyby wiele spraw i wzmogły poczucie bezpieczeństwa, ale z drugiej wprowadziłyby pewne ograniczenia dla samych mieszkańców, a do tego już oni nie są tacy skorzy.

Przede wszystkim należałoby ustalić, co na tej klatce wolno, a co nie wolno. A więc na przykład, czy mogą na klatce znajdować się obcy ludzie, czy można na niej palić papierosy, czy można urządzać spotkania towarzyskie lub przyjmować gości. Niektórzy na klatce robią takie rzeczy, których nie chcą robić w domu. I nie jest interesujące, że sąsiadom to nie odpowiada. Wiele jest takich pytań i wiele ustaleń należałoby przeprowadzić. Tylko kto miałby to zrobić i dla kogo?

To mogliby określić sami mieszkańcy, na przykład podczas konsultacji społecznych i te ustalenia zebranie w uchwale mogłyby zostać podjęte na Walnym Zgromadzeniu Członków. Potem wszyscy musieliby te zasady respektować.  A jeśli nie, wtedy na przykład mógłby być stosowany paragraf o łamaniu miru domowego. Jest zawarty w kodeksie karnym i nawet są przewidziane konkretne kary za jego łamanie. I tak każdy obcy, który by się znalazł na klatce bez zgody któregoś mieszkańców, mógłby być potraktowany jako włamywacz, a więc ponieść odpowiedzialność karną!

Nie jest to proste, bo z jednej strony klatki byłyby pod ochroną i obowiązywałyby na nich przyjęte zasady, ale z drugiej strony zasady te byłyby pewnym ograniczeniem dla samych mieszkańców. Lokator w bloku nie mógłby się zachowywać całkiem swobodnie na klatce, ale musiałby dopasować się do wspólnie ustalonych reguł. Czy jesteśmy w stanie takie reguły zaakceptować? Niestety, często z naszej specyfiki wynika, że niechętnie podporządkowujemy się regułom, powszechnie łamiemy przepisy i zasady prawne. Chcemy robić, co nam się podoba, ale z drugiej strony padamy też często ofiarą tego rodzaju działania. Chcemy mieć swobodę, ale nie do końca odpowiada nam, jak ktoś inny zachowuje się swobodnie. Więc wolimy żyć bez reguł i zasad, bo wtedy wszystko wolno. Gorzej, jak zakłócany jest nasz spokój. A więc wolność Tomku w swoim domku!

Prezes GSM Gerard Weychert odnosi się do tej sprawy dość sceptycznie. Uważa, że można byłoby podjąć trud unormowania pewnych reguł na wspólnych przestrzeniach, ale też wątpi, czy sami mieszkańcy chcieliby tego, czy byliby w stanie tym regułom się podporządkować. Spółdzielnia próbowała wiele razy unormować reguły parkowania pod blokami i efekt był raczej znikomy. Nie pomagają koperty, nie pomagają wyznaczone miejsca, kierowcy parkują i tak, jak im się podoba Próba regulacji tego kończy się zazwyczaj żywymi protestami. Na ulicy Katowickiej zarząd GSM wprowadził przy jednym z bloków strefę ruchu, to znaczy, że obowiązywały na niej zasady, jak na drodze publicznej. W efekcie mundurowi wystawili wiele mandatów za niewłaściwe parkowanie. Skutek? Skargi mieszkańców do zarządu, że za byle co dostają mandaty. A więc wygląda na to, że najlepszą regułą jest... brak reguł.

 

poniedziałek, 19 sie 2019, Artykuł sponsorowany

NAJCZĘŚCIEJ KOMENTOWANE

ARTYKUŁY

więcej

BLOGI

22/02

W co gra MZK?

29

18/02

Radni hipokryci

7

więcej blogów

KALENDARZ

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X