Dzisiaj jest: środa, 23 stycznia 2019   Imieniny: Ildefons, Rajmund, Maria

więcej ›

SPORT

Alpinizm

Baseball

Biegi

Boks

Futsal

Hokej

Judo

Karate

Kolarstwo

Koszykówka

Morsowanie

Narciarstwo

Olimpiady specjalne

Piłka nożna

Pływanie

Pływanie w płetwach

Rajdy samochodowe

Rekreacja

Siatkówka

Siatkówka plażowa

Sporty walki

Szachy

Taekwondo

Tenis

Tenis stołowy

Żeglarstwo

Inne

ZAPOWIEDZI

2019-01-25

JKH GKS Jastrzębie - MHA Gdańsk

Polska Hokej Liga

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2019-02-03

Jastrzębski Węgiel - MKS Będzin

Siatkarska PlusLiga

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2019-02-09

Jastrzębski Węgiel - ZAKSA Kędzierzyn-Koźle

Siatkarska PlusLiga

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2019-02-20

Jastrzębski Węgiel - AZS Olsztyn

Siatkarska PlusLiga

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

więcej zapowiedzi

PUBLICYSTYKA

"Najważniejsze w życiu, to..." II

 

Człowiek-legenda. Historia jastrzębskiej siatkówki zawarta w jednym, niezwykle pięknym życiorysie. Zawodnik i trener GKS Jastrzębie z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych, szkoleniowiec "brązowej" drużyny KS Jastrzębie Borynia z 1991 roku (co widać na powyższym zdjęciu), wieloletni selekcjoner reprezentacji młodzieżowych, którego podopieczne miały okazję zagrać przed obliczem samego Kim Ir Sena. Nauczyciel kolejnych pokoleń polskich sportowców. Siatkarska osobistość. Kilka dni temu przedstawiliśmy Czytelnikom pierwszą odsłonę wywiadu-rzeki. Dziś część druga rozmowy z...

 

...Bronisławem Orlikowskim

(czytaj również - część pierwsza >>>)

 

Za niecały miesiąc pan Bronisław będzie obchodził 75. urodziny. W pierwszy weekend września w Warszawie odbyła się uroczysta jubileuszowa gala z udziałem przyjaciół i oficjeli, na której trener Orlikowski  świętował zarówno swoje zbliżające się urodziny, jak i 55 lat pracy trenerskiej. Okolicznościowy list na tę okazję wysłał prezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej Paweł Papke, a jednym z gości był znany doskonale naszym Czytelnikom Dariusz Kanak (na zdjęciu z naszym rozmówcą), który umożliwił przeprowadzenie rozmowy z panem Bronisławem. Prezentujemy wywiad-rzekę z trenerem Bronisławem Orlikowskim. Dziś druga (i ostatnia) część tej niezwykłej rozmowy (pierwsza pojawiła się w piątek). To pouczająca spowiedź życia i... dobra lektura na coraz chłodniejsze wrześniowe wieczory. Wspomnienia, refleksje i wspaniały sportowy los człowieka, który całe życie poświęcił dla sportu.

 

- Jesteśmy w połowie lat siedemdziesiątych. Rozpoczął Pan pracę w Polskim Związku Piłki Siatkowej.
Bronisław Orlikowski - Byłem trenerem do spraw młodzieży. Do 1980 roku prowadziłem kadrę Polski juniorów, a potem objąłem reprezentację juniorek. W latach 1984-1986 pracowałem w węgierskim klubie Csepel Budapeszt, zdobywając brąz w lidze węgierskiej oraz osiągając finał pucharu tego kraju. Tam też sporo się nauczyłem. Na przykład, jak należy toczyć boje z zawodnikami, bo Węgrzy to wyjątkowo zdolny i... wyrafinowany naród (śmiech). A w 1986 roku ponownie zająłem się polskimi juniorami. Zjeździliśmy wiele Młodzieżowych Zawodów Przyjaźni, czyli tych popularnych "Drużb" dla demoludów.

 

- W gronie podopiecznych jest wiele znanych nazwisk, żeby wymienić obecnego trenera Resovii Andrzeja Kowala. Ale chciałbym zapytać o coś innego. Co można robić z grupą nastolatek w... Korei Północnej?
- Grać w siatkówkę (śmiech). To była kolejna edycja "Drużby", której gospodarzem tym razem była Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna. Byliśmy tam w lipcu 1983 roku (zdjęcie poniżej - reprezentacja Polski juniorek w Phenianie; B. Orlikowski - pierwszy z prawej).

 

- Wielki Kim Ir Sen, dziadek obecnego wariata, w pełnym rozkwicie. Proszę o tym opowiedzieć. Nieczęsto mamy okazję posłuchać o Korei Północnej relacji "z pierwszej ręki".
- To był... szok! Doświadczenie na całe życie. Książkę można byłoby napisać. Powiedzieć, że to kraj ogromnych kontrastów, to nic nie powiedzieć. Inny świat. Mieszkaliśmy w najlepszym hotelu, jaki był w kraju. Dobrobyt aż kipiał. Posiłki wspaniałe. W metrze w Phenianie taki przepych, że Moskwa może się schować. Byliśmy na pływalni tak nowocześnie urządzonej, że do dziś nie widziałem w Polsce podobnej. Miejsce urodzenia Kim Ir Sena wyglądało spektakularnie, a obok niego postawiono fantastyczne wesołe miasteczko. Ale wyszedłeś na ulicę albo miałeś okazję spojrzeć przez szybę autobusu, który wiózł cię na mecz, a tam absolutna bieda i warunki wręcz prymitywne. Tymczasem my przyjechaliśmy przecież z ubogiego kraju, w którym na dodatek panował stan wojenny. Proszę więc wyobrazić sobie tę przepaść, skoro nawet dla nas koreańska codzienność była nędzą. Pamiętam taką sytuację, gdy gdzieś w szczerym polu zepsuła się kanalizacja i kobiety rękami rozgarniały ziemię, aby dokonać naprawy. Nie miały żadnego sprzętu, nawet łopat! Widzieliśmy ludzi, którzy opuszczali z marnym dobytkiem życia całe miasta, ponieważ tak po prostu zarządzono ćwiczenia z alarmu atomowego. Korea Północna wręcz uderza w mózg. Po pierwsze - nie ma sklepów. Oni nie znają takiego pojęcia. Gdy chcieliśmy coś kupić, to mieliśmy do dyspozycji jedynie enklawę dla dyplomatów. Po drugie - codzienna musztra. Główną ulicą miasta maszerują jednakowo ubrani ludzie. Towarzyszy im orkiestra. Dzień w dzień! Patrzyliśmy na to jak zahipnotyzowani. Ale trzeba przyznać, że Koreańczycy maszerują fantastycznie. Po trzecie - wszędzie portrety Kim Ir Sena, do których nie wolno odwrócić się plecami. Jeśli staniesz tyłem, natychmiast grzecznie, ale stanowczo naprostuje cię agent. Te portrety "uczą" ludzi wszystkiego. Widziałem kobietę, która notowała, jak portret Kim Ir Sena wykładał jej uprawę ryżu. Po czwarte - wszyscy jednakowo wyglądają. Nie dlatego, że dla białego człowieka osoby innej rasy wydają się trudne do rozróżnienia. Tam po prostu wszyscy ubrani są tak samo. Dzieci idą do szkoły ubrane według jednego kanonu. Spojrzeliśmy kiedyś z hotelu na okna sąsiedniego budynku. A tam z góry na dół wszystkie mieszkania wyglądały dokładnie tak samo! W tym samym miejscu szafki, zasłony czy punkty świetlne. Coś niebywałego. Ale były i akcenty, nazwijmy to, humorystyczne. Kiedyś w naszym gronie szkoleniowo-medycznym stwierdziliśmy, że wszystko "fajnie, pięknie", ale szkoda, że nie ma piwa. No i następnego dnia piwo już było. Podsłuchy były wszędzie.

 

- Mieliście okazję grać w obecności samego Kim Ir Sena?
- Oczywiście! Na trybunach ogromnej sali Pałacu Narodów przy okazji naszych meczów było po dwadzieścia pięć tysięcy ludzi! A w całym turnieju zajęliśmy ostatecznie dobre, piąte miejsce. W naszej kadrze były m.in. Dorota Młodzianowska i żona Grzegorza Wagnera, Agata Marszałek Natomiast zawody wygrały gospodynie, które chociaż miały tylko po półtora metra wzrostu, zwyciężyły w  finale z wysokimi  Rosjankami.

 

- Inaczej być nie mogło.
- Myślę, że mimo wszystko wygrały zasłużenie. Być może po prostu były starsze, choć oficjalnie miały w dokumentach wpisany wiek juniorski. Przecież i tak nikt nie byłby w stanie tego zweryfikować.

 

- Te kilkanaście lat pracy z juniorkami  i juniorami (zdjęcie obok - reprezentacja Polski juniorów z rocznika 1959 i młodszych na "Drużbie" w Ostrawie) to nie tylko wyjazd do Korei Północnej, ale też spore doświadczenie życiowe. Jak podsumowałby Pan ten okres w swoim życiu?
- Sporo się wtedy nauczyłem. Zmierzałem wówczas do tego, aby zwiększać ilość obozów centralnych i wzorem innych demoludów intensyfikować szkolenie juniorów. Nie mogłem tego jednak przeforsować, bo "hamulcowi" nie pozwalali. Mówili mi: "Bronek, trzeba szkolić, a nie trenować!". I dziś, z perspektywy czasu, uważam, że była to bardzo mądra myśl! Jednym z jej prekursorów był Tadeusz Szlagor, który powiedział tak: "Ja ci mogę dać trzytygodniowy obóz, ale ty tylko szkolisz. Uczysz techniki i odbijania". I to jest wspaniała idea, choć ja wówczas tak nie uważałem. Miał rację Hubert Wagner, którego nie mogę określić innym słowem, jak... "fenomen"! "Kat" stwierdził: "Przestań mi ciągle opowiadać o juniorach, bo nikt się tym nie interesuje. Oni mają być prowadzeni mądrze, a nie osiągać wyniki. Masz mi dać facetów gotowych do gry w kadrze, którzy będą mieli odpowiednie warunki fizyczne, charakter do sportu i opanowane podstawowe elementy techniki". Spierałem się z nim, że Bułgarzy czy Rosjanie mają centralne szkolenie oparte na specjalistycznym treningu i dlatego ciągle nas biją. A ja musiałem jeździć po klubach i szukać chłopaków, którzy nawet nie występowali w lidze. Jurek odpalił: "I co z tego, że cię biją?! Ty jesteś oficerem, który ma przygotować drużynę do następnych celów. Nie pchaj się na afisz". Wiadomo, że skoszarowana i wyćwiczona w kilkunastu akcjach drużyna wygra ze zbieraniną, ale z drugiej strony - ci ludzie w wieku seniora będą przecież już wypaleni. Wzorem powinni być Jugosłowianie, którzy w kategoriach juniorskich dostawali po tyłkach, a jako seniorzy zdobywali mistrzostwa olimpijskie. Szkoleniowiec młodzieży musi być przede wszystkim W Y C H O W A W C Ą. Proszę to podkreślić. I ten wychowawca, który jest tylko animatorem etapu życia sportowca, ma na celu również to, aby młody zawodnik nauczył się życia.

- To znaczy?
- Ciągniesz mnie za język (śmiech). Zderzyłem się kiedyś z sytuacją, gdy moi juniorzy podczas turnieju na Węgrzech zrobili sobie "promocję" w sklepie samoobsługowym. Złapano ich. Tłumaczyłem potem miejscowym milicjantom, że przyjechaliśmy z biednego kraju, w którym są puste półki i chłopakom zwyczajnie przewróciło się w głowach. Zrobiliśmy poważną awanturę, choć w innych dyscyplinach takie rzeczy "zamiatano pod dywan". Za karę wyrzuciłem z kadry pięciu świetnych zawodników. Bez litości. Trzeba było ich wychować. Pojechaliśmy na mistrzostwa Europy bez nich i zanotowaliśmy kompletną klapę.

 

- "Wybaczyli" Panu, że nie "zamiótł tego pod dywan"?
- Słuchaj, oni są dzisiaj moimi najlepszymi przyjaciółmi! Wiedzą, co zrobili i dlaczego ja zachowałem się tak, a nie inaczej. Są mi wdzięczni i potrafią to docenić. Dla mnie przecież też to nie była łatwa decyzja. Bez nich mistrzowski turniej nie mógł się udać. A jednak wyszło na moje. Miałem rację.

 

- Z dziewczętami nie było takich problemów (na zdjęciu obok - reprezentacja Polski juniorek z rocznika 1965 i młodszych)?
- Ha! Były jeszcze większe, choć zupełnie innego typu (śmiech). Polki to najpiękniejsze kobiety na świecie. Przyjmij to do wiadomości i zapamiętaj. Jakie ja miałem z nimi problemy natury... towarzyskiej (śmiech). Nasze dziewczęta są wspaniałe, ładne, cudownie tańczą i wszędzie, ale to wszędzie były oblegane. Gdy byliśmy w Saarbrucken, to za naszym autobusem jechała kawalkada najnowszych samochodów, samych wypasionych bryk, pełnych lokalnych podrywaczy. Nasze zawodniczki nie miały dewiz, bo w Polsce stanu wojennego przecież wszyscy byli biedni. Jako reprezentantki Polski juniorek dostawały jakieś śmieszne pieniądze w charakterze codziennej diety. A tu Niemcy z pełnymi portfelami sami pchają pliki "dojczmarek" do ręki. Naprawdę trudno było utrzymać dyscyplinę.

 

- W 1990 roku wrócił Pan na "stare śmieci" do Jastrzębia. Jak to się stało?
- Na zgrupowania kadry juniorów, którą prowadziłem od 1986 roku, czasami przyjeżdżał z Jastrzębia Jan Polok. Miałem okazją parokrotnie go ugościć. Poznał moje metody. Wojciech Góra, znana postać polskiej siatkówki, dowiedział się kiedyś od niego, że pierwszoligowy GKS Jastrzębie, czy już wtedy Jastrzębie Borynia, szuka trenera. No i wskazał mnie, a Polok przyjął propozycję. Postanowiłem spróbować i po mistrzostwach Europy we Frankfurcie zrezygnowałem z kadry juniorów. Wróciłem na Śląsk. I napotkałem... wielki opór.

 

- Z czyjej strony?
- Przede wszystkim zawodników, którzy byli przyzwyczajeni do niezbyt intensywnej pracy. Na pierwszym spotkaniu powiedziałem: "Jeżeli mam tu być trenerem, to wy będziecie ćwiczyć dwa razy dziennie. Tego wymagam. Kropka". Gerymski odparł: "Nie trenowaliśmy dwa razy dziennie i trenować nie będziemy". Pomyślałem - no to zobaczymy, "kto kogo"... I następnym razem Sławek sam czekał na mnie przed drugimi zajęciami (śmiech). Przełamał się, a że miał w drużynie autorytet, to inni poszli za nim. On, Leszek Nawrat czy Leszek Dejewski byli ludźmi na naprawdę wysokim poziomie. W ten sposób nawiązała się między nami nić porozumienia, a z czasem również przyjaźń, która wynikała też z faktu, że zawodnicy mogli zwyczajnie polegać na moim słowie. Opracowałem bowiem cały system finansowego nagradzania. Wszystko było wycenione i, co najważniejsze, wypłacane w terminie co do grosza. Sam to robiłem. W ten sposób zdobyłem ich zaufanie. Drużyna uwierzyła w moje metody, sposób trenowania i... wypaliło! Mogłem przeforsować wszystko, co uważałem za stosowne. Choć pierwsze cztery mecze przegraliśmy, to ostatecznie zdobyliśmy brązowy medal. Dodatkowo czterech moich zawodników: Sławomir Gerymski, Tristan Działyński, Tomasz Wojciechowski i Jarosław Szalpuk, trafiło do kadry Polski. Spora frajda. Mieliśmy w Boryni naprawdę zgraną paczkę. Spotykaliśmy się również prywatnie, z małżonkami i rodzinami.

 

- Jednym z Pana współpracowników był odwołany niedawno prezes Jastrzębskiego Węgla Zdzisław Grodecki. Prowadził zespół juniorów i zdobył z nim mistrzostwo kraju.
- Oczywiście, pamiętam Zdzisława Grodeckiego jako szkoleniowca młodzieży. Prowadził przede mną obóz sportowy nad morzem i przygotował mi świetne sprawozdanie z zajęć. Był wobec mnie nad wyraz lojalny i do dziś bardzo chętnie z nim rozmawiam. Cenimy się wzajemnie. Grodecki to solidna firma. Choć przyznam szczerze, że nie spodziewałem się, że ten "chłopak z Niska" zostanie prezesem tak potężnego klubu sportowego. To nie jest przecież kwestia zabiegów kosmetycznych, a umiejętności prowadzenia wielkiej firmy, współpracy z gwiazdami i kierowania ludźmi. Jest jednym z dwóch ludzi, których cenię za niesamowity postęp, jaki poczynili w życiu. Drugim jest mój przyjaciel Maciej Mazur, wójt gminy Nieporęt.

 

- Brązowy medal z KS Jastrzębie Borynia uważa Pan za największy sukces w charakterze trenera seniorów?
- Tak (na zdjęciu - B. Orlikowski z brązowym medalem; obok Jacek Biskupek, Jarosław Szalpuk i II trenera Włodzimierz Kurek).

 

- Dlaczego więc odszedł Pan do Resovii i nie kontynuował dzieła w Jastrzębiu?
- Uważałem, że osiągnąłem tu maksimum. Więcej się nie dało. Wiedziałem, że nie powtórzę już takiego sukcesu z tym zespołem. W decyzji pomógł mi też nacisk ze strony Resovii. Powiem szczerze, że emocjonowała mnie myśl budowy zupełnie nowej drużyny w oparciu o moich wychowanków z reprezentacji Polski juniorów. Na zatrudnienie mnie najbardziej nalegał... oczywiście Andrzej Kowal (śmiech). Chodził do zarządu klubu i apelował. Zaczął mi robić, jak to się dziś mówi, korzystny PR.

 

- A jednak Resovia okazała się niewypałem.
- Niestety. To była grupa młodych chłopaków, która potrafiła naprawdę dobrze zagrać, ale była labilna i niekonsekwentna. Myślę, że ta młodzież po prostu... dostała za dobre warunki. Czasem tak bywa. Chłopcy byli za mało kontrolowani przez zarząd i przeze mnie. Na treningach wszystko było w porządku. Zawodnicy mieli zapał do pracy. Mimo tego nie udało się utrzymać statusu pierwszoligowca. Zadecydowała barażowa porażka z Avią Świdnik. No i jeden z naszych Rosjan sprzedał mecz.

 

- ???
- Mieliśmy w kadrze dwóch zawodników zza wschodniej granicy, Andrieja Biezduszewa i Siergieja Bucię. Pierwszy był z Rygi, a drugi - z Moskwy. Dostawali w klubie pieniądze i przegrywali je w kasynie. Hazardziści. Potem byli spłukani i o tym najwyraźniej dowiedział się ktoś ze Świdnika. Pierwszy mecz u siebie wygraliśmy pewnie 3:0. A następnego dnia, w drugim spotkaniu, zaczęły dziać się "cuda". Zanim zorientowałem się, co jeden z Rosjan wyprawia, było już za późno. Przegraliśmy. Mówiąc kolokwialnie i nieładnie, "dupa blada". W trzecim meczu, tym razem wyjazdowym, zadziałali sędziowie i było po zawodach. Pisaliśmy do Polskiego Związku Piłki Siatkowej w tej sprawie. Arbitrów zawieszono, ale nam przydało się to, jak umarłemu kadzidło. Musiałem zwijać żagle, powściągnąć ambicje i odejść. Miałem wtedy 52 lata. Ale niesmak do pracy z seniorami pozostał do dziś. Kocham ludzi z Podkarpacia. Ich charakter i stosunek do pracy. A jednak w Resovii trafiłem na skonfliktowane środowisko osób, które udawały, że pomagają, a "kopały dołki". O ile w Jastrzębiu mogłem liczyć na lojalność współpracowników, o tyle w Rzeszowie wyglądało to, mówiąc eufemistycznie, różnie.

- Po odejściu z Rzeszowa żałował Pan decyzji o wcześniejszym opuszczeniu Jastrzębia? Może warto było jednak zostać w Boryni.
- Tak się po prostu musiało stać. Zwykły trenerski los. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przesunąłem akcenty mojego życia na inną działalność i dzięki temu sam siebie "wyregulowałem". Wreszcie nie byłem w tym "wyścigu szczurów". Nienawidziłem tej wojny nerwów. Gdy byłem trenerem w Jastrzębiu, to jeździłem do lasu i modliłem się, żeby to wszystko jakoś przetrwać i zachować równowagę psychiczną. Presja na wynik, wielkie pieniądze i ambicje potrafią człowieka zniszczyć. To był kierat. Praca z dziećmi i młodzieżą to o wiele bardziej pożyteczne zajęcie.

 

- I właśnie tym zajmuje się Pan od dwudziestu lat. Gdybym miał teraz komuś na szybko zreferować, co dzieje się z trenerem Bronisławem Orlikowskim, to...
- To musiałbyś powiedzieć, że po powrocie z Rzeszowa byłem na bezrobociu, a potem zacząłem pracę w Zespole Szkół Łączności jako trener w klasach sportowych. Założyłem UKS Telos, Szkolną Ligę Siatkówki w Warszawie (na zdjęciu obok - B. Orlikowski wśród swoich podopiecznych), a następnie pracowałem jako szkoleniowiec juniorów w Legii Warszawa. Społecznie działałem też na rzecz klubu UKS Pilawa Nieporęt, gdzie szkoliłem grupy młodzieżowe. Natomiast jakiś czas temu o pomoc poprosił mnie mój kolega, prezes UKS Dębina Nieporęt Dariusz Pieśniak, który zaangażował mnie do prawdziwej pracy u podstaw. Dosłownie! UKS Dębina ma drużynę żeńską i moim zadaniem było stworzenie jej zaplecza w postaci grup dzieci i młodzieży. Prześwietlam więc wszystkie szkoły podstawowe w okolicy. Jest ich pięć plus ogromna placówka na warszawskiej Białołęce. Do południa chodzę na lekcje wychowania fizycznego i staram się dostrzec "perełki", które mogą być materiałem na dobre zawodniczki. Nastawiłem się na klasy od czwartej do szóstej. Po lekcjach proponuję im udział w moich treningach i przekonuję ich rodziców o sensie stawiania na sport. Dzieci mają dzisiaj tyle propozycji spędzania wolnego czasu, że przy okazji nauczyłem się... walki o klienta (śmiech). Obecnie mamy naprawdę ogromny kłopot ze "zdobywaniem dusz" do siatkówki. Kiedyś było inaczej...

 

- Pojawił się już ktoś, z kogo za kilka lat będzie dumna cała siatkarska Polska?
- Oczywiście. Właśnie z Nieporętu pochodzi Aleksandra Rasińska, która obecnie jest reprezentantką Polski kadetek i na co dzień trenuje u Grzegorza Wagnera w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Szczyrku. Jestem przekonany, że o niej usłyszysz za jakiś czas. Ma 194 cm wzrostu i jest świetna zarówno sportowo, jak i intelektualnie. A ona jest przecież jedna. Niech będzie po takiej jednej "Rasińskiej" z każdego UKS-u w Polsce. I mamy setki siatkarek na miarę ligową. To ma ogromny sens.

 

- Sprawia Pan wrażenie człowieka naprawdę szczęśliwego i spełnionego.
- I tak się czuję. Praca z dziećmi i młodzieżą jest niesamowita, ale i zapłata bywa piękna. Te dzieci są wspaniałe. Co może być cudowniejszego niż laurka od podopiecznej z tytułem "Dla kochanego Trenera" (śmiech)? Dzięki nim sam się odmładzam. Wracam do czasów mojego dzieciństwa. A wiesz co jest najważniejsze w życiu?

 

- Zamieniam się w słuch.
- … Empatia.

 

Fotografie - z archiwum Bronisława Orlikowskiego; mg.

 

(Czytaj również - część pierwsza rozmowy >>>)

 

rozm. mg

KOMENTARZE

  • jasnet.pl | 23/01 godz. 06:18

    Bądź pierwszy! Wyraź swoją opinię!

  • jasnet.pl | 14/09 godz. 23:56

    Komentarze do tego tekstu zostały wyłączone!
    Minął okres dodawania komentarzy.

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X