Dzisiaj jest: środa, 26 lipiec 2017   Imieniny: Hanna, Grażyna, Mirosława

więcej ›

SPORT

Alpinizm

Baseball

Biegi

Boks

Futsal

Hokej

Judo

Karate

Kolarstwo

Kolarstwo górskie

Koszykówka

Morsowanie

Narciarstwo

Olimpiady specjalne

Piłka nożna

Pływanie

Pływanie w płetwach

Rajdy samochodowe

Rekreacja

Siatkówka

Siatkówka plażowa

Sporty walki

Szachy

Taekwondo

Tenis

Tenis stołowy

Żeglarstwo

Inne

ZAPOWIEDZI

2017-07-29

GKS 1962 Jastrzębie - MKS Kluczbork

1. kolejka piłkarskiej II ligi

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-07-30

Bike Atelier MTB Maraton

Zawody kolarstwa górskiego

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-08-01

JKH GKS Jastrzębie - Orlik Opole

Sparingowy mecz hokeja na lodzie

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-08-04

JKH GKS Jastrzębie - HC AZ Hawierzów

Sparingowy mecz hokeja na lodzie

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

więcej zapowiedzi

PUBLICYSTYKA

"Przebiegłem 80 tysięcy kilometrów"

 

Człowiek, którego widzicie na powyższym zdjęciu, należy do tego elitarnego grona mieszkańców naszego miasta, którego każdy szanujący się pasjonat historii jastrzębskiego sportu powinien znać. Niestety, sporo wskazuje na to, że jest inaczej. Wprawdzie wielu z nas kojarzy tego zawodnika z kolejnych edycji Jastrzębskiej Dziesiątki, ale jedynie nieliczni zdają sobie sprawę, z jakiego kalibru sportowcem mają do czynienia. Jeśli trenujecie "na mieście", to nie ma możliwości, abyście nie mieli okazji go spotkać na trasie.

Tadeusz Siegmund. Lat 47. Tytułowe (co najmniej) osiemdziesiąt tysięcy kilometrów w biegu. Dwadzieścia cztery ukończone maratony, w tym jedenaście w czasie poniżej dwóch i pół godziny (tak, dwóch i pół godziny!). Trzydzieści lat temu był w polskiej czołówce juniorów młodszych i jeździł na zgrupowania kadry narodowej. Wielki talent, który uwielbiał ciężką pracę na treningach, a któremu na drodze do prawdziwej kariery (jak wielu jego kolegom) stanęły zmiany po 1989 roku, gdy część klubów sportowych po prostu rozsypała się z dnia na dzień.

Dwadzieścia lat temu, ostatniego dnia maja 1997 roku w Toruniu, Tadeusz Siegmund zanotował swój rekordowy czas na dystansie 42 km i 195 m - dwie godziny, 21 minut i 53 sekundy. - Wiesz, że nawet nie pamiętałem o tej rocznicy? Dzięki za przypomnienie, oczywiście chętnie powspominam dawne dzieje - powiedział Siegmund, gdy zatelefonowaliśmy z propozycją rozmowy-rzeki.

Zapraszamy do wywiadu z jedną z największych (a jednocześnie nieco zapomnianych) legend jastrzębskiej lekkoatletyki. Kawał historii naszego sportu i garść pięknych wspomnień z czasów, gdy bieganie nie było tak modne, jak dziś. To także lektura obowiązkowa dla każdego biegacza, niezależnie od tego, z jakim rezultatem pojawi się we wrześniu na mecie Jastrzębskiej Dziesiątki.


- 31 maja 1997 roku. Toruń. Dwie godziny, 21 minut i 53 sekundy w maratonie. Żaden z aktualnie biegających jastrzębian nie ma prawa nawet marzyć o zbliżeniu się do tego wyniku. Pamiętasz ten dzień?
Tadeusz Siegmund - Takich rzeczy się nie zapomina.

- Tym bardziej biorąc pod uwagę niecodzienne okoliczności.
- Zapewne masz na myśli moją dłuższą wizytę w ubikacji na piętnastym kilometrze (śmiech). Istotnie, straciłem tam nieco czasu i... wagi. Nawet trener Janusza Wójcika, który w tym maratonie zajął trzecie miejsce, śmiał się, czy ma mi podać papier. Mimo to zdołałem wrócić na trasę, wykręcić dobry wynik i wywalczyć srebro. Do zwycięzcy, Piotra Śliwiaka, straciłem 18 sekund. Przy czym nie mam do siebie pretensji o tamtą sytuację. Mogła mi ona zarówno zaszkodzić, jak i pomóc. To jest maraton, gdzie współgra ze sobą szereg elementów.

- Przeglądałem twoje wyniki z 1997 roku. Między innymi trzy miesiące wcześniej zaliczyłeś 1:08:02 w półmaratonie w Wiązownej. Byłeś w niesamowitym gazie. Szykowałeś formę pod ten Toruń?
- Nie. Tak naprawdę o imprezie w Toruniu dowiedziałem się w połowie maja. To najstarszy polski maraton. Pamiętałem, że w "Lekkiej Atletyce", czasopiśmie dla biegaczy, było zdjęcie triumfatora tych zawodów, który wbiegał na metę po czerwonym dywanie. Pomyślałem, że fajnie byłoby tak finiszować.

- Bywa tak, że zawodnik już przed biegiem czuje, że to może być jego dzień.
- U mnie było odwrotnie. Prześladowało nas fatum. 31 maja to była sobota, więc do Torunia pojechaliśmy w piątek. Po drodze trzy razy zepsuło nam się auto. Dziś maratony rozgrywane są wcześniej, a wtedy start zaplanowany był na godzinę 15. Dlatego też trzeba było przygotować jakiś sensowny posiłek, żeby nie paść na trasie. Piło się wodę z miodem, do tego banan i jogurt. A że akurat mnie przed biegiem zawsze zjadają nerwy, to nie mogło to pozostać bez wpływu na organizm. Od początku byłem wśród prowadzących, potem odwiedziłem ubikację, a następnie dałem sobie 10-15 km na powrót do czołówki. W niej biegło kilku Polaków, ale też świetni Białorusini czy Ukraińcy, którzy wtedy notowali wyniki na poziomie Kenijczyków. Po akcji na 15 kilometrze biegło mi się znakomicie, bardzo lekko. Zrealizowałem założenie i dopadłem rywali jakoś po 25 kilometrze. Tymczasem niosło mnie do przodu. Miałem dylemat, czy mijać konkurentów, czy zostać i kontrolować tempo. Na szczęście wybrałem tę drugą opcję, bo na jakieś osiem kilometrów przed metą zemdliło mnie po podawanych na trasie izotonikach. Miałem jednak świadomość, że idę na rekord, więc starałem się tym nie przejmować i, jakby to powiedzieć...

- Mówiąc wprost - paw?
- Tak, nawet kilka razy. Ale nie musiałem przez to zwalniać (śmiech). Na ostatnich kilometrach zostało nas trzech - Śliwiak, Wójcik i ja. Oni przyspieszyli, a ja byłem po kryzysie, więc pogodziłem się z trzecim miejscem. Jednak końcówka maratonu w Toruniu jest nietypowa, bo na takiej specyficznej pętli. Po nawrocie zauważyłem, że Wójcikiem zaczyna "zamiatać". Zacząłem sam do siebie gadać i oszukiwać się: "Tadek, nie biegniesz maratonu, walczysz na 1500 m". I chyba sam w to uwierzyłem, bo dostałem niesamowitego mentalnego kopa! Dopadłem Wójcika, a liderujący Śliwiak z przerażeniem w oczach co rusz oglądał się za siebie. Wybronił się jednak, bo zabrakło mi nieco dystansu, żeby go dogonić. Tu rzeczywiście mógł zaważyć kryzys po izotonikach. Byłem jednak szczęśliwy z tego wyniku. Pamiętałem, że w latach 80. w ROW Rybnik rezultat poniżej 2:22 dawał pierwszą klasę sportową, czyli, krótko mówiąc, "sportowy etat" na kopalni. Zatem poziom wybitny.

- Twoja opowieść to doskonały przykład dla naszych biegaczy, że nie można zniechęcać się po niepowodzeniach na pierwszych kilometrach.
- Zdecydowanie nie można! Nigdy nie wiesz, co ci się przydarzy na trasie i jak twój organizm zareaguje na rzeczywistość. Jestem tego dobitnym przykładem.

- Oczywiście wszyscy zdajemy sobie sprawę, że takich rezultatów nie notują amatorzy wieczornego truchtu. Skąd wziąłeś się w sporcie?
- Urodziłem się w 1970 roku w Cieszynie, ale kiedy miałem cztery lata, rodzice przeprowadzili się do Jastrzębia. Natomiast cała moja rodzina pochodzi z Istebnej. W Beskidach spędzałem wakacje i pracowałem w polu. Sport był obecny od zawsze, bo kuzyni biegali i skakali na nartach. Do dziś pamiętam, jak emocjonowaliśmy się złotym biegiem Bronisława Malinowskiego na olimpiadzie w Moskwie. Dlatego uwielbiałem biegać. Przed blokiem szaleliśmy od rana do wieczora. Rysowało się na chodniku kredą bieżnię i organizowało jakieś zawody. W 1983 roku moją pasję zauważył nauczyciel wf-u w Szkole Podstawowej nr 13, nieżyjący już Józef Bek. Miałem trzeci wynik w biegu na 60 metrów.

- A kto był najlepszy?
- Dariusz Perzak, który potem grał w GKS Jastrzębie. Bek szukał ludzi do udziału w imprezie "Sprawni jak Żołnierze", gdzie m.in. biegało się na 1000 m i rzucało granatem. Pamiętam, że dał nam kolce do biegania, a my poszliśmy w nich na szosę, bo nie wiedzieliśmy, jak ich używać (śmiech). To on zachęcił mnie do udziału w zawodach dla młodzieży na Przyjaźni. Zająłem tam trzecie miejsce i w nagrodę dostałem piłkarzyki na sprężynkach. Ależ byłem dumny! A bieg w seniorach na 5 km wygrał wtedy Jan Tyniec, którego miałem okazję poznać rok później, przy okazji biegu na 20 km ulicami miasta.

- Co to była za impreza?
- Bieg Manifestu Lipcowego z okazji święta 22 lipca. Zapisał mnie ojciec. Upał nieziemski. Startowało się pod KWK Manifest Lipcowy, czyli obecnej Zofiówki, i leciało w stronę Boryni i stamtąd na KWK Jastrzębie przez Przyjaźń do Zdroju, skąd kierowaliśmy się na ulicę Chlebową i dalej na Cieszyńską, z której zbiegaliśmy na metę na OWN-ie, gdzie odbywała się główna miejska impreza. Ile tam było ludzi! O komunie różnie się teraz mówi, ale przecież wtedy całe Jastrzębie świętowało, piło piwo i tańczyło.

- Czyli przebiegaliście przez całe miasto. Ale chyba nikt nie narzekał na korki.
- Bo mało kto miał auto (śmiech). Jako dzieciak zająłem 50. miejsce na dwustu uczestników. Wygrał Ryszard Przybyła z ROW Rybnik z czasem 1:26:12. Wtedy właśnie poznałem Jana Tyńca, który postanowił włączyć mnie do swojej grupy treningowej. Spotykaliśmy się w Lesie Kyndra, choć wówczas nie wiedziałem nawet, że ten obszar tak się nazywa. Tyniec miał tam wyznaczoną pętlę, którą wymierzył specjalnym wielkim cyrklem. Poza mną w zajęciach u pana Janka brali udział też m.in. Leszek Orzechowski czy Henryk Gołdyn. Tyniec zachęcał nas do prowadzenia dzienniczka treningowego. Do dziś to robię, a tamte zeszyty sprzed trzydziestu lat to piękne archiwum wspaniałych wspomnień.

- Jakim trenerem był Jan Tyniec?
- Surowym i sprawiedliwym. Słuchaliśmy go jak świnia grzmotu! Umawialiśmy się na treningi "na gębę", bo przecież w Jastrzębiu nie było wówczas żadnego klubu lekkoatletycznego, a sam Jan Tyniec reprezentował Maratończyka Żory. Dopiero w 1985 roku trafiłem do TKKF Jastrząb. Jego prezes Gerard Parma organizował wyjazd na Bieg Między Pomnikami z Katowic do Sosnowca. Z Jastrzębia pojechały wtedy trzy autobusy ludzi, bo transport był za darmo. Przebiegłem dystans 10,5 km w czasie 40 minut i 50 sekund, co jak na 15-latka było niezłym wynikiem. Parma nie miał w swoim klubie ludzi zajmujących się stricte bieganiem, a mnie i kolegom zależało z kolei na udziale w zawodach. Szybko dogadaliśmy się i dzięki temu mogliśmy za pieniądze TKKF-u startować w regionie. Sporo tych imprez było, a przecież nie mieliśmy prawa mówić wtedy o takiej modzie na bieganie jak teraz. Rok później wraz z Gerardem Parmą postanowiliśmy, aby po raz pierwszy ruszyć na Maraton Pokoju do Warszawy, w którym pobiegłem z czasem 3:01:04 i zająłem 188. miejsce.

- Miałeś 16 lat i zaliczyłeś swój pierwszy maraton w życiu z rezultatem, za który wielu dałoby się pokroić. I to wszystko za sprawą leśnych treningów u Tyńca?
- Tak, pan Janek nadal był moim trenerem, choć oficjalnie wtedy biegałem już w barwach TKKF Jastrząb. Niemniej, muszę przyznać, że po 25 km miałem dość. I chyba nie do końca wiedziałem, na co się porywam. Dlatego byłem przeszczęśliwy, że udało mi się ukończyć ten maraton. Nie sądziłem jednak, że kiedykolwiek porwę się jeszcze raz na taki dystans.

- Zatem mocno się pomyliłeś. Do dziś twoich maratonów nazbierało się w sumie…
- Dwadzieścia cztery.

- Wrócimy jeszcze do nich. Na razie jesteśmy w połowie lat 80. Interesuje mnie ROW Rybnik. Jakim sposobem trafiłeś do tego klubu? W tamtym okresie to była solidna lekkoatletyczna firma.
- W 1986 roku skończyłem podstawówkę i poszedłem do górniczej zawodówki przy Harcerskiej. Pamiętam naszych nauczycieli wf-u, Bogdana Kwietniewskiego i Piotra Sękowskiego, którzy mnie i Grzegorza Stawickiego zabierali na zawody, m.in. na Mistrzostwa Szkół Górniczych do Rudy Śląskiej, gdzie w wyniku splotu okoliczności wystartowałem na 5 km ze starszymi zawodnikami. Najpierw biegłem na końcu, ale potem zacząłem wszystkich po kolei wyprzedzać. Wreszcie dopadam lidera. Mówię głośno do siebie: "Cholera, maraton to się jednak lepiej biega". Facet popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem, po czym… pękł i puścił mnie przodem (śmiech). Po tej imprezie podszedł do mnie Tadeusz Jarnecki z ROW-u Rybnik i zaproponował, żebym odwiedził ten klub. Wziąłem ze sobą Stawickiego, bo nie lubię sam szwendać się po świecie. Inna sprawa, że wtedy parol na mnie zagiął też Górnik Brzeszcze, ale w tym przypadku musiałbym zmienić szkołę i mieszkać w internacie. Postawiłem na ROW i na treningi dojeżdżałem z Jastrzębia. Dla mnie to była organizacyjna przepaść. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem tartan w hali, to dziwiłem się, że nie zostawia się na nim śladów (śmiech).

- Znałeś już wówczas Dariusza Pawlika?
- Oczywiście. Darek od 1985 roku był w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Raciborzu. Mieliśmy okazję wielokrotnie rywalizować. Znakomity lekkoatleta i świetny człowiek. Choć chyba największym talentem spośród naszych zawodników był Grzegorz Pustułka. Szkoda, że nie zrobił tak znakomitej kariery, jaką powinien był zrobić, biorąc pod uwagę jego wyniki.

- Podejrzewam, że jako zawodnik ROW-u Rybnik nie byłeś już podopiecznym Jana Tyńca.
- Trenerem był tam Paweł Szweda, który wcześniej także przekonywał mnie do treningów w Rybniku. Były reprezentant kraju i medalista mistrzostw Polski. Aby zachęcić mnie do przejścia do ROW-u specjalnie przyjechał do szkoły na Harcerską. Nauczyciele ściągali mnie wtedy z zajęć na warsztatach, bo szukał mnie tak znany człowiek. Nie żałowałem tej decyzji, choć Szweda miał ciężką rękę. Kat. Ale ja lubię dać sobie w kość i wolę szkoleniowców tego typu. Gdy trafiałem na faceta, który nie dokręcał śruby, to podświadomie uważałem, że mnie lekceważy.

- Twoim największym sukcesem w barwach ROW Rybnik było…?
- Czwarte miejsce w Mistrzostwach Polski Juniorów Młodszych w 1987 roku na 3000 metrów w Bielsku-Białej. To był bieg mojego życia. Pamiętam, że start był opóźniony o 45 minut z powodu burzy. Wygrał go słynny Mirosław Plawgo, który deklasował resztę Polski na tym dystansie. Natomiast zawodnicy z miejsc od drugiego do czwartego zmieścili się w jednej sekundzie. Niestety, akurat mnie przypadł pech zajęcia lokaty tuż za podium. Szybko jednak zdałem sobie sprawę z sukcesu, jaki osiągnąłem. Być w czymkolwiek na czwartym miejscu w skali całego kraju to jest jednak coś. Marzyłem o złamaniu bariery 9 minut, a tu pobiegłem w czasie 8:49:98. W efekcie trafiłem do kadry Polski. Między innymi wraz z Darkiem Pawlikiem jeździliśmy na obozy do Krynicy organizowane w Centralnym Ośrodku Sportu. Była tam sama śmietanka polskiej lekkoatletyki. Dawano nam w kość, ile wlezie. Dziś myślę, że celowo, bo klubowi podopieczni naszego trenera w kadrze dziwnym trafem mieli znacznie lżejsze zajęcia i potem na mistrzostwach kraju wygrywali z nami. My robiliśmy po 30 km w śniegu, a oni, rzekomo z kontuzjami, przemykali gdzieś bokiem. Dziwne to wszystko było.

- W 1989 roku upada komuna. ROW zaczyna się sypać.
- Jak większość ówczesnych klubów sportowych. Mnie dopisało szczęście o tyle, że postanowiłem nie liczyć na łut szczęścia i "sportowy etat" na kopalni, tylko poszedłem do technikum górniczego, a w marcu 1990 roku rozpocząłem normalną robotę na dole na KWK Zofiówka. I dobrze zrobiłem. Rano szedłem do roboty, a po obiedzie - na zajęcia do technikum wieczorowego, gdzie przez pierwsze dwie lekcje praktycznie odsypiałem szychtę. Po szkole ruszałem na trening. Nie było łatwo. Pracowałem na przygotówkach. Nosiłem masywne ringi po 100 kg każdy, do których nie opłacało się stosować maszyn, więc musieli targać je ludzie. Nikt mnie nie przekona, że na kopalni jest jakaś cięższa robota.

- O wielkiej karierze mogłeś zapomnieć.
- Wtedy jeszcze nie sądziłem, że to koniec ze sportem na wysokim, klubowym poziomie. Wciąż trenowałem w ROW-ie Rybnik, choć Paweł Szweda wyjechał już wówczas do Niemiec, a dziury próbował łatać Jarnecki. Starałem się trenować według zasad, których nauczyłem się przez te parę sezonów. Natomiast o tym, że to już koniec klubowej kariery, przekonałem się w 1992 roku, kiedy upomniało się o mnie wojsko. Po unitarce trafiłem do kompanii reprezentacyjnej Śląskiego Okręgu Wojskowego i miałem okazję służyć przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Jakoś się tam okopałem i pojawiła się nawet propozycja wyjazdu do Jugosławii czy Kambodży, ale wolałem pozostać w kraju.

- Zapomniałeś wówczas kompletnie o bieganiu?
- Żartujesz? Brakowało mi tego jak diabli! Idziemy na przykład na 10-kilometrowy marsz. Nuda. Specjalnie wkurzałem kaprala, to skazał mnie na "satelitkę" i musiałem biegać wokół maszerującego oddziału (śmiech). Parę razy było tak, że prosiłem o możliwość trenowania w czasie wolnym. W końcu dostrzegł tę moją biegową szajbę major Mączka, który wysłał mnie na zawody pułkowe, które wygrałem w cuglach. Zdziwił się, więc przyznałem, że mam za sobą kilka lat w ROW-ie Rybnik. W efekcie dostałem stałą przepustkę i mogłem spokojnie trenować. Wysłali mnie nawet na Mistrzostwa Wojska Polskiego, w których też zdobywałem medale. Wygrałem też górski Bieg na Ślężę. W 1994 roku wróciłem do normalnego życia, ale w Rybniku nie miałem już czego szukać. Klubu de facto nie było.

- I w ten sposób trafiłeś do Klubu Biegacza MOSiR Jastrzębie.
- Tak. Pan Jan Tyniec dowodził tą młodą ekipą, a ja trenowałem po swojemu. Zdobyłem nawet Puchar Polski w Biegach Przełajowych. Oczywiście w żadnej mierze nie było to osiągnięcie równe czwartemu miejscu z Mistrzostw Polski Juniorów, ale fajnie brzmi - zdobywca Pucharu Polski. Od tamtego czasu skupiłem się jednak przede wszystkim na maratonach.

- Których, jak już mówiliśmy, nabiłeś całe dwadzieścia cztery. Gdzie i kiedy to było?
- Sześć razy biegałem w Warszawie (1986, 1992, 1993, 1994, 1996, 1997), pięć razy - w Lęborku (1995, 1996, 1997, 1998, 1999), trzy razy - w Pucku (1994, 1995, 1996), po dwa razy - we Wrocławiu (1993, 1995), Kędzierzynie (1998, 1999) i w Toruniu (1997, 1998), a także po razie we Florencji (1997), Hanowerze (1997), Luksemburgu (1998) i Świnoujściu (2004). Co ciekawe, za najtrudniejszy uważam maraton w Kędzierzynie, gdzie biega się na pętlach. Nie przepadam za takim rozwiązaniem. Świetnie za to wspominam Luksemburg. Nie myślałem o wyniku, który był słaby, bardziej podziwiając piękne otoczenie i krajobrazy Wielkiego Księstwa.
 

 24 maratony Tadeusza Siegmunda
 1. Warszawa (1986)3:01:04
 2. Warszawa (1992)2:32:39
 3. Wrocław (1993)2:37:52
 4. Warszawa (1993)2:32:56
 5. Puck (1994)2:33:07
 6. Warszawa (1994)2:27:27
 7. Wrocław (1995)2:23:11
 8. Lębork (1995)2:28:15
 9. Puck (1995)2:36:37
 10. Lębork (1996)2:27:57
 11. Puck (1996)2:29:24
 12. Warszawa (1996)2:26:38
 13. Hanower (1997)2:24:03
 14. Toruń (1997)2:21:53
 15. Lębork (1997)2:28:16
 16. Warszawa (1997)2:27:10
 17. Florencja (1997)2:24:00
 18. Toruń (1998)2:30:14
 19. Lębork (1998)2:30:34
 20. Kędzierzyn (1998)2:42:13
 21. Luksemburg (1998)2:52:00
 22. Lębork (1999)2:39:37
 23. Kędzierzyn (1999)2:41:11
 24. Świnoujście (2004)2:38:51

- Obok wywiadu zamieścimy załącznik z wynikami, żeby czytelnicy mogli rozeznać, na jakim poziomie biegałeś dwie dekady temu, bo przecież prawie połowę z nich pokonałeś w czasie poniżej 2:30. Ale szkoda, że nie pękło ćwierć setki.
- Wszystko przede mną, przy czym nie chcę ponownie wystartować w maratonie tylko po to, aby go po prostu przebiec. Mam 47 lat, więc osiągnięciem będzie złamanie granicy dwóch godzin i 48 minut. Trochę się na tym znam. Wiem, co należy zrobić i w jaki sposób przygotować się do startu. Inna sprawa, że spokojnie mogłem mieć na koncie 26 maratonów, ale dwóch nie ukończyłem na własne życzenie.

- Jak to?
- W 1995 roku biegłem w Warszawie. Wygrał wtedy jakiś Bułgar. Byłem w niesamowitym gazie i czułem się znakomicie. Na 25 kilometrze miałem czas 1:21:35! Tempo po 3:15 na kilometr. Kosmos. Szedłem na wynik 2:17. I wtedy pojawił się kryzys. Odpadłem od liderującej czwórki i dogoniła mnie druga grupa. Niewykluczone, że ból by minął i dociągnąłbym rezultat ok. 2:20-2:25, ale byłem rozczarowany, że to załamanie pojawiło się tak szybko. Zamieniłem kilka słów z Marcinem Ciepłakiem, który był w tej drugiej grupie i mówię do niego, że to chyba nie ma sensu. Zszedłem z trasy. Potem żałowałem. I chyba do dziś żałuję.

- A drugi z nieukończonych maratonów?
- Wrocław w 2000 roku, ale tu sytuacja była zupełnie inna. Na jednym z odcinków trasa przypominała taką specyficzną agrafkę. Stał tam policjant, który źle mnie przekierował i w efekcie z siódmego miejsca awansowałem na... pierwsze! Ludzie mi mówią, że prowadzę, a ja nie wiem o co chodzi. Okazało się, że niechcący skróciłem dystans o 2 km. Mogłem wrócić, ale uznałem, że to nie ma sensu. Pozwoliłem się wyprzedzić tej szóstce, która wcześniej była przede mną, zdjąłem numer, a przed samą metą na wrocławskim rynku zamiast finiszować, podbiegłem do żony. Nie chciałem robić cyrku. Wolałem być fair wobec konkurentów.

- Z tych wyliczeń wynika, że choćby w 1997 roku zaliczyłeś pięć maratonów. Znawcy nie polecają takiej dawki.
- A ja poza maratonami zaliczałem przecież również inne imprezy (śmiech). Z dzisiejszej perspektywy mogę ocenić to jako głupotę i nikomu tego nie polecam. Żeby było zabawniej, to wszystkie maratony w tymże 1997 roku ukończyłem w tych samych butach. Pamiętam, że kosztowały sto marek. To była fortuna na tamte czasy. Pół wypłaty górnika.

- To nie była epoka mody na bieganie. Koledzy z dołu nie śmiali się pod nosem? Nie nazywali lebrem, który się nie przepracowuje i dzięki temu ma siłę jeszcze biegać?
- Początkowo bywało różnie, ale w latach 90. w biegach naprawdę dało się sporo zarobić. Kiedy okazało się, że za wysokie miejsce w danej imprezie dostałem praktycznie drugą pensję, to głupie komentarze wyparowały. Za taki maraton w Hanowerze zarobiłem tyle, co przez trzy miesiące na dole. Poza tym raz tak się złożyło, że w TVP pokazali mój finisz w Maratonie Warszawskim i jakimś sposobem wielu znajomych miało okazję to oglądać, więc pojawiły się sympatyczne gratulacje. Potem wahadło wychyliło się w drugą stronę i słyszałem teksty, że nie mam co narzekać, bo trochę świata zobaczyłem, byłem w kadrze narodowej i mam swoją pasję, "a my jak te kołki w dziurze siedzimy". Inna sprawa, że kiedy w połowie lat 90. zostałem sztygarem i nie musiałem już nosić tych przeklętych ringów, to rzeczywiście miałem więcej siły do biegania.

- Liczyłeś, ile kilometrów przebiegłeś w życiu?
- Mam te swoje zeszyty-pamiętniki, według których bez większych problemów mógłbym to podsumować [Tadeusz Siegmund przez kilka minut przelicza dane - przyp. red.]. Spokojnie można uznać, że przez ponad trzydzieści lat przebiegłem 80 tysięcy kilometrów. A pewnie było tego więcej.

- Po 2000 roku twoja przygoda z biegami mocno wyhamowała i dopiero w ostatnich latach wróciłeś do biegania na wyższym poziomie. Z czego to wynikało?
- Nie wiem, czy można mówić o przestoju, ale faktem jest, że po ślubie z Jolantą trochę się... rozleniwiłem (śmiech). Było mi za dobrze w domu! Mogę z ręką na sercu przyznać, że sportowiec lepiej trenuje, jeśli ma nad sobą jakiś bicz. A mnie po prostu było wygodnie! Wtedy też zacząłem godzić się z myślą, że nie będę już wielkim długodystansowcem. Miałem ponad 30 lat i wkurzało mnie to, że nie potrafię złamać 35 minut na 10 km, choć wcześniej na porządku dziennym było pokonywanie tego dystansu w 31 minut. Takim mentalnym powrotem do biegania był półmaraton w Dąbrowie Górniczej w maju 2010 roku. Od tego momentu wziąłem się za siebie, choć nie obyło się bez kontuzji i zrzucania brzucha.

- Bez żartów. Jak pamiętam cię z biegów z ostatnich lat to nigdy nie miałeś czego zrzucać.
- Niby tak, ale każdy dodatkowy kilogram to przy bieganiu na długie dystanse poważny bagaż. Kiedyś poszedłem do rzeźnika i mówię do ekspedientki: "Niech mi pani pokaże 4 kg boczku". Zdziwiła się, ale przyniosła. Kiedy zobaczyłem ten kawał tłuszczu, to od razu zyskałem doping, żeby się tej nadwagi pozbyć. Polecam każdemu taką metodę (śmiech).

- We wrześniu na pewno zobaczymy cię w Jastrzębskiej Dziesiątce.
- Oczywiście. Moim celem będzie złamanie 40 minut i jestem przekonany, że jeśli zdrowie dopisze, to mi się to uda. Kontuzje, odpukać, omijają, chęć do treningów jest, wszystko idzie zgodnie z planem. Znam swoje możliwości i swój organizm, choć rzecz jasna głowa chciałaby biegać tak, jak dwadzieścia lat temu. Ale nogi już nie te, co kiedyś. Mam proste założenie - chcę być w gronie 10% najlepszych zawodników w imprezie. Czyli jeśli w Jastrzębskiej Dziesiątce pobiegnie 1000 osób, to moim zamiarem jest lokata w pierwszej setce. A nawet jeśli coś nie wypali i przydarzy się jakiś uraz, to tak czy inaczej wystartuję w tej naszej imprezie. Potowarzyszę żonie w biciu jej rekordu życiowego na tym dystansie.

- Nie można nie zauważyć, że Tadeusz Siegmund po prostu kocha biegać.
- Mało powiedziane. Kiedy nie biegam, wszystko mnie boli (śmiech). Konia wyścigowego nie ma co trzymać w stajni, bo nie będzie się do niczego nadawał. I tak jest ze mną. Bieganie to azyl od codzienności. Kiedy miałem trudne chwile w życiu, to marzyłem jedynie o tym, żeby iść pobiegać i naładować się trochę endorfinami. Przemyśleć niektóre sprawy i znaleźć rozwiązanie. To jest ta chwila, gdy jesteś sam ze sobą.

- Na koniec poprosimy o tradycyjną radę starego mistrza dla tych, którzy amatorsko biegają po mieście. Jest ich sporo. Mijają cię i nawet nie wiedzą, z kim mają do czynienia.
- Jeśli ktoś chce cokolwiek osiągnąć w jakiejkolwiek dziedzinie, to musi być systematyczny. Samodyscyplina to podstawa. Załóż sobie zeszyt i notuj każdy trening. Raz, że będziesz kontrolował swoje postępy, a dwa - za kilkanaście lat będziesz właścicielem fantastycznego pamiętnika. Jest taka teoria, według której aby stać się mistrzem w danej dziedzinie, musisz przetrenować 10 tysięcy godzin. Tyle podobno ćwiczyli Beatlesi, zanim zostali sławni. Co jeszcze? Na pewno bezwzględnie należy słuchać mądrzejszych od siebie. Jako młody zawodnik słuchałem trenerów. W wojsku - majora. W pracy - sztygarów. Wychodziło mi to na dobre. Polecam każdemu.
 

rozm. mg

KOMENTARZE

  • Tadeusz Siegmund | 14/07 godz. 18:34

    Mariusz dziękuje że tak ładnie opisałeś kawałek mojej kariery

  • Norbert | 13/07 godz. 12:15

    Gratuluje Wujku Tadku ;D

  • Kuba | 11/07 godz. 09:13

    Pamiętam za młodych czasów, jak Jurek Zawierucha w jednym z warszawskich maratonów asystował wtedy Tadziowi na rowerze. No cóż na mecie nie wyglądał wtedy lepiej :) byliśmy młodzi, rozpoczynaliśmy wtedy swoją przygodę z bieganiem, a Tadziu wtedy już był dla nas wzorem :) Nie zapomnę również rywalizacji Tadzia z Grzesiem Kusiakiem :) sama przyjemność :) Pozdrawiam serdecznie :)

  • Majobiega | 09/07 godz. 16:45

    Jakiś czas temu miałem zaszczyt poznać p. Tadeusza z czego jestem niezmiernie zadowolony. Posłuchałem nawet opowieści z dawnych lat treningowych. Ta lektura wszystko uzupełniła, dobry wywiad. Mam nadzieję, że zobaczymy się jeszcze na wielu biegach!

  • dziku | 08/07 godz. 14:18

    szacunek i gratulacje ja mam 34 lata i przebiegłem ponad 6tysięcy bede dalej walczyl

  • Anzelm | 08/07 godz. 12:12

    Świetny Wywiad.Pokolenie Twardzieli powoli odchodzi.Dobrze,że ktoś robi wywiady z takimi ludźmi.Niech życie tego człowieka będzie przykładem dla rozkapryszonych sportowców,którzy mają obecnie takie możliwości a wciąż marudzą i narzekają.

  • Bodzio | 08/07 godz. 05:22

    WSPANIAŁY człowiek kolega nie wiedziałem że z każdej strony można zobaczyć dobre strony sport -rodzina -praca-Specjalizowanie się w jednej dyscyplinie wymaga perfekcji.Gratulacje!

  • roman | 07/07 godz. 22:38

    Świetna lektura :) pozazdrościć wyników i charakteru :)
    Do zobaczenia na Jastrzębskiej Dziesiątce :)

  • SK | 07/07 godz. 21:39

    Tadziu super wywiad. A z tym brzuchem, to chyba jakaś straszna przesada , albo kokieteria ;-).

  • | 07/07 godz. 20:15

    Wow

  • Damian Zawierucha | 07/07 godz. 19:58

    Wspaniały człowiek i zawodnik:)

  • Ślimak | 07/07 godz. 17:44

    Wspaniały wywiad. Panie Mariuszu jastrzębscy biegacze chcą wiecej takich!!!

  • | 07/07 godz. 17:08

    Wielki człowiek:) Gratuluje Tadziu!

DODAJ KOMENTARZ

Twoje imię:

Komentarz:

akceptuję regulamin

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X