Dzisiaj jest: wtorek, 18 czerwca 2019   Imieniny: Elżbieta, Marceli, Marek

więcej ›

SPORT

Alpinizm

Baseball

Biegi

Boks

Futsal

Hokej

Judo

Karate

Kolarstwo

Koszykówka

Morsowanie

Narciarstwo

Olimpiady specjalne

Piłka nożna

Pływanie

Pływanie w płetwach

Rajdy samochodowe

Rekreacja

Siatkówka

Siatkówka plażowa

Sporty walki

Szachy

Taekwondo

Tenis

Tenis stołowy

Żeglarstwo

Inne

ZAPOWIEDZI

2019-07-27

4. Otwarte Mistrzostwa Śląska

Siatkówka plażowa - turniej mikstów

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2019-09-21

9. Jastrzębska Dziesiątka

Bieg masowy na 10 km

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2019-12-07

Środkowoeuropejski Puchar Młodzieży

Runda finałowa

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

więcej zapowiedzi

PUBLICYSTYKA

"Najważniejsze w życiu, to..."

 

Człowiek-legenda. Historia jastrzębskiej siatkówki zawarta w jednym, niezwykle pięknym życiorysie. Zawodnik i trener GKS Jastrzębie z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych, szkoleniowiec "brązowej" drużyny KS Jastrzębie Borynia z 1991 roku, wieloletni selekcjoner reprezentacji młodzieżowych, którego podopieczne miały okazję zagrać przed obliczem samego Kim Ir Sena. Nauczyciel kolejnych pokoleń polskich sportowców. Siatkarska osobistość.

 

Bronisław Orlikowski

 

Za niecały miesiąc pan Bronisław będzie obchodził 75. urodziny. W miniony weekend w Warszawie odbyła się uroczysta jubileuszowa gala z udziałem przyjaciół i oficjeli, na której trener Orlikowski  świętował zarówno swoje zbliżające się urodziny, jak i 55 lat pracy trenerskiej. Okolicznościowy list na tę okazję wysłał prezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej Paweł Papke, a jednym z gości był znany doskonale naszym Czytelnikom Dariusz Kanak (na zdjęciu z naszym rozmówcą), który umożliwił przeprowadzenie rozmowy z panem Bronisławem. Prezentujemy wywiad-rzekę z trenerem Bronisławem Orlikowskim. Dziś pierwsza część tej niezwykłej rozmowy. To pouczająca spowiedź życia i... dobra lektura na coraz chłodniejsze wrześniowe wieczory. Wspomnienia, refleksje i wspaniały sportowy los człowieka, który całe życie poświęcił dla sportu.

 

- Pana biografią dałoby się obdzielić co najmniej kilka osób. Urodził się Pan w III Rzeszy...
Bronisław Orlikowski - A moim pierwszym językiem był niemiecki (śmiech). Przyszedłem na świat 5 października 1940 roku w Jarcewie koło Chojnic. Na Kaszubach. Wieś nosiła wówczas nazwę Zandersdorf, a obecną nadano po wojnie. Do piątego roku życia w ogóle nie mówiłem po polsku. Gdy w naszej miejscowości pojawiła się Armia Czerwona, matka zasłaniała mi usta. Gdyby usłyszeli, że szwargoczę, to mogliby nas pozabijać.

 

- W jaki sposób trafił Pan do Słupska, gdzie rozpoczęła się ta wspaniała przygoda ze sportem?
- Po ukończeniu szkoły podstawowej w Jarcewie postanowiłem rozpocząć naukę w technikum rolniczym w Słupsku, w okolice którego wcześniej trafili moi starsi bracia. Po uzyskaniu odpowiednich kwalifikacji otrzymali oni nakaz pracy jako kierownicy pobliskich PGR-ów. W tamtych czasach brakowało przecież specjalistów. I w tymże Słupsku powstał fantastyczny ośrodek siatkarski, głównie za sprawą Polaków przybyłych z Kresów. Oni przywieźli ze sobą piękne tradycje sportowe. W Słupsku trafiłem na świetnego pedagoga i trenera Tadeusza Gwiżdża, który był wychowawcą wielu siatkarzy, w tym reprezentantów Polski. Pracował wówczas w szkole metalowej i był naszym nauczycielem wychowania fizycznego. To on organizował siatkówkę od podstaw.

 

- Ale nie zaczął Pan przygody ze sportem od siatkówki.
- Moją pierwszą dyscypliną była piłka nożna. Tymczasem Gwiżdż szukał młodzieży do swojej drużyny siatkarskiej i to on mnie wyłowił. Namawiał jak widać na tyle skutecznie, że nie tylko dałem się skusić, ale wręcz zaraziłem się siatkówką (śmiech). Palestra Słupsk (na zdjęciu drużyna Palestry; B. Orlikowski drugi z prawej), bo tak nazywała się drużyna trenera Gwiżdża, była wówczas mocną ekipą, zdobywającą w grupach młodzieżowych laury na arenie ogólnopolskiej. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że znalazłem się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Inaczej być może zostałbym piłkarzem.

 

- Co takiego Tadeusz Gwiżdż "zobaczył" w Panu?
- Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach w siatkówkę grali ludzie wyjątkowo sprawni, a nie przede wszystkim wysocy. Mogłeś być dryblasem, ale jeżeli nie byłeś sprawny, to nikt się tobą nie zainteresował. To była zwyczajnie inna dyscyplina niż obecnie. Akurat ja dysponowałem bardzo dobrą koordynacją ruchową. Nie tylko rozgrywałem, ale i zbijałem. W ten sposób trafiłem do siatkówki. Miałem czternaście czy piętnaście lat. Była to połowa lat pięćdziesiątych. Ciekawe było jednak, że mój trener piłkarski... też nie chciał mnie "odpuścić"! Chodził za mną nawet wtedy, gdy na studiach grałem już w siatkówkę w Pogoni Szczecin. Dziś myślę, że gdybym postawił jednak na futbol, to zrobiłbym większą karierę zawodniczą w piłce nożnej, aniżeli w siatkówce.

 

- A skąd w Pana sportowym życiorysie pojawiła się bydgoska Astoria?
- To również była ciekawa historia. Jak wspomniałem, mieliśmy w Słupsku bardzo dobrą drużynę młodzieżową. Grałem tam najpierw w Palestrze, a następnie w Czarnych. Ale człowiek z czasem musiał wyrosnąć z wieku juniora. Po maturze uczęszczałem do studium nauczycielskiego, ale nie zaliczyłem fizyki i mnie wyrzucono. Pojechałem do Chojnic, gdzie mieszkała moja siostra. Tam spotkałem pewnego sędziego, który poinstruował mnie, abym natychmiast zbierał się na Turniej Borów Tucholskich, bo Astoria Bydgoszcz montuje ciekawą ekipę i być może się przydam.

- I przydał się Pan.
- Ten sędzia tak mnie zareklamował, że z marszu dali mi strój siatkarski! Zagrałem na tyle dobrze, że nie tylko zostałem w tej Astorii, ale o mały włos... nie ściągnął mnie już wtedy do Szczecina słynny Aleksy Szołomicki, wcześniej świetny zawodnik i reprezentant Polski, a wówczas już trener Pogoni. Działacze z Bydgoszczy postawili jednak na swoim. Wraz ze mną do Astorii trafił ze Słupska Romuald Paszkiewicz, a z Olsztyna przyszedł dodatkowo Stanisław Zduńczyk. Obaj zdobyli później z reprezentacją Polski brązowy medal Mistrzostw Europy 1967 w Stambule i zagrali na Igrzyskach Olimpijskich w Meksyku. To była moc! Razem poprowadziliśmy zespół z okręgówki do drugiej ligi. Ale już w 1963 roku "rozkupiły" naszą trójkę silniejsze kluby. Paszkiewicz trafił do Legii Warszawa, Zduńczyk wrócił do AZS Olsztyn, a mnie "z opóźnieniem" wzięła Pogoń Szczecin (na zdjęciu obok zespół Pogoni; B. Orlikowski pierwszy z prawej). Jednocześnie rozpocząłem studia w Wyższej Szkole Rolniczej w Szczecinie i praktycznie od razu zostałem pierwszoligowym zawodnikiem. Nie zgadniesz, kto był kierownikiem naszej sekcji.

 

- Nie będę strzelał.
- I tak byś nie trafił (śmiech). Lesław Skinder! Ten sam legendarny sprawozdawca sportowy. W pierwszej lidze za rywali mieliśmy między innymi Stal Mielec, Wawel Kraków, GKS Katowice czy Gwardię Wrocław. Pamiętam to do dziś.

 

- Ale nie zagrzał Pan długo miejsca w Szczecinie...
- Nieszczęście polegało na tym, że Wyższa Szkoła Rolnicza to nie była byle jaka uczelnia, na której patrzono przez palce na naukowe osiągnięcia sportowców. Najważniejszym przedmiotem w takiej szkole jest oczywiście chemia. Pech, że ćwiczenia z niej zawsze, ale to zawsze, były o ósmej rano w poniedziałek.

 

- A spotkania ligowe mieliście w niedzielę?
- Niestety, dokładnie tak. Nie będę ukrywał, że po powrocie z meczu, szczególnie wyjazdowego, zwyczajnie nie chciało się jeszcze specjalnie przygotowywać do tych zajęć. Poza tym, człowiek był młody. Miał jakieś tam pieniądze. Niespecjalnie myślał o nauce. No i prowadząca ćwiczenia pani z chemii nie dała mi zaliczenia. Pamiętam ją do dziś. Miała okulary o wyglądzie denka od słoika (śmiech).

 

- Nie wierzę, że nikt nie próbował jej "przekonać", aby jakoś Panu darowała te ćwiczenia.
- Ależ oczywiście, że próbowano. Miałem nawet poparcie rektora uczelni, prof. Józefa Kopcia! Wszystkie inne przedmioty miałem zaliczone, ale pani chemiczka nie odpuściła. No i musiałem pożegnać się zarówno z Wyższą Szkołą Rolniczą, jak i Pogonią Szczecin. Ale nie było tego złego, co by na dobre nie wyszło. W 1964 roku w Wałbrzychu za sprawą mecenatu górnictwa zaczęła się tworzyć kolejna ciekawa drużyna, którą składano przede wszystkim z ludzi perspektywicznych. Wcześniej pojawili się tam moi koledzy ze Słupska, Fred Weraksa i Waldemar Kulesza, którzy mieli za sobą przygodę z reprezentacją Polski juniorów. Kiedy w Szczecinie "podwinęła mi się noga", to Weraksa stwierdził, że mam ładować się w pociąg i przyjeżdżać. Tak zrobiłem. Wszystko, co miałem, spakowałem do papierowego worka. A na dworcu w Wałbrzychu już czekał na mnie Fred. Był 24 sierpnia 1964 roku. Koledzy załatwili mi mieszkanie oraz "reklamację" od wojska. I wszystko jakoś się ułożyło.

 

- A na której wałbrzyskiej kopalni dostał Pan "pracę"?
- Akurat nie na kopalni, a w miejscowym Przedsiębiorstwie Robót Górniczych. Jego dyrektorem był Zdzisław Niziński (na zdjęciu wśród siatkarzy Chełmca; B. Orlikowski drugi z prawej w dolnym rzędzie). Niesamowity człowiek. Wielki mecenas sportu, który miał głowę na karku. To za jego sprawą nie staliśmy się "GKS-em" a... "KKS-em", czyli klubem "kolejowym", a nie "górniczym". Inżynier Niziński wyliczył bowiem bardzo słusznie, że najdroższe są przejazdy. Patronat ze strony kolei pozwolił na rozwiązanie tego problemu, a górnictwo i tak trzymało pieczę nad sprawami, nazwijmy to, "życiowymi". Wałbrzych był wówczas cudownym, wspaniałym miastem...

 

- Wałbrzych? Cudownym miastem?
- A tak! To był wspaniały ludzki tygiel. Francuzi, Żydzi, kresowiacy... Do Wałbrzycha ściągano multum ludzi, którzy znali się na przedwojennym górnictwie naftowym, którego ośrodkiem był przecież pozostawiony za wschodnią granicą Borysław. Do tego dochodziła ogromna rzesza Polaków z Kresów, którzy "czuli sport" i stanowili, jak ja to nazywam, "infrastrukturę ludzką" do jego tworzenia. Chodzi tu przede wszystkim o świadomych swojego fachu działaczy i szkoleniowców.  Oni stworzyli w Wałbrzychu ogromny sport wyczynowy. Chełmiec - siatkówka. Górnik przy KWK Chrobry - koszykówka mężczyzn i piłka nożna. Lustrzanka przy zakładach porcelanowych - koszykówka kobiet. A potem było jeszcze Zagłębie przy KWK Thorez - piłka nożna. Do tego zapasy i lekkoatletyka. Jednym z moich serdecznych kolegów był Piotr Kaczmarek, który w 1965 roku wywalczył mistrzostwo kraju w skoku wzwyż. To było dosłownie "sportowe zagłębie". Wszyscy się znaliśmy i chętnie spotykaliśmy. Naszą bazą była kawiarnia "Szarotka". Piękne czasy. Ani wcześniej, ani później nie miałem okazji spotkać tak interesujących ludzi, którzy mieli równie genialne i zróżnicowane doświadczenia życiowe.

 

- Grał Pan w pierwszoligowym Chełmcu, ale był nie tylko zawodnikiem.
- Równolegle do występów w pierwszym zespole prowadziłem drużynę juniorów. To był zresztą jeden z moich warunków przyjazdu do Wałbrzycha. Zaznaczyłem, że chcę być szkoleniowcem młodzieży. Nie stanowiło to problemu, ale wszystko musiałem od podstaw organizować sam. Starsi koledzy śmiali się ze mnie i mówili, że prędzej im kaktusy porosną na dłoniach, niż ten zespół coś osiągnie.

 

- I kaktusy im urosły?
- Jakoś nie (śmiech). Tymczasem moi juniorzy już po czterech latach wywalczyli wicemistrzostwo Polski! Jednym z wychowanków był Bronisław Bebel (na zdjęciu - po prawej), który potem zdobył olimpijskie złoto w Montrealu pod wodzą Huberta Wagnera (na zdjęciu - po lewej). Co ciekawe, Bronek bardzo późno zaczął grać w siatkówkę, bo w wieku szesnastu lat, a dopiero po dwudziestce po raz pierwszy wyszedł na parkiet w meczu ligowym. I nie było to jakimś wielkim problemem. Zresztą, ja jestem zwolennikiem "późnego" trenowania siatkówki. Jeżeli ktoś od dziecka jest skoszarowany i dzień w dzień uprawia tę dyscyplinę, to mając osiemnaście lat jest nią tak znudzony, że nie może patrzeć na piłkę. Spójrzmy na siatkarzy amerykańskich, wśród których jest wielu byłych koszykarzy. Liczy się sprawność.

 

- Spędził Pan w Wałbrzychu pięć wspaniałych lat, ale następnie trafił Pan do kompletnej dziury, jaką wtedy było Jastrzębie...
- Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Pod koniec lat sześćdziesiątych w Wałbrzychu działy się dziwne historie. Część siatkarzy przeszła do konkurencyjnego klubu Wiktoria Wałbrzych, a starsi zawodnicy pilnowali swojej kariery zawodowej. W efekcie Chełmiec pożegnał się z pierwszą ligą. Co ciekawe, mogliśmy się utrzymać na warunkach "pozasportowych", ponieważ przed ostatnim spotkaniem koledzy z Legii Warszawa proponowali nam oddanie meczu za 500 zł. Nie zgodziliśmy się. Efekt jest znany. Wtedy odezwał się do mnie Jerzy Florkiewicz, który był wcześniej jednym z moich zawodników w drużynie juniorów Chełmca, a 1969 roku grał już w Górniku Jas-Mos, którego trenerem był Stefan Miller. To on namówił miejscowych działaczy, żeby spróbowali ściągnąć mnie na Górny Śląsk. W takich okolicznościach zostałem w Jastrzębiu grającym trenerem.

 

- Nie traktował Pan tego jako degradację? Tu była zaledwie liga okręgowa. Brakowało nawet hali.
- Ależ oczywiście! Zdawałem sobie jednak sprawę, że dam radę. Lubię takie wyzwania. Uwielbiam tworzyć coś z niczego, choć tu przecież tego "niczego" wcale nie było. Istniała całkiem mocna ekipa jak warunki regionalne. Pracował tu Erwin Michalik. Przekonało mnie to, że zobaczyłem w Jastrzębiu ośrodek przyszłości, który ma szansę na prężny rozwój. Widziałem te rosnące osiedla i kopalnie. Przyjechaliśmy tu z moją przyszłą żoną pod koniec 1969 roku. Przyszłą, ponieważ pobraliśmy się na początku kolejnego roku.

- Z tego, co słyszałem, Pańska małżonka również pozostawiła swój ślad w Jastrzębiu-Zdroju.
- Moja żona jest córką Eugeniusza Krotkiewskiego, pierwszego prezesa Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Poznaliśmy się na jednym z obozów sportowych. Jolanta nie była jednak zawodniczką, a... inżynierem budowy mostów. W Jastrzębiu i Żorach do dziś stoją mosty, które w tamtych czasach budowała moja małżonka. Oby służyły jak najdłużej (śmiech).

 

- A na której kopalni Pan "pracował"?
- Otrzymałem etat na KWK Jastrzębie. Nie zmieniało to jednak faktu, że siatkówka nie była wtedy ukochanym dzieckiem jastrzębskiego górnictwa. To była taka "partyzantka". Brakowało "infrastruktury ludzkiej", o której mówiłem w aspekcie kresowiaków w Wałbrzychu. Pieczę nad siatkówką sprawowali naczelny inżynier KWK Jastrzębie Szymiczek oraz inżynier Wróbel z wentylacji. Kierownikiem zespołu był Jan Widenka. Szanse rozwoju naprawdę istniały. Miałem między innymi możliwość ściągnięcia tu Bartmana...

 

- Tego Bartmana?
- Tak, Leona. Ojca Zbigniewa, który jeszcze do niedawna grał w Jastrzębskim Węglu. Leon rozmawiał nawet z dyrektorem KWK Moszczenica Władysławem Chlebikiem, ale ten powiedział, że potrzebuje inżynierów, a nie siatkarzy. Gdyby wtedy pojawił się taki mecenas, jakim w latach osiemdziesiątych stał się Bohdan Borowy, to wyglądałoby to zupełnie inaczej. Tymczasem my, ponieważ nie mieliśmy własnej hali, byliśmy zmuszeni trenować i grać najpierw w Wodzisławiu, a potem w Rydułtowach. (obok zdjęcie z meczu siatkarzy GKS Jastrzębie w Rydułtowach; B. Orlikowski... w górze!). Jeździliśmy tam wczesnym rankiem razem z górnikami i razem z nimi wracaliśmy do domu. Ale mimo tych kłopotów zdobyliśmy mistrzostwo Śląska w 1971 roku. Toczyliśmy wyrównane boje z Płomieniem Milowice.

 

- Z siatkówką nierozłącznie kojarzy się KWK Borynia. Wtedy jeszcze nie istniała.
- Najpierw funkcjonowaliśmy "na przyczepkę" przy KWK Jastrzębie, ale cały czas znajdowaliśmy się w cieniu bokserów. Sekcją pięściarzy kierował Hubert Henke. Świetny człowiek. Zakochany w boksie. Ważniejsi od nas byli też piłkarze. W końcu nas "podzielono". Boks trafił pod skrzydła KWK Jastrzębie, piłka nożna - KWK Moszczenica, hokej - KWK Zofiówka...

 

- Kończą się nam kopalnie...
- I dlatego trafiliśmy pod skrzydła Przedsiębiorstwa Robót Górniczych, najsłabszego pod względem możliwości zakładu. Dyrektorem był tam Rudolf Chmura, którego syn trenował u mnie.  Rudolf Chmura pomagał wprawdzie w miarę swoich możliwości, ale mógł niewiele. Co więcej, nie czuł tego sportu, jak wspomniany Niziński w Wałbrzychu.

 

- Jak Pan łączył funkcję trenera i zawodnika? To chyba niełatwe zadanie.
- Istotnie. Ogólnie rzecz ujmując, były to trudne czasy. Ale dawaliśmy sobie radę dopóki stanowiliśmy zgraną paczkę razem z moimi współpracownikami z "wałbrzyskiego" etapu kariery, czyli Fredem Weraksą, Adamem Kowalskim czy Józefem Pytlem. Bywały podniosłe chwile, jak wtedy, gdy graliśmy z AZS-em Częstochowa na otwarcie Hali Widowiskowo-Sportowej. W szeregach gości był między innymi Wiesław Czaja, późniejszy wicemistrz Europy i olimpijczyk z Moskwy. Na ostatnim treningu przed tym spotkaniem jeszcze czuliśmy smród farby, bo malowano podłogę. Proszę mi wierzyć, że pod względem organizacyjnym była to "epoka kamienia łupanego". A z Częstochową przegraliśmy po ciekawym meczu 2:3. Niestety, wkrótce zaczęły się pojawiać różne problemy i konflikty. Koledzy podważali mój autorytet jako szkoleniowca. Musiałem odejść.

 

- Zanim przejdziemy do kolejnego etapu w Pana sportowej biografii, prosiłbym o uściślenie, bo mamy tu pewną rozbieżność w "historycznych zeznaniach". Był Pan grającym trenerem sekcji siatkarskiej do 1974 roku. Jak oficjalnie nazywał się wówczas klub?
- Najpierw graliśmy pod szyldem Górnika Jas-Mos, ale około 1970 roku przemianowano klub na GKS Jastrzębie. Mistrzostwo Śląska z 1971 roku na pewno zdobyliśmy już jako GKS Jastrzębie, co można zobaczyć również na zdjęciach z tamtego okresu.

 

- Pierwsza przygoda z Jastrzębiem skończyła się zatem mało ciekawie.
- Najpierw trafiłem od Ochotniczych Hufców Pracy. To były te baraki przy ul. Cieszyńskiej, gdzie dziś stoi Galeria Zdrój. Byłem trenerem siatkarskim i nie wyobrażałem sobie sytuacji, w której idę pracować na kopalnię i zjeżdżam na dół. Miałem małą córeczkę. W końcu żona powiedziała, że skoro pojawiły się problemy, to powinienem zadbać o wykształcenie i skończyć studia magisterskie. I to okazało się świetnym posunięciem. Po zdaniu egzaminów rozpocząłem naukę na Wydziale Psychologii i Pedagogiki Uniwersytetu Warszawskiego, a Jolanta wróciła do swojej pierwszej pracy w stolicy. Jako magister pedagogiki zyskałem otwartą drogę do wszystkich szkół, a ponieważ miałem odpowiednie "papiery trenerskie" i bogate doświadczenie w pracy z młodzieżą, to pojawiło się wiele nowych możliwości.

 

- Rozpoczął Pan pracę w Polskim Związku Piłki Siatkowej.
- Byłem trenerem do spraw młodzieży. Do 1980 roku prowadziłem... (czytaj - druga  część wywiadu >>>)

 


Siatkarze GKS Jastrzębie - początek lat 70.
Od lewej: Orlikowski, Falatyn, Rottermund, Kozański, Michalik, Rokosz

 

Fotografie - z archiwum Bronisława Orlikowskiego; mg.

 

rozm. mg

KOMENTARZE

  • jasnet.pl | 18/06 godz. 02:03

    Bądź pierwszy! Wyraź swoją opinię!

  • jasnet.pl | 09/09 godz. 14:19

    Komentarze do tego tekstu zostały wyłączone!
    Minął okres dodawania komentarzy.

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X