Dzisiaj jest: wtorek, 28 stycznia 2020   Imieniny: Julian, Piotr, Tomasz

więcej ›

PUBLICYSTYKA

Teksty nadesłane

Święta w okupowanym kraju

Pamiętam taki, poprzedzający Święta Bożego Narodzenia, obrazek. Była trzecia, może czwarta nad ranem. Za oknem panowały wciąż egipskie ciemności. Do pokoju, w którym spałem, wkradał się anemiczny snop światła. Wstałem, przetarłem z dziecięcą manierą oczy i podreptałem w kierunku kuchni. Tutaj moim oczom ukazała się matka. Z nożyczkami w dłoni wycinała równe kwadraciki, które jeden po drugim lądowały na podłodze. W mojej 7-letniej wyobraźni pojawiły się kadry z lekcji plastyki. „Co to?” – zapytałem zaspany. „Kartki na mięso” – odpowiedziała. Potem podeszła i pocałowała mnie w czoło: „Wracaj do łóżka”. Gdy ponownie znalazłem się w swoim pokoju, światło w kuchni zgasło. W chwilę potem usłyszałem zgrzyt zamka i kroki na schodach.

Ale wcześniej wydarzyło się „coś jeszcze”... Coś, czemu moja dziecięca wyobraźnia nie potrafiła stawić czoła... Coś umykającego słownictwu... Pamiętacie jeszcze „Teleranek” i tego koguta, który punktualnie o godzinie dziewiątej wskakiwał na płot i piał ku uciesze dzieciaków? Teraz już rozumiem, bo wtedy nie bardzo! Kiedy 13 grudnia 1981 roku na ekranie telewizora zamiast prowadzącego program pojawił się tajemniczy jegomość w ciemnych okularach, oznaczało to niechybnie początek stanu wojennego i koniec pewnej epoki. Ale dla moich kolegów, których ojcowie pracowali na Manifeście Lipcowym, ta data odcisnęła się mocniejszym piętnem. Nagle przestały liczyć się „kolejkowe” spory, książeczki górnicze, kafelki siostry. Ale oddajmy głos świadkom tamtych wydarzeń...

„Rankiem, gdy tylko przetarłem oczy, zwyczajowo włączyłem radio Wolna Europa. Ogłoszony stan wojenny był dla mnie jakąś abstrakcją i nie bardzo miałem wtedy świadomość, z czym się to je i do czego ta zakąska. Przed godziną 9.00 pukanie do drzwi, sąsiad z dziećmi składa mi wizytę, wyrażając swoje niezadowolenie, że chyba ma popsuty telewizor, a dzieci chcą obejrzeć tylko bajkę. Bezproblemowo, pstryk i telewizor włączony, nagle szum i brak obrazu. Pozostało jeszcze tylko radio – Program I i jakieś przemówienie Jaruzelskiego, które po czasie uświadomiło nam, że coś w kraju dzieje się niedobrego i ważnego. W ten sposób dowiedziałem się o takim zjawisku jak stan wojenny kraju” – wspominał po czasie Józef Żak, znany jastrzębski fotoreporter.

Co ciekawe, motyw „śnieżącego telewizora” i feralnego „Teleranka” powtarza się także we wspomnieniach Janiny Nowakowskiej, której mąż był „szeregowym działaczem Solidarności”. „Rano włączyłam telewizor: śnieżył, nie było obrazu. Potem było to fatalne wystąpienie generała Jaruzelskiego, z którego dowiedziałam się, co dzieje się w kraju. Pomimo wszystko ubrałam dzieci i poszliśmy do kościoła. Kościół „na górce" był wtedy jeszcze w budowie. Tego dnia przyszło na mszę świętą tak wiele osób, że praktycznie nie było szans, aby wejść do środka. Zauważyłam, bo to się tak jakoś mocno rzucało w oczy, że we mszy uczestniczyły całe rodziny. Ludzie płakali i ja też płakałam. Bardzo się bałam o dzieci. Trudno było myśleć o przyszłości” – przypomina sobie kobieta.

Jednak życie toczyło się dalej. Przecież stan wojenny nie unieważnił Świąt Bożego Narodzenia. I tak kilka dni przed Wigilią moja matka ustawiła się karnie na końcu kolejki do „rybnego”. Kolejka – w latach 80-tych „kultowe” słowo – wiła się niczym egzotyczny wąż. I z każdą minutą robiła się coraz dłuższa. Tutaj, na jastrzębskim osiedlu, myśli jastrzębian krążyły wokół zbliżających się świąt. Zmierzchało. Budzący się nieśmiało dzień obnażał ten jedyny w swoim rodzaju spektakl, o którym można by śmiało pisać poematy. To w kolejce dowiadywano się, co słychać na osiedlu. To tutaj rodziły się pierwsze miłości. Tutaj także ludzie stawali się swoimi śmiertelnymi wrogami. Nagle ktoś rzucił w eter: „Karpie przywieźli!!!” Tłum zaczął napierać na drzwi...

Kilka godzin później w naszej wannie pływała skonsternowana ryba. W chlorowanej z PRL-owskim rozmachem wodzie jej przyszłość malowała się raczej w czarnych barwach. Należało więc skrócić jej cierpienia i w trybie warunkowym wysłać na tamten świat. Nagle w drzwiach łazienki pojawili się moi rodzice. Matka uzbrojona w tłuczek do mięsa, ojciec – z monstrualnych rozmiarów nożem w ręku. Oboje patrzyli niepewnie na siebie. Na ich twarzach malowała się trema debiutantów, którzy nie przywykli do widoku krwi. Sytuacja patowa – chciałoby się powiedzieć. „Zrób coś! W końcu jesteś mężczyzną” – zaczęła nerwowo matka. „I co z tego?” – bronił się ojciec. Zaczęło się licytowanie, kto powinien obciążyć swoje sumienie rytualnym mordem? Gdy wreszcie stanęło na tym, że zrobi to głowa rodziny, karp dokonał żywota na własną rękę. I znowu sprawy potoczyły się bez udziału ludzi.

Swoją drogą, skąd one, nasze matki, żony, siostry, brały to wszystko? Przecież w latach 80-tych ubiegłego stulecia sklepowe półki świeciły pustkami. Nie sposób było kupić podstawowych produktów, a co dopiero mówić o bakaliach, soczystej szynce czy kubańskich pomarańczach. I jeszcze ten 13 grudnia, smutne miasto, wszędobylskie czołgi, papryka w sklepach... „Wracając, kupiłem okazyjnie chleb, bo tylko to było jeszcze i nowość się ukazała, prawdziwa bułgarska papryka w dość dużym opakowaniu! Kupiłem jedno opakowanie, ponieważ kupowali wszyscy, a ocet i jajka miałem w zapasie. Papryka była w smaku ostra. Napotkani znajomi z kopalń, którzy uciekli przed ZOMO-wcami, opowiadali mniej lub bardziej wiarygodnie: strzelali, bili, zabili i robiło to szokujące wrażenie” – słyszymy ponownie od Józefa Żaka.

Wreszcie Boże Narodzenie. Magiczne święta w okupowanym kraju i wigilijna noc bez godziny policyjnej... upsss... milicyjnej. Zapach smażonego karpia mieszał się z zapachem żywicy, czyli żywej choinki. Za oknem, to nie żart, padał śnieg, który potem, ścięty syberyjskim mrozem, skrzypiał pod butami. A ludzie w swoich PRL-owskich blokach wypatrywali Pierwszej Gwiazdki. I znowu sprawy potoczyły się swoim torem...

Jak się rzekło, nie ma już tego świata. Nadeszły nowoczesne czasy, w których człowiek jest nic nie znaczącym trybikiem w chaotycznym mechanizmie. W końcu życie to niebezpieczny żywioł, a młodzieńczy entuzjazm uleciał z nas jak opary naiwnych wyobrażeń o codzienności. Przydałaby się więc jakaś nadzieja. Przynajmniej jej namiastka. Już wkrótce usiądziemy przy wigilijnym stole. Świeżo po świątecznym tuningu sumienia, które będzie korespondować z nieskazitelnie białym obrusem na stole. Bogatsi o doświadczenia mijającego roku pochylimy się nad tajemnicą narodzin Jezusa... Co w niej odnajdziemy?

 

poniedziałek, 23 gru 2019, Adam

KOMENTARZE

  • to sem ja | 24/12 godz. 21:41

    Po tytule myślałem, że chodzi o zniewoloną Palestynę...

  • seboc | 23/12 godz. 15:39

    Książeczek górniczych przed stanem wojennym nie było. Autorowi się wszystko pomieszało albo młody jest i po prostu zmyśla.

  • jasnet.pl | 23/12 godz. 12:55

    Komentarze do tego tekstu zostały wyłączone! Minął okres dodawania komentarzy.

zobacz wszystkie komentarze

NAJCZĘŚCIEJ KOMENTOWANE

ARTYKUŁY

20/01

Trudny rok

0

więcej

BLOGI

22/02

W co gra MZK?

29

18/02

Radni hipokryci

7

więcej blogów

KALENDARZ

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X