Dzisiaj jest: czwartek, 17 sierpnia 2017   Imieniny: Anastazja, Jacek, Joanna

więcej ›

SPORT

Hokej



Terminarz PHL 2017/2018

10.09Unia Oświęcim (d)-:-
13.09GKS Katowice (w)-:-
15.09Automatyka Gdańsk (d)-:-
17.09Naprzód Janów (w)-:-
22.09SMS PZHL (d)-:-
24.09Cracovia Kraków (w)-:-
26.09GKS Tychy (d)-:-
06.10Polonia Bytom (w)-:-
08.10Podhale Nowy Targ (d)-:-
13.10Orlik Opole (w)-:-
15.10pauza
20.10Unia Oświęcim (w)-:-
22.10GKS Katowice (d)-:-
27.10Automatyka Gdańsk (w)-:-
29.10Naprzód Janów (d)-:-
31.10SMS PZHL (w)-:-
03.11Cracovia Kraków (d)-:-
05.11GKS Tychy (w)-:-
17.11Polonia Bytom (d)-:-
19.11Podhale Nowy Targ(w)-:-
24.11Orlik Opole (d)-:-
26.11pauza
01.12Orlik Opole (w)-:-
03.12Naprzód Janów (w)-:-
05.12Unia Oświęcim (d)-:-
19.12GKS Katowice (w)-:-
22.12Automatyka Gdańsk (d)-:-
05.01Cracovia Kraków (w)-:-
07.01GKS Tychy (d)-:-
12.01Polonia Bytom (w)-:-
14.01Podhale Nowy Targ (d)-:-
19.01Orlik Opole (d)-:-
21.01Naprzód Janów (d)-:-
26.01Unia Oświęcim (w)-:-
28.01GKS Katowice (d)-:-
30.01Automatyka Gdańsk (w)-:-
02.02Cracovia Kraków (d)-:-
04.02GKS Tychy (w)-:-
09.02Polonia Bytom (d)-:-
11.02Podhale Nowy Targ (w)-:-

Relacje video:
JKH GKS - Stoczniowiec 5:2
JKH GKS - Katowice 3:1
JKH GKS - Tychy 2:9
JKH GKS - Unia 0:1 d.
JKH GKS - Orlik 3:4 k.
JKH GKS - Cracovia 2:1 k.
JKH GKS - Polonia B. 4:0
JKH GKS - Toruń 5:1
JKH GKS - Podhale 4:7
JKH GKS - Tychy 0:3
JKH GKS - Cracovia 2:5
JKH GKS - Orlik Opole 2:3
JKH GKS - GKS Tychy 2:1
JKH GKS - Cracovia 6:1
JKH GKS - Polonia B. 1:3
JKH GKS - Orlik Opole 4:3 k.
JKH GKS - Podhale 2:3 d.

PHL 2016/2017

1. Cracovia Kraków
2. GKS Tychy
3. Polonia Bytom
4. Podhale Nowy Targ
5. Orlik Opole
6. JKH GKS Jastrzębie
7. Unia Oświęcim
8. KH GKS Katowice
9. Automatyka Gdańsk
10. Nesta Toruń
11. SMS U20 Sosnowiec

Informacje o klubie
Rok założenia: 1952 (Jastrzębianka), 1963 (Górnik Jas-Mos), 2005 (JKH Czarne)
Barwy: zielono-czarno-żółte
Adres: ul. Leśna 4, 44-335 Jastrzębie Zdrój
Obiekt: Lodowisko Jastor, ul. Leśna
Rozgrywki: Polska Hokej Liga

Prezes: Kazimierz Szynal
Trener: Robert Kalaber (Svk)
Asystent trenera: Rafał Bernacki
Kierownik drużyny: Jerzy Błaszczyk
Kierownik ds. tech.: Dariusz Wywiał

Kadra:
Bramkarze: David Zabolotny, Mateusz Nowak, Tomasz Fuczik (Cze)
Obrońcy: Tobiasz Bigos, Jakub Gimiński, Vladimir Lukaczik (Svk), Jakub Michałowski, Kordian Chorążyczewski, Jakub Kubesz (Cze), Arkadiusz Nowak
Napastnicy: Leszek Laszkiewicz, Łukasz Nalewajka, Radosław Nalewajka, Tomasz Kulas, Kamil Świerski, Patryk Matusik, Kamil Wróbel, Krzysztof Bryk, Dominik Paś, Przemysław Ludwiczak, Maciej Balcerek, Bartosz Bichta, Patryk Pelaczyk, Dominik Jarosz, Paweł Rafalik, Kamil Kącki, Tomasz Kominek (Cze), Martin Vozdecky (Cze)

« powrót

ZAPOWIEDZI

2017-08-17

JKH GKS Jastrzębie - MHK Dubnica

Sparingowy mecz hokeja na lodzie

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-08-23

GKS 1962 Jastrzębie - GKS Bełchatów

5. kolejka piłkarskiej II ligi

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-08-24

JKH GKS Jastrzębie - Polonia Bytom

Sparingowy mecz hokeja na lodzie

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-08-26

GKS 1962 Jastrzębie - Znicz Pruszków

6. kolejka piłkarskiej II ligi

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

więcej zapowiedzi

PUBLICYSTYKA

"Jesteśmy głodni sensacji!"

 

Leszek Laszkiewicz... i dla prawdziwego kibica JKH GKS Jastrzębie w tym momencie wszystko jest jasne. Legenda.

Leszek Laszkiewicz to pierwszy polski hokeista, który przekroczył barierę tysiąca punktów w rodzimej ekstraklasie. Jeden z najwybitniejszych jastrzębskich sportowców w historii. Człowiek, bez którego przez niemal dwie dekady nie można było wyobrazić sobie reprezentacji Polski. Ośmiokrotny mistrz Polski, który ponad trzy lata temu postanowił wrócić tam, gdzie zaczynał - na Jastor.

I który przed obecnym sezonem postanowił podjąć się kolejnego wyzwania - poprowadzenia do walki o ligowe punkty najmłodszego zespołu w lidze, któremu wróżono co najwyżej rywalizację o utrzymanie. I tę niemal straceńczą misję już dziś można określić jako pełen sukces.

Wielkimi krokami zbliżają się najważniejsze chwile sezonu 2016/2017. Już we wtorek hokeiści JKH GKS Jastrzębie rozpoczną walkę o półfinał fazy play-off z Podhalem Nowy Targ. Bez dwóch zdań - to "Szarotki" są faworytem tej rywalizacji. Ale w Nowym Targu zapewne niewielu wyraża szaloną radość z konfrontacji z najbardziej nieobliczalną drużyną w lidze.

Jednak nie tylko o mecze z Podhalem i ten tysięczny punkt zapytaliśmy Leszka Laszkiewicza. Nie zabrakło kwestii związanych z pamiętnym finałem z sezonu 2012/2013 oraz pierwszymi krokami na lodzie (tu czeka mała niespodzianka), pytań o opinię na temat pracy trenera Roberta Kalabera i o to, co lidera JKH GKS przeraża najbardziej...

- Stojąc przed lustrem powiedział pan kiedyś do siebie: "Fajnie jest być legendą"?
Leszek Laszkiewicz - Legendą… Powiem tak - niedawno to do mnie dotarło. Szczerze mówiąc, nigdy nie śledziłem statystyk, więc było mi bardzo sympatycznie, kiedy Sebastian Królicki z Hokej.net uświadomił mnie, że jestem pierwszym polskim hokeistą, który zdobył ten historyczny, tysięczny punkt. Nie będę ukrywał, że poczułem dumę z tego powodu. Kiedy przypomnę sobie te wszystkie lata ciężkiej pracy... Harowałem niesamowicie, dlatego radość jest tym większa. Gdybym wiedział, że asysta przy golu Radosława Nalewajki może mieć taki wymiar, zapewne przygotowałbym jakąś okolicznościową koszulkę pod klubowym trykotem!

- Przejdę od razu do kwestii, która od kilku lat mocno mnie nurtuje. W 2013 roku przyjechał pan na Jastor i został bohaterem siódmego meczu finałowego JKH GKS z Cracovią. Rzecz jasna, w barwach "Pasów". Szczerze - jako jastrzębianin nie czuł pan… zgryzu?
- (chwila ciszy) Szczerze? Ani trochę! Mimo ogromnej sympatii do Jastrzębia, zawsze byłem profesjonalistą. Tam, gdzie akurat jestem, daję z siebie sto procent. Powiem coś więcej - w finale z JKH GKS graliśmy z bratem pod ogromną presją. Po pierwsze - przecież obaj jesteśmy właśnie stąd. A po drugie - jeden z działaczy Cracovii rozpowiadał, że Laszkiewicze ułożyli się z Jastrzębiem, sprzedali finał i że jest po zawodach. Proszę mi wierzyć, że gdybyśmy wówczas przegrali z JKH GKS, to po powrocie do Krakowa na pewno usłyszałbym, że to spotkanie sprzedałem! Dlatego na zwycięstwo w siódmym meczu zareagowałem z ogromną ulgą i wraz z Danielem cieszyliśmy się z tego złotego medalu, jak nigdy wcześniej. A przecież nie stawiano na nas. Jastrzębie było dużo mocniejsze. Ale chyba Bóg tak chciał, bo bramki dla Cracovii wpadały dość… szczęśliwie (śmiech).

- Wobec tego wróćmy do sezonu 2016/2017. Zwykle jest tak, że doświadczony lider zespołu jest człowiekiem od fajerwerków i "robienia różnicy" na lodzie, a od "czarnej roboty" są młodsi. Tak było z Richardem Kralem. Tymczasem u nas jest inaczej - często to pan haruje na drużynę. Nie jest pan rozczarowany takim obrotem sprawy?
- Nie. Doskonale zdawałem sobie sprawę, jaka jest sytuacja. Prezesi przed sezonem przedstawili mi plany. Znałem główne założenia, na jakich miała opierać się budowa nowej ekipy. A jednak, kiedy przyszedłem na pierwszy trening, to... przestraszyłem się. Na lodzie same "mizeroty", przy czym mówię tu o warunkach fizycznych. Powiedziałem sobie - no to walczymy o utrzymanie. Ale potem zobaczyłem, jakie cuda wyprawia z tą grupą trener Robert Kalaber. Pojawił się płomyk nadziei, że może nie będzie tak źle. A efekty znamy i są zadziwiające!

- Zatem również dla pana awans do "szóstki" był sporą niespodzianką?
- Odpowiem w dwóch punktach. Po pierwsze - dla mnie każdy mecz jest inny i uważam, że każdego rywala można pokonać. Na taflę wchodzimy przy wyniku 0:0, nawet jeśli to jest Sparta Praga. W tym pięknym sporcie wszystko jest możliwe i takie podejście zawdzięczam trenerowi Jackowi Dywanowi. Za dzieciaka dostawaliśmy dwucyfrówki od rywali starszych o rok, co wówczas stanowiło przepaść. Zrezygnowany pytałem szkoleniowca, jaki to ma sens i czemu nie gramy z rówieśnikami, z którymi wygrywamy. Tymczasem trener Dywan wpajał mi, że muszę chcieć wygrać z każdym. To "siedzi" mi w głowie do dziś! Ale z drugiej strony, jak już mówiłem, na pierwszym treningu nie marzyłem nawet o czymś więcej, niż walka o utrzymanie. Tymczasem ta kolosalna praca dała efekt. Już pierwsze sparingi pokazały, że jesteśmy w stanie powalczyć o wyższe cele. Wciąż jednak liczyłem, że być może uda się "od wielkiego dzwonu" sprawić jakąś niespodziankę. Tymczasem my wchodzimy do "szóstki" i mimo plagi kontuzji walczymy w niej w naprawdę fajnym stylu. A potem wygrywamy z Cracovią i Tychami. Czasem siadałem w szatni i myślałem, że to wszystko jest po prostu… nierealne! W tym sezonie miałem okazję doznać takiej "innej" radości, bo zawsze grałem w klubach bijących się o złoto, gdy czasem pytaniem było nie to, czy z kimś wygramy, ale w jakim stosunku.

- Miał pan okazję rozmawiać z dawnymi kolegami z Cracovii po tym 6:1?
- Nie, ciężko byłoby w tamtej sytuacji do nich zagadać (śmiech). Sam wiem, jak paskudnie czułbym się po takim meczu, dostając baty od… dzieciaków! Przecież Cracovia dysponuje wielokrotnie wyższym budżetem. To klub oparty na wielkich pieniądzach. Zupełnie inne realia niż nasze. Przy "dniu konia" bramkarza można szczęśliwie wygrać jednym golem. Ale 6:1? Tu nie mogło być mowy o przypadku.

- Trener Kalaber słynie z ciężkiej ręki. Wydaje się, że wielu doświadczonych zawodników za takimi nie przepada.
- A ja uwielbiam takich szkoleniowców! Potrzebuję mocnych treningów i lubię być w odpowiednim rytmie. Jestem wychowany na polsko-rosyjskiej szkole hokeja. Od dziecka byłem przyzwyczajony do wymagających zajęć. Edward Miłuszew, Andriej Sidorenko, Władimir Safonow, potem Władimir Wasiliew w DEL (lidze niemieckiej - przyp. red.)… Pamiętam, jak nas, młodych, zawsze sztorcowali treningach, że "nie ma śmiacia", czyli śmiania się. To oni przygotowali mnie do gry na wysokim poziomie. Najwięcej zawdzięczam właśnie im. Przecież to za sprawą tamtych morderczych zajęć do dziś mogę grać w hokeja. Trafiłem na czasy dobrego trenowania i szlifowania sportowego charakteru. Wciąż pamiętam, jak z trenerem Dywanem biegaliśmy do oporu po mieście. To procentuje. Nawet teraz mogę praktycznie non-stop grać na dwie piątki. Wiadomo, że gola po rajdzie przez całą taflę już nie strzelę…

- Moment, przecież w sparingu z Katowicami właśnie taką bramkę pan zdobył!
- Rzeczywiście, zdarzyło się (śmiech). Wracając do tematu - wydolność wypracowana za młodu do dziś przynosi efekty. Dlatego nadal mogę grać.

- Krótko mówiąc, nadaje pan z Robertem Kalaberem na tych samych falach.
- Zdecydowanie tak! Na te ciężkie czasy Kalaber to wyśmienity trener, który robi w Jastrzębiu niezwykłą pracę. Nie spotkałem nigdy wcześniej szkoleniowca, który przyszedłby do klubu z zagranicy i poświęcał tyle czasu drużynie. Sądzę, że na takiego trenera mogą narzekać tylko ci, którym nie chce się ciężko pracować. Natomiast nasi młodzi zawodnicy kiedyś zrozumieją, że te obecne wymagające przygotowania zwrócą im się w przyszłości z wielkim procentem. Przy Kalaberze naprawdę mogą się rozwijać. I wielu z nich zdaje sobie z tego sprawę. Jeśli mieliby szkoleniowca, który by ich "głaskał", to za dwa lata mogliby zapomnieć o odpowiedniej sile czy wydolności.

- Czy również dlatego zdecydował się pan pomóc zespołowi w tym trudnym czasie? Po pamiętnym przegranym meczu reprezentacji z Koreą Południową ostro krytykował pan braki w polskim systemie szkolenia młodzieży. W Jastrzębiu na ten aspekt narzekać chyba nie można.
- Z perspektywy tych wszystkich lat mojej długiej kariery mogę z czystym sumieniem przyznać, że w JKH GKS pod względem organizacji klubu wszystko jest dopięte na ostatni guzik. To jeden z lepszych klubów, w jakim grałem. Jedynym problemem jest brak wielkich pieniędzy, ale być może właśnie to zadziałało na korzyść tych młodych chłopaków, że dostali szansę gry w ekstralidze. Natomiast jeśli chodzi o samo szkolenie młodzieży, to jest dobrze, ale do ideału naprawdę sporo brakuje, bo całemu polskiemu hokejowi pod tym względem świat uciekł bardzo daleko. To są po prostu lata świetlne. Polski hokej ma mnóstwo do poprawienia i nadrobienia.

- Doszły mnie słuchy, że nasza młodzież wie, że ich starszy kolega z szatni jest wprawdzie wielokrotnym reprezentantem Polski i ma na swoim koncie wielkie sukcesy, ale chyba nie do końca zdaje sobie sprawę, z jakiego kalibru zawodnikiem naprawdę ma do czynienia.
- Trzeba ich zrozumieć. Bardzo szybko przeszli z wieku juniora do ekstraligi. Ich sportowy los jest w ich rękach. To od nich zależy, czy wykorzystają swoją szansę. Kiedy pograją kilka sezonów w seniorach, to dopiero wówczas uświadomią sobie, że hokej to naprawdę ciężki sport. Zrozumieją, ile trzeba pracować, aby zdobyć to, co mnie udało się osiągnąć.

- Tworzy pan niespotykany ofensywny duet z Dominikiem Pasiem, który jest młodszy o od pana o całe pokolenie.
- To ewenement, że przy tych swoich niespełna siedemdziesięciu kilogramach ten młody, 17-letni zawodnik w obecnych czasach dominacji "fizycznego" hokeja tak wspaniale radzi sobie w ekstralidze. Mało tego, on potrafi nawet sprzedać "bombę" starszym i większym od siebie! Nazwiska ofiar pominę milczeniem, ale kiedy widziałem niektóre sytuacje, to chwytałem się za głowę (śmiech). Dominik nie boi się gry. Ma niesamowity instynkt i inteligencję do hokeja. Jeśli tylko nadal będzie podpierał ten talent ciężką pracą, to za kilka lat naprawdę "wybuchnie". Ten chłopak może bardzo daleko zajść, ale warunek jest jeden - ciągła praca nad sobą.

- Nie ma pan obaw, że te wszystkie reprezentacje i ligi to dla niego za dużo? Nie "zajadą" go?
- Zdecydowanie nie. Ja takim systemem grałem przez długie lata. Im więcej Dominik rozegra meczów pod presją, tym szybciej nabierze doświadczenia oraz zyska siłę i pewność siebie. Zawodnik pokazuje swoją wartość nie wtedy, gdy jest świeży, ale na zmęczeniu, kiedy jest ciężko. Niech Dominik będzie zmęczony przez te kilka najbliższych lat i niech gra jak najwięcej. Ma młody organizm, więc o regenerację nie musi się martwić.

- Pewnie zaskoczymy naszych czytelników, ale przygody z łyżwami Leszek Laszkiewicz wcale nie rozpoczynał na Jastorze, tylko, jak chyba każdy z ul. Kusocińskiego...
- Na stawach przy OWN-ie! Pamiętam, gdy mama wypuściła mnie na białych figurówkach na ten pierwszy raz (śmiech). Zimą spędzaliśmy tam czas do późnych wieczorów. "Sople" z nosów nam wisiały jak dzwony. Wtedy nikt nie potrafił wysiedzieć w domu. Rodzice musieli nas siłą ściągać z lodu.

- Jest pan, rzecz jasna, absolwentem Szkoły Podstawowej nr 20. Pamięta pan swojego nauczyciela wf-u?
- W "Dwudziestce" mieliśmy klasę sportową o profilu hokejowym. Prowadził nas dyrektor Szulik i jemu też na pewno sporo zawdzięczałem na tamtym etapie rozwoju. Nie był nauczycielem, który rzucił piłkę i mówił: "Pograjcie sobie". U niego był czas na wszystko. Mieliśmy przegląd wielu dyscyplin i każde zajęcia wyglądały inaczej. Dlatego pod względem koordynacji ruchowej byliśmy dobrze przygotowani.

- Zahaczyłem o ten staw i ul. Kusocińskiego nie bez powodu. W końcu klatka numer pięć to prawdziwe hokejowe zagłębie. Leszek Laszkiewicz, Daniel Laszkiewicz, Łukasz Nalewajka, Radosław Nalewajka…
- Muszę podkreślić, że Łukasz i Radek w najbliższym czasie dadzą JKH GKS najwięcej. Oni robią wręcz kolosalne postępy! Z ręką na sercu mogę przysiąc, że w życiu nie widziałem chłopaków, którzy by tak ciężko pracowali nad sobą i byli tak bardzo oddani klubowi. Oni mają przecież dopiero po 23 lata, a już teraz są jednymi z najlepszych w drużynie. Gdyby byli trochę wyżsi, to już dawno graliby w reprezentacji Polski. Do obu braci żywię ogromny szacunek. Ten duet będzie koszmarem dla obrońców w całej lidze. Siłę mają coraz większą, a sercem i ambicją do gry mogliby obdzielić cały zespół. Powtórzę - takich chłopaków jeszcze nie spotkałem w swojej karierze.

- Bracia słyną z ambicji na lodzie i tego, że nikomu nie odpuszczają. W jednym z wywiadów mówił pan zresztą, że jest przeciwny karom meczu za bójki. Ale ostatnimi czasy jakoś mniej tych starć z udziałem Laszkiewicza. Wyciszył się pan, czy też rywale nie podejmują się walki z Legendą?
- Rzeczywiście, lubiłem się bić (śmiech). Gdy grałem w Niemczech, to byłem najmłodszy w całej lidze. Bywało tak, że przy wyniku "na styk" trener puszczał mnie na lód w 59. minucie tylko po to, abym się pobił z wyznaczonym rywalem. No i wychodziłem zmarznięty na taflę i musiałem robić swoje, ale dzięki temu zyskiwałem szacunek u kolegów z szatni. Natomiast teraz… Cóż, rzeczywiście czuję ze strony przeciwników pewien rodzaj szacunku. Być może z uwagi na to rywale nie zaczepiają mnie lub też po prostu dają mi spokój. Prawdą jest też, iż polski hokej to de facto zaledwie kilkuset zawodników, którzy siłą rzeczy dobrze się znają. A że lata lecą i sam rozważam, na co można się pokusić, a gdzie odpuścić? Na pewno w moim wieku pewnych rzeczy już się nie przeskoczy, a głupotą byłoby niepotrzebnie dać sobie zrobić krzywdę. Ale jeśli ktoś mocno by mnie zdenerwował, to na pewno nie dałbym sobie w kaszę dmuchać (śmiech). Z tego, że nie odpuszczam, zawsze byłem znany.

- Na dentystów wydał pan zapewne fortunę.
- Ha! Rzeczywiście, sporo się wykosztowałem. Ale trzy lata temu zainwestowałem w szczękę i, odpukać, na razie nic nie wyleciało (śmiech).

- Mam wrażenie, że mimo tylu lat w hokeju wypalenie zawodowe panu nie grozi.
- Hokej to jest jedyne, co umiem robić. Kocham ten sport i czuję się w nim najlepiej. I do dziś nienawidzę przegrywać! Kiedy byłem młodym człowiekiem, zawsze we wszystkim musiałem być najlepszy. Nawet jeśli z bratem graliśmy w karty, to siedzieliśmy tak długo, aż w końcu wygrałem! Czasem Daniel dawał mi wygrywać, żeby mieć ze mną spokój (śmiech). Proszę mi wierzyć, że gdyby hokej przestał mnie bawić, to zakończyłbym karierę. Dlatego jeśli ktoś myśli, że Jastrzębie jest dla mnie przysłowiową "sportową emeryturą", to jest w wielkim błędzie. Nie mógłbym trenować na "pół gwizdka", bo wówczas straciłbym szacunek do samego siebie. Wciąż z pasją przychodzę na każdy mecz. Wiem, że ten najbliższy może być ostatnim. Zdaję sobie sprawę, że ta wspaniała przygoda powoli się kończy i przeraża mnie to, że kiedyś będę musiał po raz ostatni zdjąć łyżwy i odłożyć kij. Dlatego cieszę się każdą minutą na lodzie.

- Przed nami wojna z Podhalem. W tym sezonie w pojedynkach z "Szarotkami" zawsze było ciekawie. Nasz młody zespół pod pana wodzą potrafi dotrzymać kroku temu rywalowi.
- Powiem szczerze, że z Podhalem rzeczywiście gra się nam dobrze. Być może wynika to z faktu, że jeszcze w szatni nastawiamy się na twarde mecze i wiemy, że aby cokolwiek ugrać, trzeba dać z siebie sto procent. I potem rzeczywiście właśnie tak jest. Nie ulega wątpliwości, że na papierze Podhale jest silniejsze. Nowy Targ ma mocniejszą drużynę i powinien bez większych kłopotów z nami wygrywać. My jednak potrafimy z nimi walczyć dzięki naszej zaciętości, znakomitej postawie obu bramkarzy oraz dyscyplinie taktycznej codziennie wpajanej przez trenerów Roberta Kalabera i Rafała Bernackiego. Jestem przekonany, że powalczymy z Podhalem i, o ile nie zmogą nas kontuzje, napsujemy rywalom krwi. Postaramy się o kolejną mega-niespodziankę!

- My możemy. Oni muszą.
- Dokładnie tak, ale my… chcemy! Jesteśmy głodni kolejnych sensacji. Natomiast niezależnie od tego, kto ostatecznie zagra w półfinale, kibice mogą być pewni, że naprawdę damy z siebie sto procent. Dla sportowca najważniejsza jest świadomość, że wyciągnął z organizmu absolutnie wszystko.

- Nie obawia się pan, że młodsi koledzy mogą nie wytrzymać presji wyniku?
- Nie nazwałbym tego obawą, ale rzeczywiście większość naszego zespołu nie miała jeszcze okazji do walki w play-offach. Niemniej, mamy za sobą wiele ważnych spotkań i skoro byliśmy w stanie pokonać Cracovię, Tychy i Podhale, to i w ćwierćfinale damy sobie radę. Natomiast o wiele bardziej boję się tego, jak będzie wyglądała praca sędziów. Moja największa obawa dotycząca play-off dotyczy właśnie postawy arbitrów. Mam nadzieję, że sędziowie pozwolą nam grać.

- A czego życzyłby pan sobie od kibiców na tę konfrontację z Podhalem?
- Nie tylko ja, ale cały zespół życzyłby sobie, aby nasi fani zapełnili Jastor i dopingowali nas nie tylko po bramkach, ale i w tych ciężkich momentach. Pokażcie, że nie jesteście kibicami sukcesu! Potrzebujemy waszego mocnego wsparcia, a nie tylko siedzenia i oklasków od czasu do czasu. Przecież znacząca większość drużyny to jastrzębianie, tak jak wy. Zapraszam na Leśną. Możecie być pewni, że my damy z siebie wszystko.

- Taki apel musi odnieść skutek. Dość przypomnieć, że na prezentacji Jastrzębskiego Węgla spośród zaproszonych gości to pan otrzymał największy aplauz.
- Takie momenty są niezwykle miłe. Nie spodziewałem się tego ze strony fanów w Hali Widowiskowo-Sportowej. Takich chwil się nie zapomina. Podobnie zresztą jak sytuacji, gdy cała trybuna skanduje twoje nazwisko. Człowiek czuje się doceniony i wie, że ta ciężka praca miała sens. Choć na stałe mieszkam w Krakowie, to w Jastrzębiu wciąż mam mnóstwo znajomych. Wszędzie spotykam się z sympatią, na co staram się odpowiadać życzliwością, bo tego nauczyli mnie rodzice, za co im serdecznie dziękuję.

Fot. Magdalena Kowolik

 

rozm. mg

KOMENTARZE

  • jacek | 26/02 godz. 15:38

    klasa i styl i tyle i aż tyle

  • | 20/02 godz. 09:53

    Śpioch no własnie,idz na siatkówke tam się dużo dzieje i można się przy okazji wyspać,jak to niedawno kamery uchwyciły tych super kibiców jak spali, a niektórzy wygłądali jak znudzone mopsy,masakra i to było u nas .

  • kris | 19/02 godz. 22:43

    Leszek to klasa sama w sobie! i wzór do naśladowania. Pozdrawiam

  • | 19/02 godz. 15:12

    nie musisz kibicu sukcesu,siedz w chałpie

  • Spioch | 19/02 godz. 09:34

    A więc załatwcie POdhale i PO sprawie.To się zjawię na meczu!

  • jasnet.pl | 18/02 godz. 12:51

    Komentarze do tego tekstu zostały wyłączone!
    Minął okres dodawania komentarzy.

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X