Dzisiaj jest: sobota, 21 października 2017   Imieniny: Hilary, Jakub, Urszula

więcej ›

SPORT

Alpinizm

Baseball

Biegi

Boks

Futsal

Hokej

Judo

Karate

Kolarstwo

Kolarstwo górskie

Koszykówka

Morsowanie

Narciarstwo

Olimpiady specjalne

Piłka nożna

Pływanie

Pływanie w płetwach

Rajdy samochodowe

Rekreacja

Siatkówka

Siatkówka plażowa

Sporty walki

Szachy

Taekwondo

Tenis

Tenis stołowy

Żeglarstwo

Inne

ZAPOWIEDZI

2017-10-21

GKS 1962 Jastrzębie - Rozwój Katowice

14. kolejka piłkarskiej II ligi

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-10-21

Jastrzębski Węgiel - Resovia Rzeszów

6. kolejka siatkarskiej PlusLigi

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-10-22

JKH GKS Jastrzębie - KH GKS Katowice

13. kolejka Ekstraligi hokeja na lodzie

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-10-25

Jastrzębski Węgiel - BBTS Bielsko-Biała

1. kolejka siatkarskiej PlusLigi

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

więcej zapowiedzi

PUBLICYSTYKA

Czterdzieści lat minęło...

 

Zaczynali w 1977 roku. Polską rządził Gierek, światem - Breżniew z Carterem, a piłkarskim mistrzem Europy była Czechosłowacja. Prehistoria. Właśnie wtedy powstał Nautilus, który w 2017 roku obchodzi swój piękny jubileusz jako rówieśnik inżyniera Karwowskiego, wówczas zresztą podbijającego serca polskich telewidzów. I pomyśleć, że te wszystkie lata spina swoją osobą jeden człowiek - Krzysztof Radomski. Wtedy nastolatek, a dziś człowiek-instytucja z fryzurą i brodą przyprószoną nobliwą siwizną.

Niewielu jest w naszym mieście ludzi równie zasłużonych dla rozwoju sportu i tej swoistej sportowej pracy u podstaw. Spod jego... płetw wyszły tysiące ludzi. Być może również Ty, który czytasz te słowa, a pana Krzysztofa pamiętasz z dawnych (lub bardzo dawnych) czasów. Czuj się zaproszony na jubileuszową imprezę, która będzie miała miejsce w przedostatni weekend maja. Zapraszamy do wywiadu z "Panem Płetwą", w którym wspominamy te czterdzieści lat i uchylamy rąbka tajemnicy, co też będzie działo się "na mieście" w dniach 19 i 20 maja.

- Czterdzieści lat minęło…
Krzysztof Radomski - Jak jeden dzień. Tak się złożyło, że w 2017 roku środowisko Nautilusa obchodzi taki piękny jubileusz. To już cztery dekady działalności podwodnej i sportowej, którą na własne życzenie ściągnęliśmy sobie na karki. W związku z tą rocznicą w dniach 19 i 20 maja zapraszamy wszystkich byłych i obecnych zawodników, działaczy, sponsorów i przyjaciół klubu na imprezę galowo-sportowo-rekreacyjną.

- O tej imprezie jeszcze porozmawiamy. Najpierw jednak chciałbym zadać panu inne pytanie. Czy jeśli nazwę pana "sportowym wariatem", to obrazi się pan?
- Wręcz przeciwnie! Żeby przez tyle lat działać trzeba być wariatem i mieć fioła na punkcie określonej dyscypliny. Jak Władysław Kwiecień w tenisie stołowym. Dlatego z niepokojem patrzę na deficyt ewentualnych następców. Początkowo liczyłem na córkę lub syna, ale uczciwie mówiąc - odradzałbym im to. Taką pasję trzeba bowiem mieć w sobie od początku. Nie da się tego nauczyć, bo prędzej czy później przyjdzie zniechęcenie. Działacz sportowy w niszowej dyscyplinie nie tylko nie ma szans się dorobić, ale często musi klepać biedę. Co więcej, czas poświęcony klubowi musi kraść rodzinie. Ale taka jest rzeczywistość i nie ma co się na nią obrażać.

- Nigdy nie miał pan dość?
- Oczywiście, że miałem. Kilka lat temu naprawdę byłem o krok od decyzji o rezygnacji, ale wtedy przyszła do mnie malutka wówczas Amelia Pisarczyk z bombonierką, kwiatkiem i łzami w oczach, błagając, abym został. I co by pan zrobił w takiej sytuacji? Zostałem. Wiedziałem, że Amelia może jeszcze wiele osiągnąć i że jeśli w tym momencie odejdę, to ona nie wykorzysta całego swojego potencjału. W efekcie za jej sprawą doczekaliśmy się medali mistrzostw świata juniorów. Zawsze jest przynajmniej to jedno dziecko, dla którego warto pracować.

- Pamiętam, że nie miał pan wtedy takiego wsparcia ze strony rodziców zawodników, jak obecnie. Dobitnym tego przykładem była frekwencja na marcowej gali w Domu Zdrojowym, kiedy podsumowywaliście sezon.
- Bez pomocy rodziców taki klub jak Nautilus nie miałby prawa przetrwać. Nie mamy stałych, etatowych pracowników. Każdy daje coś od siebie, ale dopiero wówczas, kiedy sam zarobi na chleb. Obecna grupa aktywnych rodziców zawiązała się w 2009 roku, kiedy powstał Klub Sportowy Nautilus, bezpośredni spadkobierca tradycji Klubu Działalności Podwodnej Nautilus, założonego w 1977 roku. Jestem naprawdę wdzięczny rodzicom, że tak bardzo zależy im na przyszłości klubu. Niemniej trzeba pamiętać, że działalność stowarzyszenia nie może być oparta jedynie na nich. Bezspornym faktem jest, że kiedy odchodzi od nas dany zawodnik, bo dorósł, znalazł pracę albo dostał się na studia, to wówczas klub opuszcza również jego rodzic. W takiej sytuacji trudno o ciągłość funkcjonowania. Przykładów klubów, które do niedawna działały, a dziś z powodu braku kadr nie ma ich na mapie Polski, nie trzeba długo szukać: Białystok, Poznań, Koszalin, Kołobrzeg, Warszawa… Kiedyś istniała potężna i bezkonkurencyjna Flota Gdynia. Obecnie nie ma po niej śladu.

- Ile dzieci przewinęło się przez Nautilus w ciągu tych czterdziestu lat?
- Nie prowadzę takiej statystyki, ale można bez większego ryzyka przyjąć, że około kilku tysięcy. Rok w rok mamy grupę sportową liczącą pół setki osób, przy czym co dwanaście miesięcy następuje dwudziestoprocentowa wymiana kadry.

- To nie tylko dzieci, które zdobywały medale na niwie krajowej czy międzynarodowej, ale też, o czym często się zapomina, co najmniej kilkadziesiąt uratowanych żywotów ludzkich. Na szczęście nigdy nie dowiemy się, ilu z nich nie sięgnęło po narkotyki czy nie zeszło na złą drogę, bo treningi nie pozwalały im na marnowanie życia na głupoty. Krzysztof Radomski - ratownik życiorysów?
- Nie mnie to oceniać, choć miałem okazję kilka ludzkich żyć uratować jako ratownik nad wodą. Natomiast pewne osoby rzeczywiście "wyszły na ludzi" i podczas spotkań po latach często przyznają, że ich życie potoczyło się tak, a nie inaczej właśnie dzięki Nautilusowi. To cieszy.

- Kiedy startowaliście w 1977 roku, to chyba nie miał pan prawa przypuszczać, że wypuści w świat tylu wychowanków?
- Gdzieżby tam. Byłem wtedy młodym człowiekiem. Do klubu wstąpiłem, gdy przy KWK Moszczenica został wybudowany basen, którego niestety już nie ma. Pamiętam, że początkowo obiekt ten miał służyć jako zbiornik przeciwpożarowy na potrzeby zakładu, żeby dodatkowo nie komplikować sprawy koniecznością uzyskiwania pozwoleń i innych papierkowych utrudniaczy życia. Jednak władze kopalni były przychylne dla sportu i przymknęły oko, kiedy zamiast planowanego zbiornika ostatecznie powstał nowoczesny basen. Do tego w moim przypadku doszły jeszcze dwa elementy. Kilka lat wcześniej przy Moszczenicy działał Górniczy Yacht Klub Delfin, który miał sekcję płetwonurków. Ponadto do działalności wodnej wciągał mnie również wuj, czyli Jerzy Radomski, który potem przez ponad trzydzieści lat żeglował po świecie. W efekcie przy tym basenie skupiła się grupa młodych ludzi, którą korciła rywalizacja czysto sportowa, a nie tylko nurkowanie. Inna sprawa, że w drugiej połowie lat 70. na nadmiar rozrywek nie można było narzekać, stąd do sportu garnęły się rzesze młodzieży. Do dziś pamiętam nasze pielgrzymki na basen z dopiero co zbudowanych osiedli "Trójki" czy "Czwórki". Szliśmy z tymi naszymi płetwami przez miasto, a ludzie patrzyli jak na nienormalnych, bo myśleli, że targamy jakieś szybowce.

- Zwoływaliście się przez Facebooka czy SMS-ami?
- Ha! Jakimś cudem dawaliśmy sobie radę bez tych wszystkich dzisiejszych nowinek technicznych. Przecież wówczas było ciężko nawet o zwykły telefon. A jednak każdy wiedział, gdzie i o której ma się zameldować. W 1980 roku w klubie tlił się jakiś konflikt, o którego powodach nie miałem wówczas zielonego pojęcia. Faktem jest jednak, że w jego efekcie pojawiły się nowe władze klubu, a prezesem wybrano mnie, choć miałem zaledwie… 18 lat i byłem uczniem szkoły średniej. Zastąpiłem Janusza Adamskiego. Wszystko byłoby dobrze, gdyby "na zewnątrz" traktowano mnie poważnie. Tymczasem kiedy przychodziłem do Urzędu Miasta, to słyszałem, że mam się nie wygłupiać i żeby przyszedł prawdziwy prezes (śmiech). Doszliśmy do wniosku, że tę funkcję powinien jednak sprawować ktoś bardziej doświadczony życiowo. W rezultacie szybko zastąpił mnie Jerzy Śliwiński, a potem wymienialiśmy się co parę lat, z krótką przerwą na kadencję Leszka Kosińskiego. Trzeba jednak wiedzieć, iż nigdy nie było tak, że ktoś "pchał się" na to stanowisko. Wręcz przeciwnie - zawsze szukaliśmy wariata, który miał na tyle nie po kolei w głowie, żeby się zgodzić. No i kilka razy padło na mnie.

- Dla naszych czytelników będzie małym szokiem, jeśli dowiedzą się, że od kilku lat nie jest pan już szefem Nautilusa.
- Nie. Prezesem jest Joanna Rzepka, której z całego serca dziękuję za to, że się zgodziła. To przecież sporo obowiązków i jeszcze większa odpowiedzialność. Nie ukrywam, że w poprzedniej kadencji wolałem skupić się jedynie na pracy trenerskiej i w ogóle nie wszedłem do władz klubu. Ale rzeczywistość zweryfikowała moje plany - obecnie znów jestem członkiem zarządu.

- Pan wie, że Nautilus bez Krzysztofa Radomskiego to jak Prawo i Sprawiedliwość bez Jarosława Kaczyńskiego.
- Ale przecież Kaczyński nie jest premierem (śmiech).

- Co prawda, to prawda. Wróćmy do sedna wywiadu. Przez te wszystkie lata zawodnicy Nautilusa zwiedzili zapewne pół świata.
- Żeby tylko pół… Z reprezentacją Polski do Meksyku pojechali Sylwia Madej, Michał Bińczyk, Adam Płatek i nieżyjący już niestety Maciej Kijora. W Chinach byli Paweł Szkudlarek, który zdobył tam mistrzostwo świata juniorów, a potem również Adrian Winiarski. Natomiast jako klub zjeździliśmy naszymi autobusami Włochy, Bułgarię, Grecję, Tunezję, Maroko, Turcję… Te wszystkie mistrzostwa i puchary świata czy Europy… Moglibyśmy tu siedzieć do wieczora i nie skończylibyśmy wymieniać. Tak jak musielibyśmy osobną rozmowę poświęcić na tych zawodników, których mam nadzieję powitać na naszym majowym benefisie.

- Gwiazdami sportowej części imprezy będą zapewne Zuzanna Rzepka i Amelia Pisarczyk, które obecnie odnoszą sukcesy na skalę międzynarodową. Grono ich poprzedników jest pokaźne.
- Liczymy, że uda się ich wszystkich poinformować o jubileuszu klubu. Krzysztof Lukowski, Marcin Pawelski i Sebastian Borek z Nautilusa trafili do potężnej wówczas Floty Gdynia. A poza zawodnikami, którzy jeździli z kadrą Polski po świecie, byli też chociażby: Marzena Mazur, Jolanta Sputo, Agnieszka Słowińska, Monika Górska, Olga Niedzielska, Paulina Salachna, Adam Płatek, Adrian Michalak. Swego czasu nasze dziewczyny były nie do pokonania na niwie krajowej, a wspomniana wcześniej Sylwia Madej była tą zawodniczką, która zdobywała dla nas pierwsze medale mistrzostw świata i Europy. Mnóstwo było tych osób. Nie sposób kogoś nie pominąć.

- Mówimy o sukcesach w rywalizacji na zawodach, ale przecież nie tylko tacy ludzie przewinęli się przez klub. Na pewno ktoś zrobił karierę pozasportową, którą warto odnotować.
- Rzeczywiście, choć przyznam szczerze, że nie śledzę w jakiś szczególny sposób dróg życiowych naszych wychowanków. Wiem, że Sławomir Dymek ma kancelarię prawniczą w Katowicach, Marcin Pawelski jest właścicielem dobrze prosperującej firmy, a jego syn wygrał jakiś poważny turniej tenisowy. Małgorzata Cichocka została nawigatorem lotniczym, Marcin Wiśniewski trafił do "kabaretowego zagłębia" w Zielonej Górze, a Weronika Śmigielska rządziła swego czasu Ruchem Chorzów. Ale jakoś nikt nie podążył do polityki…

- Może to i dobrze. W końcu Nautilus pływa w czystej wodzie, a polityka to często woda mętna.
- Nie do końca (śmiech). Przecież Nautilus to nie tylko pływanie w płetwach, ale również działalność podwodna. Sam miałem okazję nurkować na kopalni, gdy na Szybach Zachodnich KWK Moszczenica ratowaliśmy chodnik przed zalaniem, bo rury odbierające wodę zapchał jakiś brud. O tej wodzie można było powiedzieć wszystko, tylko nie to, że była czysta. Wzięliśmy sprzęt do plecaków i po cichu zjechaliśmy na dół, a tam górnicy patrzyli na nas jak na wycieczkę krajoznawczą. Gdyby podniósł się alarm, to trzeba byłoby ściągać jednostkę ratowniczą i zatrzymać wydobycie. A my zrobiliśmy swoje i po kłopocie. Mieliśmy też okazję nurkować w osadnikach przy KWK Jankowice, gdzie widoczność była równa zeru. Pracowaliśmy także w Zatoce Gdańskiej, czyszcząc dla Urzędu Morskiego w Gdyni tor wodny na głębokość 20 metrów. Czego myśmy tam nie znaleźli! Samoloty, niewybuchy z II wojny światowej, jakieś graty. Siedzieliśmy potem razem z Jurkiem Śliwińskim na pokładzie kutra Marynarki Wojennej i kapitan pyta nas, czy smakuje nam kawa. Jurek, stary zgrywus, odparł, że jest niedobra i gorzka. A kapitan nie złapał żartu i kazał wyrzucić kucharza za burtę!

- Podejrzewam, że takich historii nagromadziło się tyle, że dałoby się napisać dobrą książkę.
- Bez wątpienia. Jestem przekonany, że 19 i 20 maja będziemy mieli co wspominać. W 1985 roku podczas naszego pierwszego pobytu w Bułgarii zaaresztowano nam sprzęt, bo nurkowaliśmy niedaleko bazy, w której stacjonowała radziecka flota. W Turcji nasz lekarz Tomasz Juda jakimś sposobem zoperował miejscowemu rolnikowi stopę. Facetowi ropiała pięta, a Tomek za pomocą alkoholu, niczym Jerzy Bińczycki w "Znachorze", wyleczył mu nogę. W podzięce miejscowi przynosili nam potem posiłki i co rusz wpraszali się z napojami chłodzącymi (śmiech).

- Słyszałem, że Turcy potrafią być gościnni.
- Ba, cała wioska imprezowała! Pamiętam też nasze przygody z transportem, kiedy dosłownie "zajechaliśmy" Stara wypożyczonego z Ligi Obrony Kraju. Remontowaliśmy go po drodze, ale był tak zdewastowany, że w trakcie jazdy przewrócił się na bok! Innym razem, gdy mieliśmy zaplanowany obóz nad jeziorem Szelment Wielki koło Suwałk, jechaliśmy na pace innego Stara, co dziś byłoby nie do pomyślenia. Wtedy jednak nikt się tym nie przejmował. Sęk w tym, że nagle złapała nas ulewa i w związku z tym na tejże pace postawiliśmy namiot. Jeździliśmy też przepełnionymi pociągami, do których wsiadaliśmy przez okna. No i załatwiliśmy sobie od milicji starą Nysę, którą przez pierwszy tydzień jeździliśmy… bez przemalowania (śmiech). Oczywiście wzbudzaliśmy tym na mieście małą sensację. Potem pojechaliśmy nią na zawody do Tarnopola za wschodnią granicę. Po drodze spaliła się nam elektryka, którą musieliśmy wymienić. A na miejscu od razu nas okradziono. Przygód było co niemiara. Gościliśmy nawet w klubie pierwszego kubańskiego kosmonautę, który akurat zawitał do Katowic! Gospodarze spotkania szukali atrakcji dla niego i ktoś wpadł na pomysł, żeby zaprezentować mu nasze osiągnięcia.

- Na koniec wróćmy do kwestii imprezy, o której rozmawialiśmy na początku. Teraz, kiedy większość pana dawnych znajomych przypomniała sobie stare, dobre czasy, na pewno będzie bardziej skłonna do poświęcenia tych kilku godzin w przedostatni weekend maja.
- Mam nadzieję. Zatem po kolei. W piątek (19 maja) w Domu Zdrojowym odbędzie się uroczysta akademia, natomiast w sobotę (20 maja) przewidujemy część sportową na Lagunie, gdzie w godzinach od 9 do 14 rozgrywane będą okolicznościowe zawody. Natomiast o 15 zapraszamy na Kąpielisko Zdrój. Tu będzie miała miejsce mała gala z wręczeniem nagród dla zwycięzców z Laguny, turniej siatkówki plażowej, pokazy nurkowania i ratownictwa czy konkurs plastyczny. Nie zabraknie też grilla. I oby tylko dopisała nam pogoda.

- Załóżmy, że nie byłem zbyt utalentowanym zawodnikiem i moja przygoda z Krzysztofem Radomskim skończyła się na roku treningów. Wspominam jednak ten czas bardzo dobrze, bo w Nautilusie poznałem świetnych ludzi. Czy również mogę czuć się zaproszony?
- Jak najbardziej. Liczymy na obecność każdej osoby, która przez te czterdzieści lat w jakikolwiek sposób była związana z naszym klubem. Chcemy, aby byli z nami również nasi przyjaciele i dobroczyńcy, za sprawą których na przełomie lat 70. i 80. w ogóle ruszyliśmy z miejsca. Jak choćby prezydenta Bolesława Knapika, który swego czasu uwierzył w nasz projekt, gdy jako wspomniany młodociany prezes pukałem do bram Urzędu Miasta. Mamy nadzieję, że za waszym pośrednictwem dotrzemy do wszystkich. Jeśli ktokolwiek jest zainteresowany udziałem w jubileuszu, a ma dodatkowe pytania, to zapraszam do kontaktu ze mną pod numerem telefonu 501 210 370.

- Na jakim etapie znajdują się przygotowania do tej imprezy?
- Sądzę, że na miesiąc przed galą i zawodami jesteśmy gotowi na 50-60%. Przed nami jednak najtrudniejsze zadania. Musimy spiąć i zrealizować wszystkie projekty i plany. Nie jest to proste, bo każdy z nas może zaangażować się w organizację imprezy dopiero po zakończeniu dnia pracy. Nautilus nie ma przecież żadnego etatowego pracownika. W moim przypadku do godziny 15 jestem na szychcie w Jastrzębskich Zakładach Remontowych, a potem idę na trening do klubu. De facto dopiero wczesnym wieczorem jestem w stanie zająć się czymkolwiek, ale wszystko to kosztem czasu wolnego i rodziny. Mam jednak nadzieję, że zrealizujemy to, co sobie założyliśmy. Przecież ten jubileusz będzie być może moją ostatnią okrągłą rocznicą w klubie…

- W życiu w to nie uwierzę.
- Po tych czterdziestu latach… ja również nie (śmiech).

- Gdyby Krzysztof Radomski złowił na ten jubileusz złotą rybkę, która mogłaby zrealizować jedno życzenie dotyczące klubu, to byłoby to…?
- Czemu tylko jedno? Miałbym dwa. Pierwsze - to medal mistrzostw świata w seniorach. Może też być rekord świata lub Europy. Wspaniałe marzenie, ale bardzo trudne do zrealizowania. Natomiast drugie życzenie - to basen z prawdziwego zdarzenia w naszym mieście. Z sentymentem wspominamy obiekt przy KWK Moszczenica i ten niewielki basenik w dawnym "Diamencie", który miał obłożenie od godziny 6 do 23. Ile tam dzieciaków nauczyło się pływać! Tymczasem dziś zostały tylko dwa obiekty: Laguna oraz basen w Zespole Szkół nr 6, oblegane zresztą do oporu. Dobrze, że choć one działają, ale to zdecydowanie za mało. Jeździmy po Polsce i zdajemy sobie sprawę, jak pod tym względem ucieka nam nie tylko cały kraj, ale nawet nasz region. Niedawno byliśmy w Olecku na Klubowym Pucharze Polski. Olecko to mazurska mieścinka, a ma obiekt-cacuszko z pięknym zapleczem dla całej rodziny. Marzyłby mi się podobny basen w Jastrzębiu-Zdroju, dodatkowo z jedną głęboką niecką dla nurków, na przykład połączoną z zalaną sztolnią, co byłoby dodatkową atrakcją związaną z górniczą tradycją naszego miasta.

- Mam nadzieję, że złota rybka spełni jeszcze jedno życzenie. Mianowicie załatwi Krzysztofowi Radomskiemu tytuł "Zasłużonego dla Miasta Jastrzębie-Zdrój". Za te tysiące wychowanych dzieciaków.
- (chwila ciszy) Myślę, że w naszym mieście są ludzie bardziej zasłużeni ode mnie.

 

rozm. mg

KOMENTARZE

  • fasa | 27/04 godz. 18:50

    Prawdziwy Krzysiu to na Olzie warto zobaczyć !!!

  • irena | 22/04 godz. 12:41

    Gratulacje

  • Przemko | 21/04 godz. 21:43

    Film promocyjny z tej okazji :)
    youtube.com/watch?v=s51gpyTVbJo

  • Józef Kubera | 21/04 godz. 08:27

    Krzysiu też mogę powiedzieć że Jesteś WIELKI
    i prawda jest taka że Dałeś młodzieży z Jastrzębia dużą szansę.

  • | 21/04 godz. 06:27

    Krzysiu to taki "Leon Zawodowiec" pływalni ;)

  • julka | 20/04 godz. 20:55

    To niesamowity człowiek. Wielki szacun. Takich ludzi w mieściena potrzeba.

  • lesmad | 20/04 godz. 19:35

    Krzysiu jesteś WIELKI !!!!

  • jasnet.pl | 20/04 godz. 15:08

    Komentarze do tego tekstu zostały wyłączone!
    Minął okres dodawania komentarzy.

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X