Dzisiaj jest: wtorek, 18 lutego 2020   Imieniny: Symeon, Konstancja, Maksym

więcej ›

SPORT

Alpinizm

Baseball

Biegi

Boks

Futsal

Hokej

Judo

Karate

Kolarstwo

Koszykówka

Morsowanie

Narciarstwo

Olimpiady specjalne

Piłka nożna

Pływanie

Pływanie w płetwach

Rajdy samochodowe

Rekreacja

Siatkówka

Siatkówka plażowa

Sporty walki

Szachy

Taekwondo

Tenis

Tenis stołowy

Żeglarstwo

Inne

ZAPOWIEDZI

2020-02-22

Jastrzębski Węgiel - Czarni Radom

Siatkarska PlusLiga

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2020-02-22

JKH GKS Jastrzębie - Cracovia Kraków

Ćwierćfinał PHL - 1. mecz

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2020-02-23

JKH GKS Jastrzębie - Cracovia Kraków

Ćwierćfinał PHL - 2. mecz

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2020-02-29

Jastrzębski Węgiel - Resovia Rzeszów

Siatkarska PlusLiga

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

więcej zapowiedzi

PUBLICYSTYKA

"Człowiek morza"

Powrót kapitana Jerzego Radomskiego do Polski odbił się szerokim echem w polskich mediach. Na pokładzie jachtu "Czarny Diament" dawny pracownik KWK "Moszczenica" wpłynął do Świnoujścia. Wielu zdążyło dawno o nim zapomnieć, a legendę o kapitanie przekazywali sobie pasjonaci żeglarstwa oraz członkowie rodziny.

Powrót Radomskiego do ojczyzny odkurzył wspomnienia. Okazało się, że wielu pracowników kopalni pamięta czasy, gdy budowano "Czarnego Diamenta". Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Nie ma już "Moszczenicy". Ale zapotrzebowanie na legendę kapitana Radomskiego rośnie, szczególnie w młodym pokoleniu, które nie pamięta chwil, gdy jacht opuszczał Jastrzębie Zdrój. O kapitanie Jerzym Radomskim opowiedział znany w środowisku jastrzębskiego sportu Krzysztof Radomski z Klubu Działalności Podwodnej Nautilus.

- Kim dla Pana jest Jerzy Radomski?
Krzysztof Radomski - Jerzy Radomski jest bratem mojego ojca. Urodził się w 1939 roku w Klewaniu na terenach obecnie należących do Ukrainy. Po wojnie rodzina była deportowana do Polski. Jurek miał wtedy kilka lat. Osiedlili się w Działdowie na obszarze dzisiejszego województwa warmińsko-mazurskiego. Nietrudno się domyślić, że tam zakochał się w żeglarstwie. W końcu jest tam pełno jezior. A w samym Klewaniu była duża rzeka. Na początku lat sześćdziesiątych wraz z moim ojcem przyjechał do Jastrzębia do pracy. Tu były mieszkania i możliwości. Bracia Radomscy najpierw budowali KWK "Moszczenica", a potem na niej zarabiali na chleb. Ojciec był cieślą budowlanym, a Jurek elektrykiem. Ale żeglarska pasja szybko dała o sobie znać. Razem z innymi założył górniczy jachtklub Delfin. Zdobywał uprawnienia żeglarskie i został kapitanem. Następnie szkolił kolegów z pracy. Ma ciekawą osobowość i wspaniale potrafi opowiadać o morzu, stąd grono przyjaciół szybko się poszerzało. Najpierw organizowali rejsy na Karaiby. Potem pojawiła się koncepcja budowy wielkiego jachtu celem popłynięcia dookoła świata. To były czasy Baranowskiego i Teligi, który dla Jurka był wielkim autorytetem.

- Jerzy Radomski znał Leonida Teligę?
- Tak. Baranowskiego zresztą też. Mieli okazję poznać się na szkoleniach i kursach organizowanych przez Polski Związek Żeglarski. Całe to środowisko często widywało się w Giżycku. Świat żeglarski był wówczas o wiele bardziej otwarty niż dziś. Teraz jest trudniej "wkręcić się" do czołówki. Inna sprawa, że za sprawą Teligi żeglarstwo było wówczas bardzo popularne.

- Nie było problemów z wypłynięciem na Karaiby?
- Zawsze jakieś problemy były, ale jeśli coś organizowane było przez Polski Związek Żeglarski, to można było pływać. Jeżeli brano na pokład młodzież, to musieli to być członkowie Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Natomiast i tak mało kto dawał wiarę, że załodze z kopalni uda się popłynąć dookoła świata.

- W Waszej rodzinie związki z wodą ma nie tylko Jerzy.
- Coś jest na rzeczy. Od kiedy pamiętam, Jurek był związany z żeglarstwem, wyprawami i odkrywaniem świata. Dostawaliśmy od niego kartki z Fidżi, a potem biegliśmy sprawdzić, gdzie to jest. A ja te rodzinne wodne tradycję kontynuuję, choć w nieco innym kierunku, pływania w płetwach i nurkowania. Ponadto w rodzinie są spore tradycje pszczelarskie i łowieckie. Dlatego być może kiedyś wrócę do łowiectwa (śmiech).

- Jak to było z "Czarnym Diamentem"?
- Jachtklub powstał praktycznie razem z KWK "Moszczenica". Zaraz potem były wspomniane rejsy na Karaiby. Środowisko żeglarskie w Polsce było bardzo aktywne. Ktoś powie, że komuna, ale dla nas nie były to takie złe czasy. U Jurka organizowane były bale pirata, na których bawiła się cała jastrzębska śmietanka. Po pierwszych rejsach zrodziła się idea budowy własnego jachtu, bo czarterowanie sporo kosztowało. Chcieliśmy mieć coś swojego. Sześciu zapaleńców zebrało się i zaczęło budować. Udało się namówić do współpracy władze kopalni i środowisko górnicze. To miał być prawdziwy stalowy kolos. "Opty" Teligi przy nim był drewnianą łupiną. Wszystko ze stali nierdzewnej. Sprawdzali to nawet eksperci od budowy kotłów. Kopalnia bardzo dużo pomogła. Zarówno w kwestii materiału, jak i prądu czy transportu. Ponadto ochotników do pomocy było bardzo wielu.

- A gdzie "Czarny Diament" dokładnie był budowany?
- Niedaleko obecnej elektrociepłowni przy nieczynnym skipie w Zdroju. A dlaczego tam? Zadecydowały kwestie transportu. Stamtąd łatwiej było go przewieźć. W zasadzie w trakcie wywożenia "Czarnego Diamenta" rozebrano cały hangar, w którym był budowany. Wyciągano go przez dach. Budowa trwała około pięciu lat. Nazwa odnosiła się oczywiście do największego skarbu tej ziemi, czyli węgla, nazywanego również czarnym diamentem.

- Kiedy "Czarny Diament" opuścił Jastrzębie?
- W maju 1978 roku. Transport do Szczecina zajął około dwóch miesięcy. Najpierw na przyczepach w dwóch częściach dotarł do Kędzierzyna, skąd na barkach trafił nad morze. Na przełomie lipca i sierpnia "Czarny Diament" został zwodowany. Pierwsze dziewicze rejsy jacht odbył po Bałtyku. A pierwsza podróż dookoła świata była podzielona na etapy, gdyż każdy chciał trochę popływać z rodziną czy znajomymi, pokazać kawałek świata.

- Pan też miał okazję pływać na tym jachcie?
- Tak, ale dopiero po jego powrocie z rejsu dookoła świata. Pływaliśmy po Morzu Śródziemnym. Ponadto w latach dziewięćdziesiątych rozpoczęliśmy z Jurkiem współpracę na zasadzie eskapad turystycznych. Jacht musiał na siebie zarobić, a nie muszę ukrywać, że pływanie dookoła świata pociągało za sobą spore koszty. Każdy postój w porcie obecnie bardzo dużo kosztuje. Kiedyś było to tańsze. Jurek, aby zarobić, imał się różnych profesji. Stał się taką złotą rączką i pracował w każdym zakątku świata. I w Stanach Zjednoczonych, i w Australii.

- Nie miał problemów z wpływaniem do portów? Teligi kiedyś nie wpuszczono do Australii.
- Takie to były czasy, że wizy potrzebne były praktycznie wszędzie. Można było je załatwiać przez ambasady, ale jak to zrobić, będąc na pokładzie? Na pewno jednak w niektórych częściach świata był przyjmowany lepiej, a w innych gorzej. A przygód miał mnóstwo. Spotkania z piratami, ludożercami czy afrykańskimi kacykami. W końcu pływał 32 lata.

- Czy Jerzemu Radomskiemu ktoś towarzyszył podczas wypraw?
- Zawsze miał kogoś na pokładzie. Nigdy nie był sam, a jeśli nie było ludzi, to towarzyszył mu pies. Pierwszy piesek nazywał się Burgas, bo przypałętał się w Bułgarii. Kiedyś ich uratował. Gdy zbliżali się piraci, zaczął szczekać i wszystkich pobudził. Dzięki temu uciekli napastnikom. Najczęściej jednak pływał z ludźmi, których pasjonowało żeglarstwo. Raz wziął na pokład gościa z Izraela i temu się to tak bardzo spodobało, że został na "Czarnym Diamencie" przez dwa lata.

- Wiemy o tym, że Jerzy Radomski pływał 32 lata. Czy wracał w tym czasie do Polski?
- Wracał. Najczęściej przylatywał samolotem, gdy załatwiał przedłużenie paszportu, czy na pogrzeb w rodzinie. Zostawiał jacht gdzieś w świecie i przylatywał. Pierwszy kontakt z krajem nawiązał jednak dopiero jedenaście lat po wypłynięciu. To był 1989 rok, więc wszystko się zmieniało. Wcześniej były różne obawy. Jurek widział kawał świata, co było niewygodne. Natomiast jacht wpłynął do Polski w czerwcu 2010 roku po raz pierwszy od wypłynięcia w 1978.

- Jak wyglądał ten pierwszy rejs dookoła świata?
- Z Morza Śródziemnego popłynęli przez Kanał Sueski na Morze Czerwone. Byli wtedy niedoświadczonymi żeglarzami i wpadli na rafę koralową. Pojawiły się obawy, że już na początku będzie trzeba zakończyć wyprawę. Ale jakoś sobie poradzili. Pomagali ludzie z kraju, wysyłając kilofy do rozbijania rafy. Pomagali też Rosjanie. Dawali wodę i paliwo. Po trzech miesiącach udało się ruszyć jacht. Zeszli z rafy i popłynęli w kierunku Australii, a stamtąd do Stanów. Staraliśmy się Jurkowi pomagać. Żagle szyte były w Polsce, bo na Zachodzie często kosztowało to krocie. Różne towary mu przesyłaliśmy, aby mógł je sprzedać i mieć za co żyć.

- Wspominał o przygodach, które mu się przytrafiły?
- Miał ich mnóstwo. Przede wszystkim rejs uzależniony był od pogody. Czasami cuda się działy na morzu. Wspominałem już o atakach piratów. Był u afrykańskich królów i robił przyjęcie dla jakiegoś ambasadora na jachcie. Na pokładzie "Czarnego Diamenta", gdzie mieściło się osiem osób, nagle pojawiło się około dwustu! Widział rzeczy, o których nam się nawet nie śni. Często baliśmy się o niego, gdy wpływał na przykład do Trójkąta Bermudzkiego. Dla mnie, gdy z nim pływałem, samą przygodą było spotkanie z wielorybami, czy możliwość nurkowania w pięknych miejscach. Poza tym Jurek był ekspertem w swojej dziedzinie. Jacht pruł czasami nawet z prędkością 9 mil. Byliśmy w okolicach Korsyki i "Czarny Diament" przy tej szybkości miał ogromny przechył. Ja obawiałem się o życie, a Jurek spokojnie mówił, że można płynąć jeszcze szybciej (śmiech). Mimo tego, że dziś to przestarzała konstrukcja, był to naprawdę kawał solidnej roboty. Choć na jachcie nie było nawet porządnej ubikacji, a potrzeby załatwiało się na rufie (śmiech). A winda do kotwicy szybko mu się zepsuła i trzeba było ją rękami wyciągać. My byliśmy przerażeni ciężarem, a dla niego to było piórko.

- Miał jakieś ulubione miejsce w świecie?
- Mozambik. Gdyby mógł, to chętnie by tam został. Przebywał tam w czasie, gdy akurat nie było tam żadnej wojny domowej. Jurek pisał, że to cudowny i piękny kraj. Że tam naprawdę czuł się wolny. Nie było zakazów i nakazów. Za kilka dolarów można było żyć jak lord. Raj na ziemi. Gdy przysyłał listy, to czytałem je po kilka razy. Razem nim odwiedzałem w ten sposób cały świat.

- Mimo to postanowił wrócić. Czemu?
- Nie rozmawiałem z nim jeszcze na ten temat. Wrócił pewnie dlatego, że zawsze coś się zaczyna i coś musi się skończyć. Lepiej, jeśli skończy się za życia, niż z chwilą śmierci. A Jurek ma już ponad 70 lat i nie jest człowiekiem pierwszej młodości. Nie zmienia to faktu, że nie wygląda na swój wiek, a kondycję ma wspaniałą. Zawsze pozostanie człowiekiem morza. Myśli o tym, aby jacht stał się swego rodzaju muzeum lub tawerną. Aby nie poszedł na żyletki. Warto wiedzieć, że ten jacht jest chyba o wiele bardziej sławny za granicą, niż w Polsce. Ale co się stanie, dowiemy się w przyszłości. Jurek zapewne do końca wakacji do Jastrzębia nie dotrze. Wtedy to w naszej rodzinie będzie organizowany zlot. Na razie kapitan jest w Szczecinie i chce jeszcze raz wypłynąć na Bałtyk.

- Czy kapitan Jerzy Radomski ma w planach napisanie wspomnień?
- Tak, książka już powstaje. Jurek ma świetne pióro i bez wątpienia wspomnienia będą bardzo ciekawe.

Galeria zdjęć z archiwum Krzysztofa Radomskiego >>>

 

Rozm. Mariusz Gołąbek

KOMENTARZE

  • jasnet.pl | 18/02 godz. 13:08

    Bądź pierwszy! Wyraź swoją opinię!

  • jasnet.pl | 26/07 godz. 00:00

    Komentarze do tego tekstu zostały wyłączone!
    Minął okres dodawania komentarzy.

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X