Dzisiaj jest: poniedziałek, 19 listopada 2018   Imieniny: Elżbieta, Maksymilian, Salomea

więcej ›

SPORT

Alpinizm

Baseball

Biegi

Boks

Futsal

Hokej

Judo

Karate

Kolarstwo

Koszykówka

Morsowanie

Narciarstwo

Olimpiady specjalne

Piłka nożna

Pływanie

Pływanie w płetwach

Rajdy samochodowe

Rekreacja

Siatkówka

Siatkówka plażowa

Sporty walki

Szachy

Taekwondo

Tenis

Tenis stołowy

Żeglarstwo

Inne

ZAPOWIEDZI

2018-11-21

JKH GKS Jastrzębie - Kadra PZHL

Polska Hokej Liga

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2018-11-23

JKH GKS Jastrzębie - Polonia Bytom

Polska Hokej Liga

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2018-11-24

10. Turniej Kumite

Międzynarodowe zawody karate

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2018-11-26

Jastrzębski Węgiel - Chemik Bydgoszcz

Siatkarska PlusLiga

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

więcej zapowiedzi

PUBLICYSTYKA

Mistrz Europy 1975

Mistrz Europy z 1975 roku. Wielokrotny mistrz Polski. Pięściarz, który był jednym z symboli polskiego boksu. Człowiek, który walczył ze sławami lat siedemdziesiątych. Który w finale Mistrzostw Europy w Katowicach pokonał samego Wiktora Uljanicza, mistrza Związku Radzieckiego. Olimpijczyk z Montrealu. Zawodnik GKS Jastrzębie, a także Legii Warszawa, Górnika Radlin i Górnika Pszów. Prawdziwy sportowiec. Andrzej Biegalski.

- Urodził się Pan w specyficznym dniu...
- Andrzej Biegalski - W dniu śmierci Józefa Stalina, 5 marca 1953 roku. Mój ojciec przeszedł cały szlak bojowy I Armii Wojska Polskiego z karabinem w ręku. Dostał za to między innymi medal Virtuti Militari. Stryj był z kolei ranny w walkach pod Warszawą. Inny członek mojej rodziny walczył pod Monte Cassino.

- Zaczynał Pan przygodę ze sportem od Górnika Radlin, choć urodził się pan na Dolnym Śląsku.
-
Moja najstarsza siostra wyszła za mąż za Ślązaka i osiedliła się w Radlinie. Ja rozpocząłem edukację w liceum ogólnokształcącym w Mirsku. Widziałem jednak, jak mocno styrany pracą był mój ojciec. Był wrakiem człowieka. Nie mogłem z tego korzystać i postanowiłem iść do szkoły górniczej z internatem. Tak, za siostrą, trafiłem do Radlina. Wiedziałem jednak, że chcę coś w życiu zrobić. Lubiłem męczyć organizm. W Górniku Radlin trenowałem judo i boks, a także uprawiałem pchnięcie kulą. Mój trener widział we mnie nawet następcę samego Władysława Komara. Chciał mnie przy sobie zostawić, ale ja wolałem inne dyscypliny. Z tego względu nawet obniżył mi sprawowanie, bo pojechałem na zawody w boksie zamiast lekkoatletyczne. Moim marzeniem było zwyciężać w sportach walki. Dlatego równolegle trenowałem boks i judo. Zdobyłem nawet tytuł mistrza Śląska w judo, pokonując między innymi Kafkę, który później reprezentował Polskę na Mistrzostwach Europy w Wiedniu. Jednak obciążenie było zbyt duże. Trenerzy widzieli, że nie daję rady w obu dyscyplinach i powinienem wybrać jedną z nich. Umówili się, że równolegle wyrzucą mnie z treningów. Co mimo to wybiorę, tam pozostanę. Przyszedłem na trening judo i słyszę, że nie ma dla mnie kimona. Dla mistrza Śląska. Poszedłem na trening bokserski. A tam wszystko w porządku. Trenerzy pięściarstwa nie podjęli wyzwania. Chyba byłem zbyt cenny (śmiech). Dlatego zostałem przy boksie

- Ile miał Pan lat?
-
Szesnaście. Zaraz potem pojechałem na mistrzostwa Śląska do Katowic, gdzie udało mi się zdetronizować Antoniego Krzyształę z Odry Wodzisław. Facet z brzuszkiem, ale wysoki, tak jak ja. Miał uderzenie i wszystko inne, czego potrzeba w boksie. Ale był trochę za gruby. To była ciężka walka, obaj byliśmy straszliwie rozkrwawieni. Potem pojechałem na II Ogólnopolską Spartakiadę do Sosnowca, gdzie zdobyłem tytuł Mistrza Polski juniorów w boksie. Tak zaczęła się moja kariera. Mój marsz przez ringi. Trenerzy byli zadowoleni, że mają boksera o takich warunkach fizycznych. Chciałbym, aby na mój trening do "Mistrza Klubu Bokserskiego Żory" przyszedł chłopak podobny do mnie. Powiedziałem sobie, że jeśli taki się znajdzie, to przekażę mu za darmo sześć par moich markowych butów bokserskich. Niestety, na razie się taki nie pojawił.

- W 1974 roku zdobył Pan tytuł Mistrza Polski seniorów. Co działo się do tego czasu?
-
Wcześniej wierzyłem w to, że ilość pracy przełoży się na wyniki. Tyrałem jak poganin. Z tego powodu zawsze byłem przeciążony treningiem o charakterze wytrzymałościowym. Wizja mistrzostwa sportowego dopingowała mnie do takiej pracy, że nie czułem bólu mięśni.

- Trenerzy Pana nie powstrzymywali?
-
Jedynym, który powstrzymywał, był docent Wiktor Nowak. Trener kadry, który w 1975 roku doprowadził mnie do tytułu mistrza Europy. On mi na treningu potrafił powiedzieć: "Andrzej, masz dosyć, uciekaj". A ja sądziłem, że jak warszawiak, to chce mnie wygonić z treningu, bo ma swojego faworyta. Inni trenerzy ciągle dokładali roboty, a ten odwrotnie. Docent Nowak to wielki człowiek. Do dziś jest moim przyjacielem. Przed każdą walką brał mnie na półgodzinny spacer wokół hali. Ustalaliśmy taktykę. I proszę mi powiedzieć, który trener dałby mi taką radę przed tą pamiętną walką z Niemcem Peterem Hussingiem: "On ma taktykę wieszania się na rywalu. Będzie się wieszał przez dwie rundy, to w trzeciej siądą ci nogi. Jak powiesi się na tobie, to się połóż". Któż dałby mi taką radę? Wszyscy tylko: "Andrzej, do przodu, bij". Trzęśli tyłkami. I do tego trening wytrzymałościowy.



- Ale pokonał Pan Hussinga już w pierwszej rundzie.
-
To była chyba sprawa instynktu...

- Wróćmy na chwilę do 1974 roku. Był Pan na Mistrzostwach Świata w Hawanie.
-
Kuba... ale nie ma co wspominać. Straszna bieda. Żeby coś kupić, jeździliśmy do ambasady. W Hawanie dotarłem do ćwierćfinału. W pierwszej rundzie znokautowałem zawodnika z Ghany. Ale później nie było już tak ciekawie. Nie chciałbym narzekać na ówczesnego szkoleniowca kadry, ś.p. Franciszka Kika, bo to był naprawdę wielki pedagog. Ale popełnił błąd, bo nie załatwił nam porządnych sparingpartnerów. Dopiero jego następca, docent Nowak, sprowadził Lucjana Trelę czy Janusza Gerleckiego. Oni już potrafili mnie zbić. Z Gerleckim przegrałem przez nokaut w 1973 roku w Łodzi. A Trela to była prawdziwa legenda, walczył przecież z Foremanem. Przegrałem z nim w meczu ligowym Górnika Pszów, którego barwy wówczas reprezentowałem, ze Stalą Stalowa Wola. Ale potem pokonałem go na Mistrzostwach Polski w Gdańsku w 1974. "Leżał" mi. Uderzałem go prawym w "schaby". Co chwila było słychać "ała" (śmiech).

- Po Górniku Pszów przyszło powołanie do wojska. Do Legii Warszawa.
-
Zanim trafiłem do Legii wygrałem jeszcze turniej o "Czarne Diamenty". Pokonałem tam Igora Wysockiego. Będąc już w Legii, w sparingu eliminacyjnym w Wiśle pokonałem wspomnianego Gerleckiego. Trenerzy mocno nas obserwowali. Wygrałem i pojechałem do szczęśliwych dla mnie, jak się okazało, Katowic.

- Czech, Niemiec, Rumun...
-
W pierwszej rundzie walczyłem z Peterem Sommerem z Czechosłowacji. On był trzy razy liczony, a ja raz. Miał świetne uderzenie. W Katowicach nie miałem łatwej walki. Potem był wspomniany Hussing, a w półfinale Rumun Mircea Simon, który rok później zdobył srebro w Montrealu na igrzyskach.

- A w finale walka o podtekście politycznym. Wiktor Uljanicz. Obrońca tytułu.
-
Wielki bokser ze Związku Radzieckiego. Wcześniej, na turnieju w Izmirze w Turcji, przegrałem z nim. Potem on przyjechał do Katowic. I udało mi się zrewanżować. Uljanicz jest chyba dziś wysoko postawiony w rosyjskim sporcie.

- W rankingu na sportowca roku 1975 zajął Pan...
-
Czwarte miejsce. Choć szczerze powiedziawszy, nawet mi za to nie podziękowano. A myślę, że moje zwycięstwo z Uljaniczem w jakiś sposób podniosło społeczeństwo na duchu.



- Na oficjalnej stronie Polskiego Komitetu Olimpijskiego nazwano Pana "bokserem jednego sezonu".
-
Naprawdę? Niezbyt to eleganckie. Ale fortuna kołem się toczy. Raz forma jest, raz jej nie ma. Dobrze, że na swojej drodze spotkałem docenta Nowaka, bo bez niego nie byłoby mistrza Europy Andrzeja Biegalskiego. Boks to szlachetna sztuka samoobrony, a ja jestem fanatykiem tego, co robię. Jak coś robię, to do końca. Na zawsze pozostała mi w pamięci rada docenta Nowaka przed walką z Hussingiem. Nie chcę tu źle mówić o ś.p. Antonim Zygmuncie, ale on treningiem o charakterze wytrzymałościowym przeciążył mój organizm. A ja też byłem w niego zapatrzony jak w obrazek.

- Gdyby w Montrealu trenował Pana Wiktor Nowak, byłoby lepiej? Odpadł Pan w pierwszej kolejce 0:5 z Johnny'm Tate (USA). Miał Pan trochę pecha.
-
Nie rozumiem, czemu Nowakowi nie pozwolono dalej prowadzić reprezentacji. Wmówili mu chorobę serca. Chyba nie miał dobrych układów... Potem w Grecji udało mu się co nieco osiągnąć. Myślę, że gdyby on to dalej prowadził, to powalczyłbym ze Stevensonem jak równy z równym. A mnie zajechano wytrzymałością. Tymczasem w tej wadze liczy się szybkość. Byłem świadomym zawodnikiem, który myślał każdego wieczora nad tym, co danego dnia zrobił. Człowiek powinien wyciągać wnioski.

- Jak Pan wspomina Montreal?
-
Dopingowałem Jerzego Rybickiego, który zdobył złoto. Poza tym kibicowało się naszym sportowcom. To była udana dla polskiego sportu olimpiada.

- Z Legii trafił Pan do GKS Jastrzębie.
-
Nie będę ukrywał, że ciągle wierzyłem w Antoniego Zygmunta. Może mnie zahipnotyzował... Myślałem, że z nim zawojuję świat. A namawiano mnie do pozostania w Warszawie... Normalnie w marszobiegach wagi ciężkie przybiegają na końcu. A u nas Henryk Średnicki czy ja wygrywaliśmy. Nadal jednak twierdzę, że ten szkoleniowiec popełnił dużo błędów. Zajechał mnie po prostu. Bokserów wagi ciężkiej należy prowadzić inaczej. Dlaczego Zygmunt pozwalał na moje sparingowe walki z Klaudiuszem Waldyrą? To był olbrzym, taki polski Wałujew. A ja go okładałem raz po raz. Jaki to miało sens? Będąc bokserem GKS Jastrzębie rozpocząłem studia na AWF we Wrocławiu. To chyba nie spodobało się wielu osobom. Byłem pierwszym w historii sekcji, który chciał mieć wyższe wykształcenie. I trenerzy zaczęli mi rzucać kłody pod nogi. Była taka sytuacja, że Antoni Zygmunt nie pozwolił mi na zaliczenie drugiego terminu z podstaw nauk politycznych, bo taki nam przedmiot kazano zdawać na studiach. Mam być na treningu i już. A przecież byłem zawodowym bokserem. Co miałem zrobić? Tępili mnie. Wyrzucili do pracy na KWK Jastrzębie. Taka prymitywna postawa... Zabrałem swoje rzeczy i przez rok pracowałem na dole z łopatą. Muszę jednak przyznać, że robota górnika była mniej męcząca niż treningi.

- Jako bokser GKS Jastrzębie, zanim wyrzucono Pana na kopalnię, zdążył Pan zdobyć kolejny tytuł mistrza Polski.
-
Tak, w wadze superciężkiej, w roku 1979. W finale imprezy w Łodzi pokonałem Ryszarda Mazura. To był solidny przeciwnik. W 1983 zakończyłem karierę bokserską, a rok później ukończyłem studia. Potem pracowałem na KWK Jankowice, gdzie dyrektorem był wielki człowiek, ś.p. pan Kasperek. Zawiodłem go w 1975 roku, gdy zostawiłem prowadzony przez niego Górnik Pszów na rzecz Legii Warszawa. On był wówczas również dyrektorem KWK Anna. Pracowałem trochę w sekcji bokserskiej Górnika Jankowice, ale przez krótki czas. Potem była emerytura...

- Czym teraz zajmuje się Andrzej Biegalski?
-
Pracuję od niedawna w klubie pod nazwą "Mistrz Klub Bokserski Żory" . Wcześniej w tym mieście nigdy boksu nie było. Teraz miejscowi działacze próbują coś od podstaw tworzyć.

- Sporo jest w Jastrzębiu byłych bokserów, przedstawicieli dawnej sekcji GKS Jastrzębie. Mimo to nie trzymacie się razem...
-
A dlaczego? Ja do każdego rękę wyciągam i z tego powodu jest mi bardzo przykro. Moglibyśmy się temu miastu przydać. Ja mógłbym się przydać...

- Co Pan czuje patrząc z perspektywy na swoją przygodę z boksem? Jest Pan spełniony, czy bardziej to niedosyt?
-
Jestem zadowolony. Tytułu Mistrza Europy w wadze ciężkiej wcześniej w Polsce nie było. Myślę, że coś pomogłem tym zwycięstwem z Uljaniczem. Naprawdę, jestem zadowolony.

Rozm. Mariusz Gołąbek

KOMENTARZE

  • jasnet.pl | 19/11 godz. 21:51

    Bądź pierwszy! Wyraź swoją opinię!

  • jasnet.pl | 25/04 godz. 00:00

    Komentarze do tego tekstu zostały wyłączone!
    Minął okres dodawania komentarzy.

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X