Dzisiaj jest: środa, 23 stycznia 2019   Imieniny: Ildefons, Rajmund, Maria

więcej ›

PUBLICYSTYKA

A to ciekawe

Noszę pamiątkę tamtych wydarzeń

Stan wojenny to jedno z tych wydarzeń w historii Polski, które odcisnęło swoje piętno również na historii Jastrzębia. Został wprowadzony ponad ćwierć wieku temu. Jest to jedna z tych kart dziejów naszego kraju, która budzi i pewnie budzić długo jeszcze będzie duże emocje. Historycy, uczestnicy tamtych wydarzeń, a także wszyscy zainteresowani przeszłością często zastanawiają się nad tym co wydarzyło się tamtego mroźnego dnia 13 grudnia 1981 roku. Dlaczego dopiero rozpoczęty dialog społeczny został spacyfikowany i padli zabici i ranni? Dlaczego system, który oficjalnie dbał o dobro robotników zdecydował się wystąpić przeciwko nim?

To właśnie na jednej z naszych kopalń, KWK "Zofiówka" - wtedy już "Manifest Lipcowy" - podczas strajku doszło do pacyfikacji zakładu i użycia broni. Jastrzębie było jednym z miast, gdzie robotnicy postanowili upomnieć się o należne im prawa, a potem czynnie ich bronić. Jednym z uczestników tamtych wydarzeń był pan Czesław Kłosek.

Pan Czesław Kłosek w roku 1980, wówczas 23-letni młody robotnik przybył do Jastrzębia z Katowic. Wydawało mu się, że przybywa do Jastrzębia, które jest spokojnym i cichym miastem. Jak się miało wkrótce okazać znalazł się w samym środku dramatycznych wydarzeń. Kiedy rodził się niezależny ruch związkowy i w Jastrzębiu podpisano jedno z trzech porozumień społeczeństwa z rządem (3.09.1980) Czesław Kłosek działał już w ruchu związkowym i brał czynny udział w strajku sierpniowym 1980 r. Nie sądził wówczas, że za swoje zaangażowanie w przyjdzie mu narażać własne życie.

Wydawało się, że w roku 1980 jest nadzieja na "poluzowanie" niewydolnego systemu. Jednak po 16 miesiącach wolności konfrontacja okazała się nieunikniona. 13 grudnia, w niedzielę Polacy dowiedzieli się o wprowadzeniu stanu wojennego: "Rano tak jak wszyscy zobaczyłem, że telewizja, ani radio nie nadają swojego programu. Zamiast normalnych audycji zobaczyliśmy generała Wojciecha Jaruzelskiego, który ogłosił wprowadzenie stanu wojennego. Władzę przejęła Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego. Dowiedziałem się wtedy o szeregu zakazach i karach więzienia, a nawet śmierci, które za ich złamanie groziły. Nastąpiła wtedy eskalacja strachu. Tak jak wielu ludzi wtedy, tak do końca nie wiedziałem co się dzieje" - wspomina pan Kłosek.

Tego dnia na KWK "Manifest Lipcowy" członkowie Komisji Zakładowej "Solidarności" schronili się na kopalni w obawie przed aresztowaniem. W poniedziałek (14.12) ogłoszono strajk okupacyjny. Żądano m.in. uwolnienia zatrzymanych przez władzę związkowców i zachowania cząstki wolności wywalczonej w roku 1980. Czesław Kłosek wspomina, że ze strony górników nie planowano żadnego użycia siły, czy walki. Górnicy byli przekonani, że nic im nie grozi na kopalni. "Dochodziły do nas niepokojące informacje o pacyfikacjach na innych kopalniach. Zaczęliśmy budować barykady przy bramach i zbroiliśmy się naprędce w łańcuchy, węże, trzonki, śruby itp. padały głosy młodzieży górniczej, by wykorzystać benzynę z zakładowych zbiorników, butle z gazem a nawet materiały wybuchowe. Starsi mitygowali ich, by nie rozpętać piekła. Ciągle wierzyliśmy naiwnie, że zakład jest nasz i dopóki nie wyruszymy agresywnie poza bramy kopalni, nikt nie ośmieli się atakować czy strzelać do górników. Ja jednak miałem nie najlepsze przeczucia. We wtorek, 15 grudnia udałem się do lekarza, ponieważ niezbyt dobrze się czułem. Po otrzymaniu diagnozy że wszystko jest ze mną w porządku wróciłem na kopalnię". Wtedy już "Manifest Lipcowy" przedstawiał obraz oblężonej twierdzy. Na placu przed wejściem głównym stacjonowało 30 czołgów, 15 wozów opancerzonych i 4 armatki wodne, kompanie ZOMO, ORMO, ROMO, KW MO oraz pluton specjalny, wszystkich w sumie około 1800 ludzi. "Jeszcze przed atakiem na kopalnię zadzwoniłem do żony, która nalegała abym się gdzieś schował i zadbał o swoje bezpieczeństwo. Jednak zdecydowanie odmówiłem, chociaż byłem świadomy, że może dojść do najgorszego. Uważałem wtedy, że trzeba robić to co przyzwoitość nakazuje i zostałem" - wspomina.

Po godzinie 11 w kierunku górników rzucono petardy i pojemniki z gazem. Wkrótce po tym czołg forsuje bramę i ZOMO wdziera się na teren kopalni. Dochodzi do walki pomiędzy atakującymi, a broniącymi się. I wtedy padają strzały. W pierwszym momencie niezauważone, jednak padają ranni. "Kiedy koledzy podnosili nas ranionych sądzili, ze , że to obrażenia od wystrzeliwanych petard. Jak musieliśmy krwawić, skoro pielęgniarka dzwoniła po sprzątaczki prosząc o szmaty, bo nawet podłoga punktu opatrunkowego była niebezpiecznie śliska od krwi"- relacjonuje Czasław Kłosek.

Rannych odwieziono do szpitala górniczego. Pocisk, który dosięgał Czesława Kłoska utkwił w kręgosłupie, na tyle blisko rdzenia kręgowego, że lekarze postanowili go nie usuwać. "Chciałem wówczas, aby przekazano mi ten pocisk, jednak i tak byłoby to niemożliwe, ponieważ rekwirowano wszystkie kule, które wydobyto z rannych górników. Do dnia dzisiejszego noszę "pamiątkę" tamtych wydarzeń" - Czesław Kłosek. Lekarze nie dawali od razu postrzelonemu górnikowi większych szans na przeżycie. Cudem udało się mu wyjść cało, lecz czekała go długa rekonwalescencja.

"Jeden z kolegów, którzy brali aktywny udział w strajku (nawet pomagał mi po postrzale), był członkiem PZPR. Był bardzo dobrym fachowcem, oddanym opiekunem nowo przyjętych; szanowaliśmy jego wiarę w możność naprawy socjalizmu. Po pacyfikacji "Manifestu" chciał oddać legitymację partyjną na pierwszym zebraniu. Nie zdążył. Kiedy wszedł na salę, by oddać ostentacyjnie czerwoną książeczkę, towarzysze (wiedzący o jego aktywności na placu strajkowym) zapytali go: "Co PAN tu robi?!" i wyprosili zaopatrując w czarny bilet" - charakteryzuje sytuację po wprowadzeniu stanu wojennego Czesław Kłosek.

Czesław Kłosek, jeden z bohaterów pacyfikacji na KWK "Manifest Lipcowy", nawet po latach zastanawia się czy, gdyby miał jeszcze raz wybierać, to czy zachowałby się tak samo jak w 1981 roku: "Postąpiłbym identycznie. Są w życiu człowieka chwile, kiedy musi wybierać. Trzeba wtedy kierować się poczuciem przyzwoitości i honoru, a wtedy wybór jest oczywisty. Natomiast czy było warto? Nie jestem już tak pewny odpowiedzi na to pytanie. Wtedy chcieliśmy kraju z jasnymi i przejrzystymi zasadami. Czy tak jest, niech każdy już sam oceni".

Bywa tak, że historia stawia przed ludźmi wyzwania. Wdziera się w spokojne życie i burzy jego porządek. I wtedy człowiek jest postawiony wobec konieczności dokonania zasadniczych decyzji, wobec wyboru co jest ważniejsze - moje osobiste dobro i korzyści, czy walka o rzeczy ponadczasowe: wolność, sprawiedliwość, honor, prawo do decydowania o sobie i państwie. Wydarzenia roku 1981, tak jak wcześniej wiele innych momentów dziejowych, postawiły przed Polakami trudne dylematy. Wspominając historię sprzed ćwierćwiecza miejmy świadomość, że każdy z nas może kiedyś znaleźć się wobec konieczności dokonania takiego wyboru, żyjąc również w Jastrzębiu.

środa, 12 gru 2007, Katarzyna Barczyńska

KOMENTARZE

  • jasnet.pl | 12/12 godz. 00:00

    Komentarze do tego tekstu zostały wyłączone! Minął okres dodawania komentarzy.

zobacz wszystkie komentarze

NAJCZĘŚCIEJ KOMENTOWANE

ARTYKUŁY

więcej

BLOGI

04/10

Pęd do władzy

6

więcej blogów

KALENDARZ

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X