Dzisiaj jest: czwartek, 29 czerwca 2017   Imieniny: Iwetta, Paweĺ, Piotr

więcej ›

SPORT

Siatkówka



PlusLiga 2016/2017 - faza zasadnicza
01.10 AZS UWM Olsztyn (d)3:2
07.10 AZS Częstochowa (w)3:0
15.10 BBTS Bielsko-B. (d)3:0
21.10 Effector Kielce (w)3:2
26.10 MKS Będzin (d)1:3
29.10 ZAKSA Kędzierzyn (w)2:3
04.11 Resovia Rzeszów (d)3:1
09.11 Skra Bełchatów (d)3:2
14.11 Espadon Szczecin (w)3:1
26.11 Trefl Gdańsk (d)3:2
30.11 Cuprum Lubin (d)2:3
02.12 Czarni Radom (w)3:1
10.12 AZS Politechnika (d)3:2
14.12 GKS Katowice (d)3:1
16.12 Łuczniczka Bydg. (w)3:0
22.12 AZS UWM Olsztyn (w)1:3
07.01 AZS Częstochowa (d)3:0
21.01 Effector Kielce (d)3:0
30.01 BBTS Bielsko-Biała (w)3:1
03.02 MKS Będzin (w)3:1
10.02 ZAKSA Kędzierzyn (d)2:3
18.02 Resovia Rzeszów (w)3:1
22.02 Espadon Szczecin (d) 3:0
26.02 Skra Bełchatów (w)2:3
05.03 Trefl Gdańsk (w)3:1
08.03 Cuprum Lubin (w)3:2
13.03 Czarni Radom (d)3:0
18.03 AZS Politechnika (w)2:3
28.03 GKS Katowice (w)3:2
01.04 Łuczniczka Bydg. (d)3:0

PlusLiga - PÓŁFINAŁ
07.04 ZAKSA Kędzierzyn (d)0:3
12.04 ZAKSA Kędzierzyn (w)0:3

PlusLiga - MECZE O BRĄZ
18.04 Resovia Rzeszów (d)3:1
23.04 Resovia Rzeszów (w)3:2

Tabela końcowa - PlusLiga 2016/2017

1. ZAKSA Kędzierzyn
2. Skra Bełchatów
3. Jastrzębski Węgiel
4. Resovia Rzeszów
5. AZS UWM Olsztyn
6. Cuprum Lubin
7. Czarni Radom
8. Trefl Gdańsk
9. AZS Politechnika
10. GKS Katowice
11. MKS Będzin
12. Espadon Szczecin
13. Effector Kielce
14. BBTS Bielsko-B.
15. Łuczniczka Bydg.
16. AZS Częstochowa

Informacje o klubie
Rok założenia: 1949 (LZS Jastrzębie), 1961 (Górnik Jastrzębie), 2005 (spółka akcyjna)
Barwy: pomarańczowo-biało-czarne
Adres: al. Jana Pawła II 6, 44-335 Jastrzębie-Zdrój
Obiekt: Hala Widowiskowo-Sportowa, ul. Jana Pawła II 6, Hala Sportowa, ul. Reja 10
Rozgrywki: PlusLiga

Prezes: Adam Gorol
Trener: Mark Lebedew (Aus)
Asystent trenera: Leszek Dejewski
Trener przyg. fiz. Luke Reynolds (Aus)
Trener Akademii Talentów: Jarosław Kubiak

Kadra:
Przyjmujący: Jason de Rocco (Can), Marcin Ernastowicz, Salvador Hidalgo Oliva (Cub), Sebastian Schwarz (Ger), Kevin Tillie (Fra)
Rozgrywający: Radosław Gil, Lukas Kampa (Ger)
Środkowy: Damian Boruch, Grzegorz Kosok, Wojciech Sobala, Jakub Turski
Atakujący: Maciej Muzaj, Patryk Strzeżek
Libero: Karol Gdowski, Jakub Popiwczak

« powrót

ZAPOWIEDZI

2017-07-30

Bike Atelier MTB Maraton

Zawody kolarstwa górskiego

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-08-01

JKH GKS Jastrzębie - Orlik Opole

Sparingowy mecz hokeja na lodzie

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-08-04

JKH GKS Jastrzębie - HC AZ Hawierzów

Sparingowy mecz hokeja na lodzie

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-08-05

Mistrzostwa Śląska w siatkówce plażowej

Turniej siatkówki plażowej par mieszanych

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

więcej zapowiedzi

PUBLICYSTYKA

"Oliva? Jak Gabrych w 2004"

 

Przed nami najważniejsza część siatkarskiego sezonu. W najbliższy piątek o 17:30 Jastrzębski Węgiel skrzyżuje w Hali Widowiskowo-Sportowej szable z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle. Pięć dni później na obiekcie rywala odbędzie się rewanż. Stawką tego pojedynku z mistrzem Polski będzie finał PlusLigi. O awans będzie niezwykle ciężko, ale nie jest to zadanie niewykonalne.

Czy podopieczni Marka Lebedewa są gotowi do walki? Leszek Dejewski, jeden z symboli jastrzębskiej siatkówki i drugi trener zespołu nie ma wątpliwości, że tak. Co więcej, z dyskusji ze szkoleniowcem wynika, że punktów stycznych z tamtą wspaniałą, złotą drużyną z 2004 roku jest więcej, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka... 

Zapraszamy do lektury wywiadu z Leszkiem Dejewskim, który w dniu ostatniego meczu z Łuczniczką Bydgoszcz skończył 55 lat. Mieliśmy wówczas okazję przekonać się, jak bardzo cenioną i lubianą osobowością jastrzębskiego sportu jest nasz rozmówca.

- Jest pan prawdopodobnie jedynym człowiekiem, który był blisko każdego z jastrzębskich zespołów walczących o medale na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat. Czy to jako zawodnik, czy to jako trener w tej lub innej roli. Najpiękniejsze chwile?
Leszek Dejewski - W sercu zawsze pozostaje wspomnienie o pierwszym medalu z 1991 roku. Tamta brązowa drużyna była znakomitą grupą ludzi, która trzyma się razem do dziś. Spotykamy się od czasu do czasu. Nie zapominamy o telefonach na urodziny czy święta. Kolejne sezony można byłoby długo opisywać, ale, co tu kryć, pamięć o nich z czasem ulega pewnemu zamazaniu. Każdy z nich był inny. Tak jak i ten obecny, w którym naszą grą sprawiliśmy, że kibice znów zaczęli tysiącami przychodzić na mecze. Obecnie frekwencja jest naprawdę dobra, a przecież przed sezonem przed klubem nie ustawiały się kolejki po karnety. Hala jednak zapełniała się z meczu na mecz, a my przekonaliśmy fanów, że warto z nami być. Jestem przekonany, że w kolejnym sezonie nie będzie już najmniejszego problemu ze sprzedażą wejściówek na całe rozgrywki.

- Być może trudny sezon 2015/16 był potrzebny właśnie po to, aby docenić grę w półfinale. We wcześniejszych latach czwórkę traktowaliśmy niczym oczywistość.
- Wtedy awans do półfinału był czymś normalnym. Klub miał "troszkę więcej" pieniędzy i dzięki temu w Jastrzębskim Węglu występowały wielkie gwiazdy, żeby wymienić tu Michała Kubiaka, Michała Łasko czy Zbigniewa Bartmana, a wcześniej - Pawła Abramowa i Płamena Konstantinowa. Dziś jest nieco inaczej, ale za to mamy drużynę, która znakomicie się rozumie i dogaduje. Dla zawodników przyjemnością jest przyjście na trening i wspólne spędzenie tych kilku godzin dziennie. Atmosfera jest świetna. Sądzę, że pod tym względem bardzo ważne stało się październikowe spotkanie z MKS-em Będzin. Ten przegrany skądinąd pojedynek "stworzył" tę drużynę. Jakiś kibic napisał jednemu z zawodników na portalu społecznościowym po tym spotkaniu, że jesteśmy sprzedawczyki i odpuściliśmy Będzinowi. Nie wiem, skąd urodziła się mu taka teoria. Ważne jest to, że później takich słów już nie było. Chciałbym teraz spotkać tę osobę i zamienić z nią kilka słów. Byłoby miło, gdyby wycofała się z tych dziwnych oskarżeń.

- Chyba nie warto przejmować się wpisem jednego anonima?
- Z jednej strony tak, natomiast z drugiej - cieszy mnie to, że między innymi na państwa portalu skala negatywnych opinii względem naszego klubu znacznie zmalała. Zdaję sobie sprawę, że komentarz może napisać każdy, nawet ten, kto nie ma pojęcia o siatkówce i w życiu nie był na meczu. Jednak teraz takiego "hejterstwa" jest znacznie mniej. Można powiedzieć, że naszą dobrą postawą zamknęliśmy usta malkontentom, a pozostałych zachęciliśmy do przyjścia na mecz. To samo zresztą widać "na mieście". Kiedy w poprzednich sezonach przegraliśmy kilka spotkań, to facet na środku ulicy zatrzymał auto i zza otwartej szyby puścił mi dobrą wiązankę (śmiech). Teraz nie było takich sytuacji. Jest za to znacznie więcej przyjaznych gestów.

- Nawet w pana urodziny Salvador Oliva skradł show.
- Moje urodziny były tylko skromnym dodatkiem do najważniejszego elementu dnia, czyli meczu z Łuczniczką Bydgoszcz. Na pewno jednak uhonorowanie mnie przez Klub Kibica było bardzo miłe. Nieczęsto też zdarza się, aby "Sto lat" śpiewało kilka tysięcy ludzi. Natomiast Salvador rozegrał w sobotę świetne zawody. W pierwszym secie skończył chyba wszystkie piłki! Oliva lubi grać przy pełnych trybunach. Napędza go obecność kamer telewizyjnych.

- Rzeczywiście był tak przejęty obecnością taty na meczu?
- Tak. Bardzo to przeżywał. Mówił o tym już kilka tygodni wcześniej. Cieszył się, że ojciec będzie mógł go zobaczyć na żywo. Zapewne wsparcie taty dało mu tego dodatkowego przysłowiowego "kopa". To rodzinny, przesympatyczny chłopak. On lubi takie zewnętrzne bodźce. Gra wtedy jeszcze lepiej. Będziemy musieli mu takie bodźce organizować częściej!

- Ale za akcję, po której o mało nie roztrzaskał się o bandy reklamowe, należała mu się chyba bura od trenerów.
- To było trochę niepotrzebne, ale Salvador lubi pokazać kibicom, że jest prawdziwym walczakiem i nigdy nie odpuszcza. Z jednej strony to dobrze, bo fani nabierają przekonania, że rzeczywiście zależy nam na każdej piłce. Z drugiej jednak - gdyby coś mu się stało, to jego strata byłaby dużym problemem dla zespołu.

- Na przestrzeni tych trzech dekad, czy pamięta pan człowieka, który by tak "odpalił"? Nie mówię jedynie o Jastrzębiu, ale o całej lidze. Z anonima do gwiazdy w kilka tygodni.
- Chyba nie. Na szybko przychodzi mi do głowy jedynie Igor Yudin, który trafił do Jastrzębskiego Węgla jako bardzo młody zawodnik, ale dobrze się rozwijał i gdy dostał szansę od trenera Roberto Santilli'ego, to ją wykorzystał. Miał bardzo dobry okres gry w lidze, jednak wciąż był to tylko pewien odcinek czasu. Natomiast Oliva już w przedsezonowych grach prezentował niezwykłe umiejętności. Salvador niejeden mecz załatwił nam swoją potężną zagrywką. Jest showmanem i gwiazdą, ale nie zapominajmy, że nie jest sam na parkiecie. Bez świetnie dysponowanych Lukasa Kampy, Macieja Muzaja, Jakuba Popiwczaka czy Grzegorza Kosoka nie byłoby tej drużyny. Kosok przeżywa zresztą w tym sezonie "drugą młodość", choć przecież nie jest jeszcze aż taki stary (śmiech).

- Wspomniał pan o Igorze Yudinie. Miał pan okazję zamienić z nim parę słów? Co u niego?
- Myślę, że Igor wreszcie znalazł swoje miejsce w tej Bydgoszczy i osiądzie tu na dłużej. Po odejściu z Jastrzębskiego Węgla trochę "bujał się" po świecie. Grał w Rosji i Turcji. Teraz jest w Łuczniczce i ma przynajmniej blisko do domu, ponieważ jego żona jest z Torunia.

- Przed sezonem powiedział pan, że jeśli zdrowie pozwoli, to Jastrzębski Węgiel włączy się do walki o "czwórkę". To był urzędowy optymizm, czy też naprawdę pan w to wierzył?
- W siatkówce bardzo często jest tak, że w ostatecznym rozrachunku wygrywa zespół bardziej doświadczony. U nas nie brakuje takich ludzi. Kampa, Oliva, Touzinsky czy Kosok mają za sobą lata gry na najwyższym poziomie...

- Ale kiedy rozmawialiśmy w sierpniu, nie mógł pan wiedzieć, że Salvador "odpali". Nie znał pan również Scotta.
- Istotnie, choć Touzinsky'ego kojarzyliśmy z Igrzysk Olimpijskich w Pekinie, gdzie przecież był członkiem amerykańskiej złotej drużyny. Mark Lebedew śmiał się przed sezonem, że tam gdzie jest Scott, tam zawsze jest złoto. Żartowaliśmy, że wobec tego i my nie mamy wyjścia i musimy zdobyć mistrzostwo. Wracając jednak do pytania - nie będę ukrywał, że my po prostu uwierzyliśmy trenerowi Lebedewowi. Mark przewidział, że Scott będzie dobrym duchem drużyny i scali go szatni. Podkreślał, że Salvador to materiał na gwiazdę ligi, którą będą uwielbiać kibice i dziennikarze. I to się sprawdziło! Potem jednak Touzinsky doznał kontuzji, ale na szczęście na parkiecie potrafiliśmy zastąpić go Jasonem de Rocco, którego dodatkowo mobilizuje teraz obecność Sebastiana Schwarza. Przypadki Scotta oraz Wojciecha Sobali wskazują na wagę tego, co mówiłem w naszej poprzedniej rozmowie - zdrowie jest najważniejsze. Odpukać w niemalowane, że na razie mamy w tej kwestii umiarkowane szczęście.

- De Rocco nie odstaje od tego zespołu? Czasem potrafi zagrać tak, że zęby bolą.
- W połowie sezonu wszyscy rywale próbowali grać na Salvadora i chcieli za wszelką cenę go zatrzymać. Potem sobie odpuścili, bo na Olivie nie robiło to żadnego wrażenia. Siłą rzeczy, "chłopcem do bicia" w tej sytuacji musi być drugi przyjmujący, czyli Jason. Jego błędy wynikają z faktu, że mało grał w pierwszej części sezonu. Podkreślę jednak, że nie ma ludzi nieomylnych. A Jason ma "za plecami" Sebastiana Schwarza i jestem pewien, że obaj zawodnicy będą się uzupełniać w razie potrzeby.

- Czy obecny zespół trenera Lebedewa nie przypomina panu nieco drużyny Igora Prielożnego z 2004 roku? Wtedy też Jastrzębie nie było faworytem do złota, a potem w Kurniku poległ potężny wówczas AZS Częstochowa. W tamtej ekipie brakowało gwiazd światowego formatu. Był to silny, ale wyrównany zespół. Jak ten dzisiejszy.
- Wszyscy pamiętamy tamte horrory z Częstochową. I rzeczywiście, da się zaobserwować pewne punkty wspólne. Zespół Prielożnego grał na luzie. Nic nie musiał. I my teraz również nie czujemy żadnego ciśnienia, bo osiągnęliśmy już półfinał, który jest naszym sukcesem. Gramy bardzo równo, tak jak trzynaście lat temu, choć wtedy po rundzie zasadniczej byliśmy liderem tabeli. Teraz jednak udało nam się nie przegrać żadnego spotkania w stosunku 0:3, a przecież rozegraliśmy trzydzieści meczów. To dowód, że walczymy w każdym secie. Ale przecież na półfinale ta historia nie musi się skończyć. Apetyt zawsze rośnie w miarę jedzenia.

- Jest jeszcze coś. ZAKSA musi...
- A my możemy. Faktem jest, że jeśli Kędzierzyna, Resovii lub Skry zabraknie w finale, a tak musi się stać, to dla każdego z tych klubów będzie to porażka. Natomiast my osiągnęliśmy już tak wiele, że możemy "bawić się" siatkówką. Jesteśmy w stanie pokazać kibicom, że nasza postawa w rundzie zasadniczej nie była przypadkiem. Jestem pełen optymizmu. Nawet mimo tego, że w tym sezonie ZAKSA trzykrotnie była od nas lepsza - zarówno w PlusLidze, jak i w Pucharze Polski. Jednak wszystkie te trzy pojedynki były do wygrania. W meczu u siebie prowadziliśmy po dwóch absolutnie kosmicznych setach. Potem prawdopodobnie zaszkodziła nam dziesięciominutowa przerwa. Nie zmienia to jednak faktu, że mecz siatkarski trwa do trzech wygranych partii i tu tkwił nasz błąd, który kędzierzynianie wykorzystali po mistrzowsku. Również w Pucharze Polski mogliśmy pokusić się o doprowadzenie do tie-breaka, który przecież potrafi być loterią. Dwie akcje mogą zadecydować o wszystkim.

- Pechowa seria musi się kiedyś skończyć.
- Tak, ale niekoniecznie w półfinale PlusLigi. ZAKSA to niezwykle mocny zespół, choć ostatnio rzeczywiście zanotował małą zadyszkę. Porażki w Lidze Mistrzów oraz ostatnia przegrana w Rzeszowie to jednak już przeszłość. Kędzierzyn dysponuje znakomitym rozgrywającym i atakującym, ma świetnych środkowych. I naszą rolą jest wymyślenie sposobu, aby ich pokonać.

- Co będzie kluczem?
- Małym kluczem do sukcesu może okazać się zagrywka. Mamy ludzi, którzy doskonale radzą sobie w tym elemencie. A dużym kluczem jest koncentracja. W pojedynkach z ZAKSĄ musimy być maksymalnie skoncentrowani, na sto procent od pierwszej do ostatniej piłki. Mistrz Polski nie wybaczy błędów i przestojów, jakie ostatnio zdarzyły nam się w Warszawie i w Katowicach. Paradoksalnie, ten przegrany u nas pięciosetowy mecz z Kędzierzynem pokazał nam bardzo wiele. Wyciągnęliśmy z niego wnioski. Pod kątem fizycznym jesteśmy gotowi do walki. Oczywiście, w związku z rozegraniem takiej ilości spotkań pojawia się już pewne zmęczenie materiału, ale w półfinale nikt nie będzie na to narzekał. Adrenalina zrobi swoje.

- Wspomniał pan o meczu w Warszawie. Nie żal tego trzeciego miejsca? Nagrodą byłoby uniknięcie ZAKSY i, być może, szansa na walkę z Resovią, która w tym sezonie Jastrzębskiemu Węglowi "leży".
- Nie. Resovia to bardzo mocny zespół. Świadczy o tym fakt, że nawet mimo stosunkowo nieudanej rundy zasadniczej, rzeszowianie wygrywali tak często, iż ostatecznie zajęli drugie miejsce. Czy to Skra Bełchatów, czy Resovia, czy ZAKSA - w każdym z tych przypadków musielibyśmy się starać tak samo. Natomiast wyeliminować w półfinale mistrza kraju - to byłaby wielka sprawa!

- Na czym polega fenomen tej drużyny? W dwóch słowach...
- W dwóch? Mark Lebedew. To on stworzył ten zespół. Wskazał zawodników, których znał wcześniej i z którymi potrafił się dogadać. Powiedzmy sobie szczerze - ta ekipa jest mieszanką wybuchową. Mamy tu zarówno doświadczonych graczy, jak i młodzież. A mimo to przez cały sezon ani w szatni, ani na boisku nie pojawił się żaden konflikt! Nie zanotowaliśmy choćby pół scysji czy kłótni. A przecież to jest grupa mężczyzn o różnych charakterach. Wspomniał pan o 2004 roku i mistrzostwie Polski. Mieliśmy wtedy w drużynie Piotra Gabrycha.

- Mocna osobowość.
- Powiedziałbym nawet, że samiec alfa! Teraz kimś takim jest Salvador Oliva. Różnica polega jednak na tym, że Gabrych nie miał w zespole kolegów, a Kubańczyka wszyscy lubią. Paradoksalnie - i jedna, i druga sytuacja mobilizowała drużynę do lepszej gry. Zatem jeśli już odnosimy się do mistrzowskiego sezonu 2003/04, to pozycja Olivy w drużynie przypomina mi właśnie rolę, którą spełniał Piotr Gabrych. Może to dobry omen?

- Skoro już o omenach mowa. System kwalifikacji przypomina ten z Ligi Mistrzów 2010/11. Generali Haching i Noliko Maaseik poległy w "złotym secie". Kilka lat później Resovia musiała pożegnać się z awansem do Final Four Ligi Mistrzów praktycznie w połowie meczu. Te zasady to nasz handicap?
- System kwalifikacji to szersza kwestia. Ustaliły go władze PlusLigi w porozumieniu z prezesami klubów. Niemniej, wydaje mi się, że do pierwszej rundy play-off powinno kwalifikować się osiem zespołów. W obecnym systemie kilka drużyn w ostatnich kolejkach nie grało już o nic. Ofiarą padł tu przede wszystkim AZS Olsztyn, który mocno deptał nam po piętach w rundzie zasadniczej. Uważam, że ta ekipa również w pełni zasłużyła na to, aby wziąć udział w walce o medale. Mamy wielki szacunek do tego rywala. Olsztynowi zabrakło zwycięstw z trzema najmocniejszymi drużynami, ale za to lepiej radził sobie z niżej notowanymi przeciwnikami. Wygrał też z nami u siebie, w efekcie czego do końca był w grze o czwórkę. Obecny system wyeliminował z gry również Trefl Gdańsk, który miał słabszy początek. I choć potem "zaskoczył", to o walce o medale nie mogło być już mowy. Natomiast co do samej ilości spotkań w fazie play-off, to mogę chyba pokusić się o stwierdzenie, że działa to na naszą korzyść. Wygrać trzy mecze z ZAKSĄ byłoby szalenie ciężko. Tymczasem teraz tak naprawdę wystarczy zwyciężyć raz, a w drugim spotkaniu można przegrać 2:3. Albo awansować za sprawą "złotego seta".

- 3:2 to ulubiony wynik Jastrzębskiego Węgla w tym sezonie.
- Rzeczywiście, rozegraliśmy aż dwanaście tie-breaków. Relacja zwycięstw do porażek rozkłada się mniej więcej pół na pół. Sporo tego było.

- Jest jeden kłopot z walką Jastrzębskiego Węgla o medale. Bank Spółdzielczy z Leszkiem Dejewskim, Bogdanem Szczebakiem i Luke'm Reynoldsem będzie miał problem w Miejskiej Lidze Siatkówki Amatorów.
- Z tym mistrzostwem Banku Spółdzielczego jest od kilku lat problem (śmiech). To jednak oczywiście tylko amatorskie granie. Sympatyczny, niedzielny przerywnik od codziennej pracy. Natomiast Luke'a skaptowaliśmy do zespołu, bo nudził się w te kolejne niedziele, a my mieliśmy vacat w ekipie. Stwierdziliśmy, że skoro w Jastrzębiu od kilkunastu lat grają obcokrajowcy, to i w Miejskiej Lidze Siatkówki Amatorów mogą się pojawić. Luke jest impulsywny i wniósł do tych rozgrywek wiele ożywienia.

- Załóżmy, że Jastrzębski Węgiel pójdzie śladem zespołu sprzed trzynastu lat i zdobędzie mistrzostwo Polski. Takie małe zobowiązanie - co zrobi wówczas Leszek Dejewski? Może jednak da się pan namówić na jakiś dłuższy bieg w towarzystwie syna i synowej, którzy w ostatni weekend pobiegli w Goleszowskiej 160 na Raty na dystansie 50 km?
- Nie ma takiej możliwości. Przez te wszystkie lata uprawiania sportu mam tak "zjechane" stawy, że o bieganiu mogę zapomnieć. Podziwiam syna, że przy takiej budowie ciała i wzroście jest on w stanie biegać na takim poziomie. Arleta i Jakub regularnie trenują i, choć to tylko amatorski sport, naprawdę poważnie przygotowują się do zawodów. Podziwiam ich. Wielki szacunek. Ale mnie do tego nikt nie namówi. Mogę jednak zapewnić, że jeśli Jastrzębski Węgiel zdobędzie złoto, to zrobię wszystko, abyśmy z Bankiem Spółdzielczym wygrali Miejską Ligę Siatkówki Amatorów!

 

rozm. mg

KOMENTARZE

  • zuza | 06/04 godz. 17:47

    Panie Leszku tak trzymac ,,, i dalej bede kibicowac druzynie na zywo ,,,, kibicka wierna

  • maeleen35 | 06/04 godz. 14:59

    Kocham naszych chłopaków. Byłam na każdym meczu w tym sezonie. Wierzę, że nawet ZAKS-ę można pokonać i Jastrzębski jest w stanie tego dokonać. Zdobędziemy medal!

  • jasnet.pl | 05/04 godz. 10:36

    Komentarze do tego tekstu zostały wyłączone!
    Minął okres dodawania komentarzy.

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X