Dzisiaj jest: piątek, 18 sierpnia 2017   Imieniny: Bronisław, Helena, Laura

więcej ›

SPORT

Piłka nożna



Terminarz - II Liga Śląska Juniorów
20.08 GKS Katowice (w) -:-
27.08 APN Odra Wodzisław (d) -:-
31.08 Czarni Pyskowice (w) -:-
03.09 Unia Racibórz (d) -:-
10.09 UKS Ruch Chorzów (w) -:-
14.09 AKS Chorzów (d) -:-
17.09 Górnik 09 Mysłowice (w) -:-
24.09 Concordia Knurów (d) -:-
28.09 Piast Gliwice (w) -:-
01.10 Stadion Śląski Ch. (w) -:-
08.10 Zantka Chorzów (d) -:-
15.10 Sarmacja Będzin (w) -:-
22.10 MSPN Górnik Zabrze (d) -:-
29.10 Nadzieja Bytom (w) -:-
05.11 MOSiR Stal Zabrze (d) -:-
12.11 CKS Czeladź (w) -:-
19.11 Gwarek Tarnowskie G. (d) -:-

Informacje o klubie
Rok założenia: 1992
Barwy: niebiesko-czarno-białe
Adres: ul. Harcerska 14B, 44-335 Jastrzębie Zdrój
Obiekty: Stadion Miejski, ul. Harcerska 14B, Boisko przy ul. Kościelnej
Rozgrywki: Śląska Liga Juniorów, Śląska Liga Trampkarzy

Prezes: Zofia Florek
Wiceprezes: Michał Szelong
Sekretarz: Monika Myśliwiec
Księgowa: Grażyna Kawik
Trener-koordynator: Henryk Papierok
Trener bramkarzy: Robert Zapała
Masażysta: Bartłomiej Mościcki

Kadra szkoleniowa:
Roczniki 1999-01 Dariusz Kłus
Rocznik 2002 Grzegorz Lada
Rocznik 2003 Marcin Rabczak
Rocznik 2004 Andrzej Myśliwiec
Marcin Rabczak
Rocznik 2005 Kamil Pająk
Rocznik 2006 Wojciech Kania
Grzegorz Łukasik
Rocznik 2007 Mirosław Kawecki
Dariusz Kłus
Roczniki 2008-10 Michał Ćmich
Jarosław Utikal
Roland Kachel

« powrót

ZAPOWIEDZI

2017-08-23

GKS 1962 Jastrzębie - GKS Bełchatów

5. kolejka piłkarskiej II ligi

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-08-24

JKH GKS Jastrzębie - Polonia Bytom

Sparingowy mecz hokeja na lodzie

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-08-26

GKS 1962 Jastrzębie - Znicz Pruszków

6. kolejka piłkarskiej II ligi

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-08-29

JKH GKS Jastrzębie - GKS Katowice

Sparingowy mecz hokeja na lodzie

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

więcej zapowiedzi

PUBLICYSTYKA

Dariusz Kłus: Zapomniany

Dariusz Kłus ze swoją koszulką Cracovii
w galerii sław-wychowanków Szkółki Piłkarskiej MOSiR
 
Dariusz Kłus ma za sobą bogatą i ciekawą karierę. Występował na szczeblu ekstraklasy w barwach Cracovii, ŁKS-u i Odry Wodzisław. To jeden z najbardziej znanych piłkarzy pochodzących z naszego miasta. A jednak...

... Nie da się nie zauważyć, że mimo to nieco zapomniany. Mimo ponad 120 spotkań rozegranych na najwyższym szczeblu ligowym oraz wielu lat występów na jego zapleczu stosunkowo niewielu fanów futbolu (również kibiców z Harcerskiej) kojarzy go z naszym miastem, choć on sam uważa, że to właśnie GKS Jastrzębie ukształtował go jako piłkarza. Dziś Dariusz Kłus wraca tam, gdzie rozpoczynał swoją karierę. Jak już informowaliśmy, w zbliżającym się sezonie będzie szkoleniowcem najstarszego rocznika Szkółki Piłkarskiej MOSiR, która będzie grała pod szyldem GieKSy i stanie się młodzieżowym zapleczem ekipy trenera Jarosława Skrobacza.

To dobra okazja do rozmowy nie tylko o przyszłości, ale też o przeszłości - również tej sprzed roku, gdy Kłus zagrał na Stadionie Miejskim jako kapitan sensacyjnie pokonanej przez GieKSę Olimpii Grudziądz. Krótko mówiąc - od Igora Sypniewskiego, Oresta Lenczyka i Ireneusza Serwotki do Kamila Glika, Stefana Majewskiego i Janusza Filipiaka - zapraszamy do lektury długiego wywiadu z Dariuszem Kłusem.
 
- Po wielu latach wraca pan do Jastrzębia. Ale nie jako piłkarz.
Dariusz Kłus - Mówiąc szczerze, nieco inaczej wyobrażałem sobie ten powrót. Sądziłem, że będę miał okazję zakończyć karierę tam, gdzie ją zaczynałem, czyli w GKS Jastrzębie.
 
- Dlaczego zatem stało się inaczej? Chyba, że to "tajemnica szatni".
- Nie. Jestem szczerym człowiekiem i nie mam w tej kwestii żadnych tajemnic. Na początku rzeczywiście była obopólna chęć, aby razem popracować. Potem jednak pojawił się "głuchy telefon", a ja zacząłem powoli działać w kierunku rozpoczęcia przygody trenerskiej. Dałem słowo, że będę pracował jako szkoleniowiec w Szkółce Piłkarskiej MOSiR. Potem wprawdzie temat wrócił, ale ja już przemyślałem sprawę i doszedłem do jedynego słusznego wniosku, że trenerki oraz grania w piłkę na II-ligowym poziomie nie da się połączyć. Gdybym występował w GKS-ie, musiałbym jeździć po kraju z zespołem i zostawiałbym moich podopiecznych na weekendy. Co to za trener, który przychodzi na zajęcia w tygodniu, a w sobotę na meczu go nie ma? Nie mam jednak do nikogo jakichkolwiek pretensji. Wszyscy mi pomagali, od dyrektora Michała Szelonga do trenera Grzegorza Łukasika. Byłem w kontakcie z prezesem Dariuszem Stanaszkiem i trenerem Jarosławem Skrobaczem, który wiedział, jaka jest sytuacja. Byłem też namawiany na występy w niższej lidze poza naszym regionem, ale nie byłem tym zainteresowany. Zdecydowałem, że przechodzę na drugą stronę barykady.
 
- Jest pan jednym z najbardziej znanych piłkarzy, którzy pochodzą z naszego miasta. Nie można jednak nie odnieść wrażenia, że jastrzębscy kibice trochę zapomnieli o Dariuszu Kłusie.
- Myślę, że ma to związek z faktem, iż niemal przez całą karierę grałem w klubach spoza naszego regionu i nie było mi dane zadebiutować w seniorach GKS Jastrzębie. Byłem wprawdzie blisko pierwszej drużyny i czekałem na ten pierwszy mecz w III lidze, ale klub postanowił mnie i czterech moich rówieśników oddać do Odry Wodzisław w zamian za Grzegorza Wisełkę. W tej grupie byli m.in. Marcin Radzewicz i Marcin Bednarek. Z dzisiejszej perspektywy patrząc - nie był to złoty interes, bo kilka lat później GKS wypożyczał z Odry tych zawodników. Krótko mówiąc - płacił za piłkarzy, z których sam zrezygnował.
 
- Od razu przetnijmy domysły - jest pan wychowankiem GKS-u czy Szkółki Piłkarskiej MOSiR?
- Czasem żartuję, że MOSiR-GKS Jastrzębie. Zaczynałem w Szkółce, ale występowałem w niej zaledwie dwa lata i nie rozegrałem żadnego poważnego meczu. Postanowiłem przenieść się do GKS-u i tam moja przygoda z futbolem ruszyła "z kopyta". Ten klub mnie ukształtował jako zawodnika. To była fajna, charakterna grupa młodzieży. W derbach zawsze chcieliśmy temu dobrze poukładanemu MOSiR-owi utrzeć nosa (śmiech). Po jednym z takich pojedynków trener Jerzy Kulig namawiał mnie nawet na powrót do Szkółki, ale odmówiłem. Wracając jednak do pytania o to, że jestem "zapomniany" - na pewno teraz będę starał się przypomnieć o sobie kibicom.
 
- Podejmie pan tę próbę jako trener popularnej "emki", czyli najstarszej drużyny juniorów Szkółki Piłkarskiej MOSiR. Dlaczego w tej roli? Jako piłkarz z takim dorobkiem zapewne mógłby pan liczyć na pracę w seniorach.
- Zapewne tak, ale ja tych chłopaków traktuję jak seniorów. Dla mnie osoba w wieku 17-18 lat to de facto materiał na występy w dorosłym futbolu. Za moich czasów junior w tym wieku musiał być gotowy do gry w pierwszym zespole. Oczywiście, docelowo chciałbym pracować w seniorach, ale zostałem skutecznie zachęcony do podjęcia próby posklejania drużyny "emki", która w poprzednim sezonie trochę się posypała.
 
- I spadła do II Ligi Wojewódzkiej.
- Też, ale wiosną głównym problemem było pewne zniechęcenie do futbolu, które opanowało tych chłopaków. Ostrzegano mnie nawet, że mentalność dzisiejszej młodzieży jest, mówiąc delikatnie, nieco inna niż kiedyś. Tak czy inaczej, miałem okazję pracować z wieloma znanymi trenerami: Orestem Lenczykiem, Michałem Probierzem, Ryszardem Wieczorkiem, Stefanem Majewskim czy Jackiem Paszulewiczem. Długo mógłbym wymieniać. Od każdego można było się czegoś nauczyć. Na przykład treningi u Ryszarda Wieczorka w juniorach Odry Wodzisław były dla mnie znakomitą lekcją taktyki, która wystarczyła mi na resztę kariery. Oczywiście każdy z tych szkoleniowców miał i plusy, i minusy. Przez wiele lat prowadziłem notatki z ich zajęć. Starałem się wyciągnąć pozytywy i dla własnej wiedzy wskazywać mankamenty takiego czy innego podejścia. W Olimpii Grudziądz byłem zresztą asystentem trenerów młodzieży, więc znam ten "chleb" również w praktyce. Jestem przekonany, że całokształt mojej wiedzy i doświadczenia zachęci naszych juniorów do ciężkiej pracy. Chciałbym, abyśmy małymi krokami odbudowali ten zespół, żeby był silnym zapleczem pierwszej drużyny GKS Jastrzębie. Pożyjemy, zobaczymy. Na pewno nasze treningi będą ciekawe i jestem przekonany, że po małych wahaniach również ci nieprzekonani do gry wrócą do nas. Plany na pierwszy okres przygotowawczy do sezonu mam dopięte na ostatni guzik.
 
- Jak piłkarze przeczytają, że bierze pan wzorce z Oresta Lenczyka, to się przerażą. Przecież to kat.
- U trenera Lenczyka nie było tak źle (śmiech). A mówiąc poważnie - ten doświadczony szkoleniowiec dysponował znakomitą wiedza odnośnie przygotowania ogólnorozwojowego…
 
- Słyszałem. Piłki lekarskie.
- Też (śmiech). Mogę zapewnić, że chłopaki nie mają się czego obawiać.
 
- Tak na marginesie - wspomniał pan o Stefanie Majewskim. Grzegorz Szamotulski opisał go w swojej książce jako psychopatę.
- Powiem tak - każdy człowiek ma prawo do wypowiedzi i oceny. Z tego, co mi wiadomo, Grzesiek po jakimś czasie trochę stonował swoje wypowiedzi. Natomiast nie mam pojęcia, jak Majewski zachowywał się we Wronkach. Ja miałem z nim styczność podczas moich występów w Cracovii.
 
- Do Cracovii jeszcze wrócimy. Obejmuje pan "emkę" w zupełnie nowej sytuacji. W nowym sezonie najstarszy zespół Szkółki Piłkarskiej MOSiR będzie występował pod szyldem GieKSy. To ma swoje plusy, ale i minusy. Można założyć, że przed kluczowymi meczami trener Jarosław Skrobacz będzie mógł panu "wyjąć" ze składu dwóch najlepszych piłkarzy, gdy sam będzie zmagał się z brakami kadrowymi.
- Miałem okazję wielokrotnie rozmawiać z trenerem Skrobaczem. Liczę na dobrą współpracę i wzajemne zrozumienie. Wszystkim powinno zależeć, aby najstarsza ekipa juniorów grała jak najwyżej i z jak najmocniejszymi przeciwnikami, aby ci piłkarze, którzy "nie łapią się" do meczowej osiemnastki, mieli okazję do gry na odpowiednim poziomie. Jestem zdania, że żaden trening nie zastąpi meczu. Z drugiej strony - zawodnicy grający w drużynie juniorów będą mieli dodatkową motywację, aby dawać z siebie wszystko. W każdej chwili będą przecież mogli trafić do II ligi. Natomiast oczywistym jest, że najważniejszy pozostaje pierwszy zespół i co do tego nie może być wątpliwości. Dla mnie zaszczytem będzie, jeśli na przykład dwóch czy trzech moich zawodników otrzyma szansę wyjazdu na zgrupowanie z GKS-em. Sądzę, że nie będzie problemów komunikacyjnych między trenerem Skrobaczem a mną.
 
- Będzie pan dowodził ekipą z roczników 1999, 2000 i młodszych. Mieliśmy w niej kilka perełek, ale zdążyły one już trafić do innych klubów. Najlepszymi przykładami są Michał Skóraś i Krzysztof Zalewski, którzy dziś są w Lechu Poznań.
- Zdaję sobie z tego sprawę. Przyznam jednak, że jestem zwolennikiem metody małych kroków. Kto wie, czy chłopcy, którzy zdążyli już wyjechać w Polskę, dziś nie mieliby otwartej drogi do II ligi? Jeżeliby dali sobie radę, natychmiast znaleźliby się na celownikach najlepszych klubów z regionu i nie tylko. W ten sposób zyskaliby szansę dostania się do ekstraklasy nie w charakterze juniorów, ale zawodników w pełni ukształtowanych w dorosłym futbolu. Trzeba zdawać sobie sprawę, że tu główną rolę grają rodzice i zadaniem trenera jest przedstawienie im najlepszych alternatyw. Należy mieć na uwadze, że wyjazd młodego chłopaka do wielkiego klubu w dużym mieście to nie tylko szansa na grę na wyższym poziomie, ale i wielkie ryzyko.
 
- Wielkie miasto to wielkie pokusy?
- Znałem mnóstwo wielkich talentów, które z powodów pozasportowych nie poradziły sobie "na głębokiej wodzie". Nastoletni człowiek jest w trudnym wieku. Trafia do internatu, gdzie nie znajdzie azylu od grupy rówieśników. Albo się zintegrujesz, albo będziesz pariasem. W takim gronie potrafią pojawić się szalone pomysły. Odmówisz udziału w jednej czy drugiej imprezie, to znajdziesz się poza grupą. Po prostu - kiedy chłopak jest w domu, to istnieje większa szansa na kontrolę nad jego dojrzewaniem. Ale oczywiście zdaję sobie sprawę, że rodzice też są narażeni na pokusy. Przyjeżdża facet ze znanego klubu i opowiada tacie, że chłopak jest o włos od gry w europejskich pucharach. Każdy chce dla swojego dziecka jak najlepiej.
 
- Miał pan okazję rozmawiać z innymi trenerami w Szkółce o "Komitecie Oszalałych Tatusiów"?
- Jeszcze nie, ale zdaję sobie sprawę, że w każdym środowisku taka grupa niestety istnieje. W Grudziądzu miałem okazję przekonać się, do czego zdolni są rodzice. Uważam, że w tej kwestii najwięcej zależy od trenera. Młody piłkarz musi rozumieć, że to szkoleniowiec jest fachowcem od futbolu, a nie tata. Nie będę akceptował pewnych zachowań i wiem, jak należy radzić sobie w takich sytuacjach. Przy czym oczywiście liczę, że nie będą miały one miejsca.
 
 Kariera Dariusza Kłusa
 (ur. 11.10.1981 w Jastrzębiu-Zdroju)
 MOSiR Jastrzębie 
 GKS Jastrzębiedo 2000
 Odra Wodzisław2000-2003
 ŁKS Łódź2004-2006
 Cracovia Kraków2007-2009
 Zagłębie Sosnowiec2010
 ŁKS Łódź2010-2011
 Olimpia Grudziądz2012-2017
- Mówiliśmy o tym, że nasi kibice trochę o panu zapomnieli. A przecież miał pan okazję przypomnieć się nam podczas pamiętnego meczu na Stadionie Miejskim z 2013 roku pomiędzy wychowankami Szkółki a GieKSą. Obok Kamila Glika był pan najbardziej znanym piłkarzem na boisku.
- To było bardzo sympatyczne wydarzenie i szkoda, że nie stało się takim swoistym rytuałem. Stworzyliśmy silny zespół, a przecież z różnych powodów nie mogli zagrać Marcin Radzewicz, Maciej Małkowski czy Sebastian Nowak. Ta ekipa spokojnie poradziłaby sobie w pierwszej lidze, a może nawet powalczyłaby w ekstraklasie. To interesujące, że jak na tak niewielkie, niespełna stutysięczne miasto, doczekaliśmy się tylu znanych zawodników. Nie wiem jednak, czy utrzymamy taki poziom. Nasze pokolenia spędzały całe dnie na podwórkach. Szaleliśmy za piłką od rana do wieczora i to było siłą nie tylko jastrzębskiego, ale całego polskiego futbolu. Dziś dzieciaki żyją tylko komputerami i smartfonami, więc za kilka lat możemy mieć spory kłopot z talentami. Fajnie byłoby wrócić do tej "podwórkowej piłki", ale nie wiem, na ile jest to jeszcze możliwe.
 
- Dla wielu naszych czytelników będzie zapewne wielką niespodzianką, że z Kamilem Glikiem łączy pana nie tylko tamto spotkanie czy gra w Szkółce, ale też…
- Więzy rodzinne. Marta, żona Kamila, to moja kuzynka. Bliższy kontakt z Kamilem złapaliśmy po jego powrocie z Hiszpanii w 2008 roku, gdy zaczął grać w Piaście Gliwice. Wcześniej nie mieliśmy okazji poznać się bliżej, bo raz, że wiekowo dzieli nas siedem lat, a dwa - ja szybko wyjechałem z Jastrzębia. Teraz, kiedy wróciłem do rodzinnego miasta, na pewno będzie okazja do częstszych spotkań. Żeby było zabawniej, to kiedy kupiłem w Jastrzębiu mieszkanie okazało się, że będziemy sąsiadami.
 
- Wtedy, w 2008 roku, miał pan prawo spodziewać się, że Kamil Glik będzie TAKIM piłkarzem?
- Pamiętam jego dość trudne początki w reprezentacji Polski. Kamil miał pecha, bo kilka razy zaplątał się w bramkowe sytuacje, gdzieś przydarzył się jakiś poślizg i potem dziennikarze przykleili mu określoną łatkę. Kiedy człowiek czyta o sobie różne rzeczy, to zaczyna w nie wierzyć. Na szczęście Kamil jest twardy i dał sobie z tym radę. Pamiętam, że po pierwszym epizodzie we Włoszech chciał wracać do kraju. Ja wtedy byłem piłkarzem Cracovii, a on miał propozycję z Wisły. Pytał, co o tym sądzę.
 
- A jednak do jastrzębskiego pojedynku w ramach klasyku pod Wawelem nie doszło.
- Kamil na szczęście został we Włoszech. Sam zresztą przekonywałem go, że nie powinien wracać do Polski. Mówiłem mu, że jeśli ma już dość Italii, to powinien spróbować w Austrii czy 2. Bundeslidze, ale pod żadnym pozorem nie może grać w Polsce. Tu czekałoby go piekło. Akurat wtedy do naszej ekstraklasy wrócił Michał Żewłakow. Człowiek, który zrobił wielką karierę i rozegrał w reprezentacji Polski najwięcej spotkań. Początkowo wszystko było super, ale w końcu każdemu zdarzy się nie tyle słabszy, co po prostu średni mecz. Od razu zaczęto na nim wieszać psy. Podobnie byłoby z Glikiem. Przy pierwszym potknięciu zmieszano by go z błotem. W klubach zagranicznych mógł liczyć na większy szacunek. Pamiętam zresztą, że w tamtym czasie miałem kilka rozmów na jego temat. Przekonywałem, że gdzie jak gdzie, ale we Włoszech słaby obrońca nie ma życia. Przecież to kraj, w którym na pierwszym miejscu stawia się taktykę i to słynne catenaccio! Gdyby nikt nie dostrzegł w Kamilu Gliku tego potencjału, to od razu by mu podziękowano.
 
- Ciekawe, czy ci wieszający na Gliku psy dziennikarze dziś pamiętają swoje dawne teksty.
- Kamil przetrwał najgorsze i teraz jest gwiazdą. Trafił do wielkich klubów, a jednocześnie stał się filarem reprezentacji, która znalazła się na światowym topie. Rozmawialiśmy niedawno przez telefon i mówię mu: "Zobacz, kiedyś cię napieprzali za wszystko, a teraz wyskakujecie mi z Martą nawet z lodówki. Czerp z tego i ciesz się tym wszystkim. Niech ci oddadzą za tamte lata, kiedy cię gnębili".
 
- Wróćmy do pana. Skoro już wspomnieliśmy o Cracovii, to może takie pytanie: Janusz Filipiak czy Ireneusz Serwotka?
- Chyba jednak Serwotka (śmiech). Wydaje mi się, że był bardziej… przewidywalny! Profesor Filipiak potrafił powiedzieć jedno, a zrobić coś zupełnie odwrotnego. Czasami nie rozumiałem, o co mu chodzi. Ma niezwykłą głowę do interesów, ale dziesięć lat temu na futbolu znał się, powiedzmy, średnio. Dziś być może jest inaczej, bo zapewne wraz z upływem czasu nabrał nieco doświadczenia… Chociaż patrząc na najnowsze decyzje, to mam co do tego wątpliwości (śmiech). A prezes Serwotka? Bez wątpienia wiedział, na czym polega futbol i był znacznie bardziej obeznany w sprawach piłkarskich. Chociaż nie zawsze dotrzymywał słowa.
 
- Grał pan przeciwko wielu znakomitym zawodnikom. Którego będzie pan wspominał, kiedy wnuk zapyta o największego z przeciwników?
- Wolałbym mówić o tych, z którymi miałem okazję trenować. To znacznie bardziej rzetelna ocena. I tu dla mnie absolutnym fenomenem był Igor Sypniewski. Fajny i sympatyczny gość, a przy tym talent klasy światowej.
 
- Spotkał go pan 12 lat temu w ŁKS-ie.
- ŁKS grał wtedy w II lidze. Klub w niemal całkowitej rozsypce. Trzymaliśmy sztamę z Arkadiuszem Mysoną i na pierwszych treningach z Sypniewskim przed rundą wiosenną 2004/2005 mówiliśmy do siebie, że facet dzisiaj z nami truchta, a jak poczuje zew to pójdzie w miasto i tyle będziemy mieli z napastnika. Tymczasem Igor cały czas z nami trenował, choć na pół gwizdka, bo musiał doprowadzić swój zapuszczony organizm do stanu używalności. Na moich oczach ten ociężały facet zamieniał się w PIŁKARZA. Po tych dwóch miesiącach treningów "Sypa" wziął udział w jednej z gierek treningowych i zrobił coś, co zapamiętam do końca życia i o czym opowiadam dosłownie każdemu. Igor w pewnym momencie zrobił taki zwód, który być może byłoby w stanie bez skręcenia sobie kolana zrobić dziesięciu polskich piłkarzy. Następnie przyspieszył tak, że nikt nie miał prawa go dogonić, po czym załadował piłkę w samo okienko. Popatrzyliśmy na siebie z Mysoną i już wiedzieliśmy, z jakiego kalibru piłkarzem mamy do czynienia. Naprawdę szkoda, że nie ogarniał spraw pozaboiskowych. Gdyby u Sypniewskiego "głowa" szła w parze z tym niesamowitym talentem, to dziś oglądałby z wnukami na DVD swoje liczne bramki z Ligi Mistrzów.
 
- Notabene, w tym sezonie GieKSa zagra z ŁKS-em w lidze.
- Powiem szczerze, że nawet miałem nadzieję, że jeszcze raz będzie mi dane zagrać przy al. Unii w Łodzi, tym razem w barwach GKS Jastrzębie. Ale życie zweryfikowało te plany. W dzisiejszym ŁKS-ie jest może dwóch ludzi, które pamiętam z okresu swoich występów w Łodzi, z wiecznie żywym kierownikiem Jackiem Żałobą. Jeśli łodzianie będą nocować w okolicy przed meczem z Jastrzębiem, to chętnie odwiedzę ich w hotelu i powspominam stare czasy.
 
- Przed rokiem miał pan kolejną okazję do występu na Stadionie Miejskim. Szczerze, jako pierwszoligowa Olimpia Grudziądz nie byliście na siebie wściekli za porażkę z jakimiś dzieciakami? Był pan jej kapitanem.
- Ostrzegałem chłopaków, że śląskie ligi są najlepsze w Polsce i że w żaden sposób nie można lekceważyć przeciwnika z tego regionu. Tu jest mnóstwo klubów i jeszcze więcej materiału na dobrych piłkarzy. Zdawaliśmy sobie sprawę, że czeka nas ciężki bój z charakternym zespołem. Nie chcę się usprawiedliwiać, ale cztery dni przed tym pojedynkiem mieliśmy punkt kulminacyjny przygotowań, w efekcie którego dwóch kolegów po raz drugi oglądało ten sam obiad (śmiech). Dla trenera nie było to jednak ważne, bo liczyła się przede wszystkim liga. Puchar Polski traktował jak dodatkowy sparing. Nie zmienia to faktu, że nie mieliśmy prawa przegrać z zespołem grającym o dwie klasy niżej. Mecz był typowo na 0:0 i wygrać musiał ten, kto strzeliłby tę jedyną bramkę. Ta sztuka udała się gospodarzom i naprawdę fajnie się stało, że GKS potem tak kapitalnie zadziwił piłkarską Polskę, awansując aż do ćwierćfinału. Natomiast ja pamiętam, kiedy wpadłem do szatni w przerwie tego meczu. Objechałem z góry na dół i siebie samego, i cały zespół, bo krytykę zawsze zaczynam od siebie. Trener nie musiał nawet nic dodawać. Ale i to nie pomogło. W drugiej połowie dalej graliśmy piach. Było mi wstyd. Głowa chciała, ale organizm nie był w stanie nadążyć.
 
- Za panem kariera solidnego ligowego piłkarza. Na początku naszej rozmowy powiedział pan, że zdecydował już o przejściu na drugą stronę barykady. Czyli nie będzie żadnego meczu pożegnalnego?
- Tego akurat nie wykluczam, bo nie chciałbym tak nagle przejść od pełnego zawodowstwa do siedzenia na ławce trenerskiej. Być może skorzystam z propozycji jednego z trenerów lokalnych zespołów i rekreacyjnie pobiegam jeszcze trochę za piłką. Ale to wszystko.
 
- To może inne rozwiązanie - zakończyć karierę w jednej drużynie z bratem Tomaszem?
- Powiem szczerze, że mam nawet taką małą listę marzeń i wspólna gra z bratem znalazła się w tym zestawieniu. Ale szanse na to są niewielkie. Tomek ma swoje obowiązki i czasem gra, a czasem nie ma na to czasu. Wspólna gra w pojedynku ligowym mogłaby mieć miejsce tylko w przypadku dogadania sprawy z prezesem jego klubu i opłacenia zgłoszenia na ten jeden mecz. Na dodatek trener tego zespołu musiałby zgodzić się na taki mój "kaprys". Podejrzewam zatem, że Tomkowi i mnie pozostanie co najwyżej wspólna gra w oldbojach GKS Jastrzębie (śmiech).
 

rozm. mg

KOMENTARZE

  • Zdrojowiec | 06/08 godz. 11:10

    Powodzenia Darek.

  • Ja | 01/08 godz. 16:34

    Daro obóz w Simoradzu chyba 96 rok kaplicowka hehe to była ekipa Śląska liga juniorów pod dowództwem Piotra Nowaka

  • Lupo | 30/07 godz. 19:13

    Moim marzeniem jest zobaczyc jeszcze Glika grajacego w barwach GKS a pozniej jakos trenera lub prezydenta moasta.
    Bo jemu by zalezalo napewno tylko na pilce a nie zeby sie zarobic ,bo juz dzisiaj zarabia olbrzymie pieniadze!(3 mln euro rocznie/1 milion zlotych miesiecznie)

  • Ania Kłus Lazar | 29/07 godz. 21:22

    Dobre że wróciłeś

  • Gala | 29/07 godz. 14:49

    Klusek a w Ruptawie??? Obiecales :):):)

  • | 28/07 godz. 11:42

    Życzymy powodzenia w pracy trenerskiej Panie Darku

DODAJ KOMENTARZ

Twoje imię:

Komentarz:

akceptuję regulamin

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X