Dzisiaj jest: czwartek, 21 września 2017   Imieniny: Hipolit, Jonasz, Mateusz

więcej ›

SPORT

Alpinizm

Baseball

Biegi

Boks

Futsal

Hokej

Judo

Karate

Kolarstwo

Kolarstwo górskie

Koszykówka

Morsowanie

Narciarstwo

Olimpiady specjalne

Piłka nożna

Pływanie

Pływanie w płetwach

Rajdy samochodowe

Rekreacja

Siatkówka

Siatkówka plażowa

Sporty walki

Szachy

Taekwondo

Tenis

Tenis stołowy

Żeglarstwo

Inne

ZAPOWIEDZI

2017-09-22

JKH GKS Jastrzębie - SMS PZHL U20

5. kolejka Ekstraligi hokeja na lodzie

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-09-23

GKS 1962 Jastrzębie - Wisła Puławy

10. kolejka piłkarskiej II ligi

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-10-07

GKS 1962 Jastrzębie - Garbarnia Kraków

12. kolejka piłkarskiej II ligi

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-10-07

Jastrzębski Węgiel - Skra Bełchatów

3. kolejka siatkarskiej PlusLigi

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

więcej zapowiedzi

PUBLICYSTYKA

Wywiad z sędzią piłkarskim


Fot. pixabay.com

 

Jest prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że nie istnieje kibic, który nigdy nie miał pretensji do sędziego. Więcej - jedynymi sympatykami sportu, którzy nigdy (ale to przenigdy!) nie określili żadnego arbitra jakimś "grubszym" słowem, są zapewne jedynie ci, którzy jeszcze nie potrafią mówić.

Płynąca z trybun "łacina kuchenna" bywa nawet elementem swoistego konkursu - ten, kto mocniej, trafniej i zabawniej sponiewiera faceta, który ma nieszczęście biegać po boisku i decydować o losach spotkania, zyskuje mir i szacunek pozostałej części widowni. Celują w tym zwłaszcza starsi kibice, często stali bywalcy obiektu, czy, jak to określił Krzysztof Stanowski w książce "Kowal", "miejscowi beje-soliści". Ten typ fana został idealnie sportretowany przez Andrzeja Grabowskiego w filmie "Skrzydlate świnie" (uwaga - film wyłącznie dla osób dorosłych!)...

 

 

Krótko mówiąc - sędziowie sportowi to najbardziej uciśniona i pozbawiona praw publicznych mniejszość w Polsce. Arbitra bezkarnie zwyzywać może każdy, nawet nie siląc się na filozofowanie, czy ten akurat ma rację, czy też nie. Prawdą jest, że czasem sędzia dramatycznie się myli, czego mieliśmy dobitny przykład przy okazji ćwierćfinałów fazy play-off w Polskiej Hokej Lidze pomiędzy JKH GKS Jastrzębie a Podhalem Nowy Targ, a wcześniej w walce o półfinał piłkarskiego Pucharu Polski, gdy arbiter dał się nabrać na rzut karny Wojciechowi Canibołowi (jednak jakoś nikt przy Harcerskiej sędziego z tego powodu nie sponiewierał). Ale czasem to rozjemca ma rację...

Może zatem warto porozmawiać z kimś z drugiej strony barykady? Z takim właśnie zamiarem zaprosiliśmy do redakcji jednego z nich - ludzi, których na co dzień obrażacie na obiektach sportowych. Konrad Janecki to znany w naszym środowisku ambasador Ligi Nike Playarena, który od kilku lat jest sędzią piłkarskim na poziomie Podokręgu Rybnik Śląskiego Związku Piłki Nożnej. Prowadził wiele spotkań zarówno w rozgrywkach seniorów, jak i młodzieży. Jeśli sądzicie, że na naszym lokalnym podwórku brakuje kontrowersyjnych akcji, to bardzo mocno się mylicie.

Takiego wywiadu jeszcze nie było. Być może w efekcie tej lektury niektórzy z was (w porządku, z nas) zastanowią się, zanim następnym razem krzykną: "Sędzia, ty baranie".

- Na początek będzie złośliwie. Czy sędziami zostają patałachy, którym nie udało się zrobić kariery piłkarskiej?
Konrad Janecki - (chwila ciszy) Nieźle się zaczyna… Patałachy to może nieco za ostre słowo. Ale część prawdy w tym jest, że niektóre osoby zostają arbitrami, ponieważ nie zrobiły kariery piłkarskiej. Wielu z nas musiało się również pożegnać się z grą w piłkę nożną z powodu kontuzji. Sam jestem tego dobitnym przykładem. Gdyby nie dopadł mnie uraz kolana, to zapewne wciąż byłbym piłkarzem. Zaczynałem w Zrywie Bzie. Niestety, w sierpniu 2009 roku w meczu podokręgowego Pucharu Polski dostałem taką "kosę", że wezwano karetkę. Przetransportowano mnie do Szpitala Wojewódzkiego, gdzie z rozwalonym kolanem przez godzinę leżałem w poczekalni…

- Jak to?
- Musiałem czekać, aż lekarzom skończy się obiad… Po wyleczeniu urazu próbowałem wrócić do futbolu, ale nie miało to sensu. Coś "poszło" w kolanie i w efekcie każdy upadek wiązał się z brakiem możliwości kontynuowania gry. O ile w przypadku sędziego nie wyklucza to z fachu, o tyle dla piłkarza jest to bariera nie do przejścia. Nie chciałem przerywać przygody z piłką nożną. Dlatego zostałem arbitrem.

- A jak traktowałeś sędziów zanim przeszedłeś na drugą stronę barykady?
- Przyznam szczerze, że nie miałem do nich szacunku. Byłem bodaj jedynym juniorem Zrywu Bzie, który dostał czerwoną kartkę za zwyzywanie arbitra.

- Żartujesz?
- Nie. Żeby dostać czerwień w rozgrywkach młodzieżowych, naprawdę trzeba na nią "zapracować", bo zwykle otrzymuje się kary minutowe. Czasem z powodu konfliktów z arbitrem siedziałem na ławie po dwadzieścia minut. A raz dostałem czerwoną kartkę. Pamiętam nawet zabawną sytuację, gdy wyjechałem jednemu sędziemu z "łaciną kuchenną". Zapytał, do kogo to było. Odparłem, że mówiłem sam do siebie, na co on stwierdził: "Nie rób ze mnie Greka" (śmiech). Do dziś nie wiem, co miał na myśli.

- Czyli wyzywałeś sędziów, a potem sam nim zostałeś. Karma.
- Na to wygląda. Na szczęście kiedy włożyłem po raz pierwszy trykot arbitra, tamtych obrażanych przeze mnie ludzi nie było już w Podokręgu Rybnik. Byłoby mi ciężko spojrzeć im teraz w twarz. Prawda jest taka, że wielu piłkarzy nabrałoby większego szacunku do sędziów, gdyby zobaczyli, jak taka robota wygląda od środka.

- Co trzeba zrobić, aby zostać arbitrem piłkarskim?
- Przez pół roku uczęszczasz na specjalny kurs, który kończy się egzaminem teoretycznym. Maglują cię członkowie zarządów Śląskiego Związku Piłki Nożnej i podokręgu, w którym kończysz kurs. Chętni z Jastrzębia-Zdroju i okolic najczęściej jeżdżą do Rybnika lub Skoczowa, gdzie mieszczą się najbliższe siedziby podokręgów. Ponadto przed każdą kolejną rundą wiosenną zdajesz egzamin ze swojej formy fizycznej poprzez udział w biegu interwałowym.

- Jest jakiś przepis, który mógłby zszokować przeciętnego kibica?
- Ostatnio pojawiło się kilka zmian, które były stosowane już podczas Euro 2016. Przykładowo - sędzia będzie mógł uznać gola nawet w przypadku, gdy piłka nie trafi do siatki. Stanie się tak, jeśli arbiter stwierdzi, że piłka zatrzymana ręką przez zawodnika broniącego na pewno wpadłaby do bramki.

- Masz kogoś, na kim chciałbyś się wzorować jako arbiter?
- Tak, Howard Webb.

- Konradowi Janeckiemu dziękujemy za wizytę w redakcji.
- (śmiech) Oczywiście nie za tamten pamiętny mecz z Austrią na Euro 2008. Jednak imponujące jest to, jak radził sobie z trudnymi przypadkami na boisku. Nikt mu nie wchodził na głowę.

- Zapewne każdy sędzia ma na swoim koncie takie spotkanie, o którym będzie opowiadał wnukom. Ale nie mówię tu o prowadzeniu zawodów w Lidze Mistrzów. Chodzi mi o…
- Najtrudniejszy mecz? To były moje trzecie zawody w życiu. Podejrzewam, że w komentarzach będzie jazda bez trzymanki, kiedy o nim opowiem (śmiech). Chodzi tu o derby w rozgrywkach juniorów między Granicą Ruptawa a Zrywem Bzie…

- I wyznaczono ciebie? Przecież grałeś w Zrywie. O nazwisku nawet nie wspomnę.
- Nie wiem, z czego wynikało to, że akurat mnie wyznaczono na ten mecz. Początkowo zawody miał sędziować inny arbiter, ale w piątkowy wieczór okazało się, że padło na mnie. Byłem w szoku. Trzeci mecz w życiu i od razu taki bigos… Postanowiłem wziąć się w garść i po prostu poprowadzić to spotkanie najlepiej, jak potrafię. Skończyło się kosmiczną awanturą, interwencją policji i lawiną komentarzy w Internecie, w których styrano mnie jak psa.

- Bo wydrukowałeś mecz na rzecz swojego byłego klubu?
- Tak pisano, ale nie miało to nic wspólnego z prawdą. Wprawdzie piłkarze i trenerzy Granicy jeszcze przed rozpoczęciem derbów wiedzieli, skąd pochodzę, ale nie robili z tego problemu. W pierwszej połowie było w miarę w porządku. Jednak pod koniec drugiej odsłony, przy stanie 1:1, zaczął się młyn. W ostatniej minucie po rzucie rożnym Ruptawa strzeliła drugiego gola. Tymczasem dokładnie w momencie, w którym zawodnik wyskoczył do piłki i, jak się okazało, skierował ją do bramki, ja odgwizdałem faul na zawodniku Bzia! I do dziś jestem przekonany, że ten faul miał miejsce! Niestety, piłkarzom Granicy całkowicie puściły nerwy. Podbiegli do mnie, zaczęły się wyzwiska i szarpanina między zawodnikami obu drużyn. Skończyło się na dwóch czerwonych kartkach dla piłkarzy gospodarzy.

- Ale wyjechałeś stamtąd żywy, bo inaczej byśmy nie rozmawiali.
- Tak. Kierownik zespołu gości zadzwonił na policję, ponieważ gospodarze nie mieli służby porządkowej. Zwykle (według przepisów) na każdym meczu, nawet jeśli są to spotkania juniorów czy trampkarzy, powinna być ochrona. Ale w praktyce różnie to wygląda. Poprosiłem zatem o pomoc kierownika drużyny gospodarzy, ale miał mnie tam, gdzie światło nie dochodzi. Dodatkowo stwierdził, że nie ma telefonu, żeby zadzwonić na policję. Obawiałem się, że zwyczajnie zostanę pobity przez kibiców. Przyjechał radiowóz i eskortował mnie na Bzie. Sprawa tego meczu trafiła potem na Wydział Dyscypliny Podokręgu Rybnik. Poza mną stawić musieli się trenerzy obu drużyn i obaj ukarani czerwonymi kartkami piłkarze. Pamiętam, jak Adam Śmigielski pieklił się na posiedzeniu, że Janecki z Bzia sędziuje mecz Bzia. Pokazywał skany stron internetowych…

- Rozmawiacie ze sobą?
- Dziś już tak (śmiech). Ale przez dwa lata Śmigielski udawał, że mnie nie zna. Pamiętam, jak po kilku latach przyjechałem na spotkanie rezerw Granicy, na co Adam teatralnym gestem machnął ręką: "No nie! To znowu on". Natomiast za postawę w tamtych derbach nie zostałem ukarany. Czyli uznano, że postąpiłem słusznie. Ale co się naczytałem o sobie w Internecie, to moje…

- Ile razy policja z twojego powodu musiała wizytować obiekty piłkarskie?
- Dwa razy. W Ruptawie i w Szerokiej.

- Ha! W ciągu tych sześciu lat sędziowania jako znany i lubiany obywatel sołectwa Bzie podpadłeś akurat u sąsiadów z Jastrzębia?
- Tak wyszło (śmiech). Akcja z Szeroką miała miejsce ponad dwa lata temu. W 86. minucie meczu Żaru z KP Kamień zdekompletowałem ekipę gospodarzy, którzy dostali w sumie pięć czerwonych kartek. Kolega, który pracował z piłkarzami tego klubu na kopalni, usłyszał potem na szychcie, że dla Janeckiego mają już przygotowaną miejscówkę w zakładzie karnym.

- Pięć czerwonych kartek? Coś ty tam nawyrabiał?
- Piłkarze Żaru nie panowali nad emocjami. W moim kierunku co rusz sypała się "łacina". W ciągu jednej minuty byłem zmuszony wyrzucić trzech ludzi z boiska! Na dodatek w Szerokiej mają bramkarza o ognistym temperamencie, który posłał mi taką wiązankę, że nie mogłem dokładnie opisać jej w protokole, bo zabrakło mi polszczyzny (śmiech). Usłyszałem też nieśmiertelne hasło, że "czekają na mnie po meczu". Kierownicy KP Kamień, widząc i słysząc, co się dzieje na boisku, zadzwonili po policję. Jak się potem okazało, zespół gości miał już dawniej zatargi z ekipą Żaru. Otóż kilka lat wcześniej piłkarze z Kamienia zostali zamknięci w szatni i zwyzywani przez gospodarzy. Sędziowałem to spotkanie z koleżanką, Martą Filas. Przed meczem powiedziałem jej, żeby zapisywała w notesie akcje tego typu, gdyby akurat miały miejsce. No i potem spuchły jej uszy… Nie ma co ściemniać - dziewczyna mocno przeżyła te zawody. Tam jest zresztą "ciężki teren". Kibice rzucają biegającym przy linii bocznej asystentom kamienie pod nogi…

- Miałeś potem jeszcze okazję sędziować spotkanie Żaru?
- Tak. Przed kolejnym meczem rozmawiałem z ówczesnym trenerem tego zespołu i oznajmiłem mu, że nie życzę sobie powtórki z poprzedniego spotkania. Zawodnicy robili głupie miny, ale na boisku zachowywali się wzorowo. Faul przeciw Szerokiej? Cisza. Bez reakcji. W efekcie żaden z piłkarzy Żaru nie dostał nawet żółtej kartki. Można zatem zachowywać się normalnie. Trzeba tylko chcieć.

- Małe pytanie na marginesie - powiedziałeś, że prowadziłeś to spotkanie w asyście koleżanki.
- Wiedziałem, że będziesz o to pytał (śmiech). Uprzedzę twoją ciekawość - tak, mamy wspólne szatnie i prysznice, bo żadnego z klubów w niższych ligach nie stać na to, aby specjalnie pod kątem pań z gwizdkiem czy chorągiewką organizować dodatkowe pomieszczenia. Ale nie robiłbym z tego sensacji. Jesteśmy dorosłymi ludźmi. Jeśli koleżanki są wstydliwe, to po prostu korzystamy z szatni po kolei. Ale częściej jest tak, że przebieramy się wspólnie. To naprawdę nic takiego. Przecież na basenie czy na plaży dziewczyny też nie noszą kożuchów. Ale nie będę ukrywał, że kiedy dowiedziałem się, że mamy w podokręgu sędziny, to sam zastanawiałem się, jak to będzie…

- No to po tym wywiadzie będziecie mieli kłopoty bogactwa z aplikacjami na kursy sędziowskie. Skoro już jesteśmy w temacie - zazdrościsz Magdalenie Figurze popularności?
- Magda, oprócz tego, że świetnie radzi sobie na boisku z gwizdkiem, także pod względem marketingowym czuje się w tym fachu, jak ryba w wodzie. Ma to "coś", co powoduje, że interesują się nią media.

- Kobiecie chyba łatwiej? Nikt nie woła "sędzia-ch…".
- Jeśli pytasz o trybuny, to wcale nie jest lepiej - w istocie niektóre dziewczyny są znacznie gorzej traktowane! Nawet jeśli sędzina prowadzi mecz bez zarzutu, zza linii ciągle słychać teksty o "babach do garów". A to i tak najlżejszy kaliber wyzwisk. Z drugiej strony - kobiety mają większy posłuch u piłkarzy.

- Jeśli zadam ci pytanie, czy jesteś "za" kobietami w tym fachu, to powiesz, że…
- (chwila ciszy) Mimo wszystko nie jestem przekonany do tego pomysłu. Tak jak mówiliśmy na początku, zdecydowana większość sędziów to byli piłkarze, którzy w jakiś sposób "liznęli" futbolu w praktyce. Natomiast nasze panie zbyt często sędziują "książkowo". Czasem trzeba pokusić się o nieco dyplomacji, żeby nie gasić ognia benzyną tylko dlatego, że tak pisze w regulaminie.

- No to teraz będziesz przebierał się na ławkach rezerwowych. Wróćmy jeszcze do kwestii wyzwisk z trybun. Naprawdę nie rusza cię to, że jakiś obcy facet wyzywa ciebie i twoją matkę?
- Uodporniłem się na to. Jeśli ktoś chce być sędzią, a nie potrafi trzymać nerwów na wodzy, to szybko wyleci. Nie masz prawa reagować na zaczepki czy wyzwiska. Nie możesz odpowiedzieć kibicowi, że sam jest taki czy owaki. A jeśli nie daj Boże rzuciłbyś się na kogoś z pięściami, to możesz zwijać manatki. Uwierz, że czasem aż język świerzbi, żeby odpowiedzieć. Ale nie wolno.

- Podobno najgorzej pod tym względem wcale nie jest na meczach seniorów w klasie A.
- Niestety, najbardziej wulgarne wyzwiska można usłyszeć na spotkaniach w rozgrywkach najmniejszych dzieci. Przodują w tym rodzice, których nie interesuje to, że te obrzydliwe słowa słyszą również ich pociechy. Współczuję tym małym piłkarzom. Nie uwierzyłbyś, jak rodzice potrafią sponiewierać sędziego! Na dodatek ci chłopcy, widząc, jak zachowuje się tatuś, również startują do arbitra z przekleństwami. To jest tragedia i mówię to z pełną odpowiedzialnością. Oczywiście nie masz prawa zareagować i odpyskować. Raz, że zabrania tego regulamin, a dwa - musisz brać pod uwagę, że możesz być specjalnie prowokowany, a jednocześnie filmowany telefonem. Dlatego wyzywający osobnicy uważają cię za frajera. A dzieci to wszystko widzą.

- Zdarzały się sytuacje, że po jakimś czasie zawodnicy przepraszali cię za swoje zachowanie?
- Bywało i tak. Głównym argumentem przeprosin były emocje, nad którymi w pewnych okolicznościach trudno jest zapanować. I ja staram się to zrozumieć. Natomiast sporo zmieniło się w podejściu piłkarzy do mnie po tym, jak zaangażowałem się w działalność w Lidze Nike Playarena. Siłą rzeczy poznaliśmy się lepiej, więc i pewne sytuacje można załagodzić jeszcze na boisku.

- Najwyższym poziomem, na którym pracowałeś, był…
- Sędziuję główne mecze w Podokręgu Rybnik. Od "wielkiego dzwonu" zdarza się spotkanie w lidze okręgowej. Dwukrotnie byłem też sędzią liniowym w IV lidze, w pojedynkach Unii Racibórz.

- Pytam nie bez powodu. W "Piłkarskim pokerze" Cukrownik awansował do klasy B za skrzynkę wódki.
- Czekałem na to pytanie (śmiech). Powiem wprost - starsi koledzy opowiadali, że za "komuny" takie sytuacje były na porządku dziennym. Bywało, że cała liga była ustawiona! Opłacało się być arbitrem, bo drugą pensję zarabiało się "na lewo". Ale dziś naprawdę jest inaczej i mogę z ręką na sercu przysiąc, że o korumpowaniu sędziów nie może być mowy. Do mnie nikt nigdy nie zgłosił się z taką propozycją, chyba że za takową uznać poczęstunek po meczu w postaci butelki piwa i porcji pieczonej kiełbasy. Nigdy nie sędziowałem w ustawionym spotkaniu. Znamy się trochę, więc powiedziałbym ci poza wywiadem, że takie sytuacje miały miejsce. A nie miały.

- Polecałbyś naszym zainteresowanym futbolem czytelnikom tę pracę?
- Nie nazwałbym tego pracą, a raczej pasją. Jeśli nie jesteś sędzią na szczeblu centralnym, to w żaden sposób nie może to być twoja praca. A żeby awansować do ekstraklasy czy pierwszej ligi, trzeba mocno w siebie zainwestować, zarówno pod względem czasu, wiedzy i umiejętności, jak i kondycji fizycznej. Dla mnie sędziowanie jest oderwaniem od codziennej pracy za kierownicą ciężarówki. Dzięki temu nie tracę kontaktu z dyscypliną, którą uwielbiam. A przy okazji przeżywam fajną przygodę.

- Czego ci można życzyć na dalszej drodze sędziowskiego życia?
- Żeby nigdy więcej nie musiała mnie eskortować policja (śmiech).
 

rozm. mg

KOMENTARZE

  • | 13/03 godz. 18:04

    Słaby sędzia bo nie umie nawet zapanować na juniorach.

  • | 12/03 godz. 21:57

    Janecki coś mi to nazwisko przypomina i to jeszcze że grał w Bziu.Dziwne?

  • | 12/03 godz. 11:20

    Ktoś tu chyba nie zrozumiał metafory..

  • | 12/03 godz. 09:16

    gdzie ty widziales te kamienie na boisku zar-u bo jakos nie pamietam by kiedy kolwiek takie cos bylo bziaku.

  • | 11/03 godz. 17:37

    W Jastrzębiu są sędziowie którzy sędziowali o wiele klas wyżej i nie afiszują się tym ani nie chwalą

  • jasnet.pl | 10/03 godz. 15:24

    Komentarze do tego tekstu zostały wyłączone!
    Minął okres dodawania komentarzy.

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X