Dzisiaj jest: wtorek, 19 września 2017   Imieniny: January, Konstancja, Konstanty

więcej ›

SPORT

Siatkówka



PlusLiga 2017/2018 - terminarz
07.10 Skra Bełchatów (d)-:-
11.10 ZAKSA Kędzierzyn (w)-:-
14.10 Warta Zawiercie (w)-:-
18.10 Trefl Gdańsk (d)-:-
21.10 Resovia Rzeszów (d)-:-
25.10 BBTS Bielsko-B. (d)-:-
28.10 AZS UWM Olsztyn (w)-:-
03.11 Cuprum Lubin (d)-:-
15.11 Czarni Radom (w)-:-
18.11 Łuczniczka Bydg. (d)-:-
25.11 AZS Politechnika (w)-:-
02.12 GKS Katowice (d)-:-
09.12 MKS Będzin (w)-:-
23.12 Espadon Szczecin (d)-:-
30.12 Święt. Siatk. Kielce (w)-:-
06.01 BBTS Bielsko-Biała (w)-:-
13.01 ZAKSA Kędzierzyn (d)-:-
20.01 Skra Bełchatów (w)-:-
03.02 Warta Zawiercie (d)-:-
10.02 Trefl Gdańsk (w)-:-
17.02 Resovia Rzeszów (w)-:-
24.02 AZS UWM Olsztyn (d)-:-
03.03 Cuprum Lubin (w)-:-
07.03 Czarni Radom (d)-:-
10.03 Łuczniczka Bydg. (w)-:-
17.03 AZS Politechnika (d)-:-
24.03 GKS Katowice (w)-:-
30.03 MKS Będzin (d)-:-
07.04 Espadon Szczecin (w)-:-
14.04 Święt. Siatk. Kielce (d)-:-

Liga Mistrzów - terminarz
08.11 Jedinstvo/Omonia (w)-:-
12.11 Jedinstvo/Omonia (d)-:-

Tabela końcowa - PlusLiga 2016/2017

1. ZAKSA Kędzierzyn
2. Skra Bełchatów
3. Jastrzębski Węgiel
4. Resovia Rzeszów
5. AZS UWM Olsztyn
6. Cuprum Lubin
7. Czarni Radom
8. Trefl Gdańsk
9. AZS Politechnika
10. GKS Katowice
11. MKS Będzin
12. Espadon Szczecin
13. Effector Kielce
14. BBTS Bielsko-B.
15. Łuczniczka Bydg.
16. AZS Częstochowa

Informacje o klubie
Rok założenia: 1949 (LZS Jastrzębie), 1961 (Górnik Jastrzębie; od 1963 Górnik Jas-Mos; od 1970 GKS Jastrzębie; od 1991 KS Jastrzębie-Borynia; od 2004 Jastrzębski Węgiel)
Barwy: pomarańczowo-biało-czarne
Adres: al. Jana Pawła II 6, 44-335 Jastrzębie-Zdrój
Obiekt: Hala Widowiskowo-Sportowa, ul. Jana Pawła II 6
Rozgrywki: Siatkarska PlusLiga

Prezes: Adam Gorol
Trener: Mark Lebedew (Aus)
Asystent trenera: Leszek Dejewski
Trener przyg. fiz.: Wojciech Bańbuła
Scoutman: Bogdan Szczebak
Fizjoterapeuta: Paweł Baryła

Kadra:
Przyjmujący: Jason de Rocco (Can) [9], Marcin Ernastowicz [8], Salvador Hidalgo Oliva (Cub) [13], Rodrigo Quiroga (Arg) [7]
Rozgrywający: Lukas Kampa (Ger) [10], Dardan Lushtaku (Swe) [5]
Środkowy: Damian Boruch [6], Grzegorz Kosok [4], Wojciech Sobala [11], Jakub Turski [17]
Atakujący: Maciej Muzaj [2], Patryk Strzeżek [1]
Libero: Karol Gdowski [12], Jakub Popiwczak [3]

« powrót

ZAPOWIEDZI

2017-09-19

JKH GKS Jastrzębie - GKS Tychy

7. kolejka Ekstraligi hokeja na lodzie

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-09-22

JKH GKS Jastrzębie - SMS PZHL U20

5. kolejka Ekstraligi hokeja na lodzie

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-09-23

GKS 1962 Jastrzębie - Wisła Puławy

10. kolejka piłkarskiej II ligi

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2017-10-07

GKS 1962 Jastrzębie - Garbarnia Kraków

12. kolejka piłkarskiej II ligi

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

więcej zapowiedzi

PUBLICYSTYKA

Z Jastrzębia do Bombaju... autostopem!

 
Na co dzień jest kapitanem Jastrzębskiego Węgla. Zawodowym siatkarzem, który w poprzednim sezonie dwukrotnie był wybierany najbardziej wartościowym zawodnikiem (MVP) ligowych spotkań. Jednak w przerwie między rozgrywkami ten znany wszystkim kibicom jastrzębskiej siatkówki facet rozbudza swoje drugie "ja", po czym bierze plecak i rusza w świat. Bynajmniej nie po to, aby spędzić wakacje w luksusowym kurorcie.

Patryk Strzeżek. Niespełna 28 lat. Warszawiak. Od dwóch lat gra w Jastrzębiu. Niezwykle pozytywny gość, który po zakończeniu kariery siatkarza na pewno nie będzie nudził się w życiu. Raczej można przewidywać, że przy tym tempie rozwoju podróżniczej pasji i takim nastawieniu do świata jego globtroterskie wyczyny szybko przyćmią sukcesy siatkarskie. Rozmowa z nim przypomina czytanie książek Wojciecha Cejrowskiego.

W maju i czerwcu wraz z Mateuszem Przybyłą (siatkarzem MKS Będzin) Patryk Strzeżek pojechał autostopem do Bombaju. Dosłownie. W duecie stanęli na autostradzie w Mszanie i ruszyli w nieznane. Przez Bałkany, Turcję, Iran, Emiraty i Oman (z konieczności samolotem) dotarli do Indii. Przemierzali kilometry z prawie 150 kierowcami. Nie organizowali noclegów i spali gdzie popadnie (nawet sobie nie wyobrażacie, gdzie można spać w Iranie!). To co zobaczyli i przeżyli w ciągu dwóch miesięcy, pozostanie w nich na zawsze. Dla Strzeżka była to już trzecia długa podróż do Azji. Co ważne, tegoroczna wyprawa była również okazją do zorganizowania akcji pomocy dla cierpiącego na rozszczep kręgosłupa i wodogłowie 13-letniego Kacpra z Żor.
 
- Zanim porozmawiamy o samej podróży, od razu rozstrzygnijmy najważniejszą sprawę. Dotarliście z Mateuszem Przybyłą do Indii, a Kacper będzie miał specjalistyczny, nowy wózek za sprawą zbiórki w internecie.
Patryk Strzeżek - Tak, w trakcie wyprawy udało nam się zebrać całą potrzebną kwotę, czyli ok. 12 tys. zł. Obecnie załatwiamy formalności związane z przekazaniem pieniędzy. Kacper to niesamowity gość, z którym szybko się zaprzyjaźniliśmy. Śledził naszą wyprawę i mieliśmy już okazję do spotkania po naszym powrocie. Mimo niepełnosprawności jest czynnym sportowcem. Trenuje rzut oszczepem, pchnięcie kulą i rzut dyskiem, ale w zasadzie ciężko znaleźć dyscyplinę, której nie uprawiał, bo jeździł na nartach i konno, pływał i uczestniczył w biegach ulicznych. To naprawdę wspaniała sprawa. Nie mam pojęcia, skąd u niego tyle energii i zapału. 
 
- Ocenił to człowiek, który przejechał autostopem pół Europy i Bliskiego Wschodu, mijając o kilkadziesiąt kilometrów okolice, gdzie toczy się okrutna wojna. Czy przed wyprawą miałeś jakieś obawy, które po powrocie okazały się zwyczajnie śmieszne?
- Nie miałem żadnych obaw. Przed wyjazdem nigdy nie nastawiam się w ten sposób, że coś złego może mi się przydarzyć. Gdybym był takim pesymistą, to pewnie nie ruszyłbym się z domu. Zdawałem sobie rzecz jasna sprawę, że jedziemy w dość niebezpieczne rejony, jednakże nawet na południowym wschodzie Turcji, niedaleko granicy z Syrią, nie czuliśmy się w jakiś sposób zagrożeni. Powiem więcej, tam ludzie byli jeszcze bardziej otwarci i pomocni, niż w innych częściach tego niezwykle gościnnego kraju! Mieliśmy wprawdzie taką sytuację, że zmierzając do granicy z Iranem zamknięto nam przed nosem drogę w góry z powodu toczących się tam rzekomo walk z Kurdami, ale to było wszystko. Policja i wojsko po prostu odcięły dojazd do terenów, gdzie akurat była jakaś strzelanina. Cywile i nieliczni podróżni nie mają z tym wszystkim kontaktu, choć oczywiście rzuca się w oczy niezwykła bieda ludzi, którzy uciekli przed wojną i koczują w okolicy.
 

- Sam stwierdziłeś, że niewielu tam jest turystów, czemu trudno się dziwić. Znajomi i rodzina nie pytali, czy was aby przypadkiem nie popieściło?
- Istotnie, ze strony przyjaciół czy rodziców pojawiały się jakieś wątpliwości, przy czym w moim przypadku były one dość zdawkowe, bo ja swoją mamę już przyzwyczaiłem do tego typu wypraw. Najwięcej obaw ze strony znajomych budził Iran, ale to wina błędnych wyobrażeń o tym pięknym kraju. Perska kultura jest najstarsza na świecie i oni są z niej tak dumni, jak z niczego innego. Irańczycy bez względu na wszystko pragną pokazać przyjezdnemu swój kraj z jak najlepszej strony. Chyba nigdzie na świecie nie spotkasz się z sytuacją, że idziesz ulicą i zupełnie obcy facet zaprasza cię do siebie na obiad czy kolację. Widzą wędrowców, to zapraszają. Sami z siebie!
 
- Jak wspomnieliśmy, podróżowaliście autostopem. Liczyliście te samochody?
- Podróżowaliśmy z ponad 140 kierowcami. Niesamowity przekrój ludzkich losów, od astrologa, który jechał oglądać gwiazdy w górach, przez jakichś zakapiorów, o których można było powiedzieć, że o ile wożą autostopowiczów, to w bagażnikach, aż po zwyczajnych, zapracowanych ludzi, którzy nie zostawiali nas na drodze. Musieliśmy ufać tym ludziom, tak jak oni musieli ufać nam. 
 
- Macie po dwa metry wzrostu. 
- Tak, to mogło budzić pewne obawy. Tymczasem w Bułgarii kierowca chciał się przespać i zapytał, czy sam nie mam ochoty poprowadzić auta. I tak się stało. On odpoczywał na drugim siedzeniu, a ja pędziłem jego wozem do Stambułu. Z kolei na południu Iranu jechaliśmy takim małym dostawczakiem, gdzie być może normalnie weszłoby trzech niskich i szczupłych facetów, ale nie dwóch siatkarzy. Siedzieliśmy więc jak sardynki, a że było potwornie gorąco, to dosłownie nie mieliśmy czym oddychać. Centralnie sauna z nawiewem na twarz. Ekstremalne przeżycie, a mimo to ten człowiek nie tylko nas przewiózł, ale na dodatek pomógł nam po dotarciu na miejsce. Z kolei w Omanie, gdzie akurat panowały rekordowe temperatury, kierowcy litowali się nad nami i nie chcieli nas wypuszczać z samochodów. Doszło do tego, że choć jeden z nich w ogóle nie jechał do Maskatu, stolicy tego kraju, to nadrobił kilkadziesiąt kilometrów i zawiózł nas tam kompletnie za darmo. A przy okazji życzliwie opieprzył nas, że ryzykujemy przy takich upałach. Oni na serio przejmowali się naszym losem! Inna sprawa, że z każdym kolejnym przejazdem wkradała się w to wszystko rutyna, bo kierowcy chcieli wiedzieć o nas jak najwięcej. Ile razy można to samo gadać? Wymyśliliśmy więc pewną formułkę, którą potem na przemian z Mateuszem powtarzaliśmy (śmiech). 
 

- W Iranie czy Omanie tak dobrze znają ideę autostopu?
- Prawie w ogóle jej nie znają! A mimo to pomagają i chętnie się zatrzymują. Dziwi ich widok dwóch ludzi o innym kolorze skóry z wielkimi bagażami. Mogę zapewnić, że po tym doświadczeniu zawsze zatrzymam się przy drodze, jeśli będę widział autostopowicza. Czekający na poboczu człowiek zawsze ma więcej do stracenia niż kierowca. To on ma prawo żywić o wiele więcej obaw, bo przecież ryzykuje, że trafi na bandytę, który go pobije, okradnie i zostawi w zupełnie obcym miejscu. Łatwo odróżnić uczciwego autostopowicza od jakiegoś podejrzanego typa, bo ma wielki plecak i bije z niego zmęczenie.
 
- Krótko mówiąc, nigdzie nie narzekaliście na brak gościnności czy życzliwości?
- Nigdzie! Przez tę całą dwumiesięczną wyprawę spaliśmy z Mateuszem w namiocie, pustostanach, zajazdach czy na dachach pod gołym niebem, ale też w domach u ludzi, którzy nas zaprosili. I nikt nie wziął od nas złamanego grosza. Pierwsze pieniądze na nocleg wydaliśmy w Indiach, gdzie musieliśmy spać w hostelu. Tam jest jednak dość dziko i rozkładanie namiotu w niektórych okolicach byłoby po prostu zbyt niebezpieczne. Jednak najciekawszym miejscem, w którym spaliśmy, był meczet w Iranie.
 

- Spaliście w meczecie w Iranie?!
- Tak, polecił nam to ten gość z małego dostawczaka. W meczetach jest stosunkowo chłodno i bezpiecznie. Jeśli świątynia była zamknięta, to nocowaliśmy przed wejściem. W zasadzie nie wiem, czy to zgodne z ich prawem, ale nikt nie robił nam z tego powodu wyrzutów. Po prostu rano przychodził odźwierny i grzecznie nas budził. Nikt nigdy nie zwrócił nam na to uwagi, a co więcej, mieliśmy okazję załapać się na darmowy posiłek. W Iranie akurat trwał ramadan, więc ludzie zbierali się po zmroku na wystawnych kolacjach przy meczetach, gdzie i nas częstowano, nie pytając o wyznanie i pochodzenie.
 
- Powinienem to jakoś błyskotliwie skomentować, ale szczerze mówiąc opadła mi szczęka. Mamy w Polsce nieco inny obraz tego kraju. Naprawdę nigdzie nie było żadnych kwasów z powodu różnic religijnych czy polityki?
- Na tle religijnym nikt nigdy nie miał do nas cienia pretensji. Generalnie w Iranie jest tak, że nie można nosić szortów i koszulek na ramiączkach. Zawsze staram się respektować zasady kraju, w którym goszczę i uważam, że w drugą stronę powinno to działać podobnie. Jednakże chwilami był taki upał, że nie było innego wyjścia. W moim przypadku było to o tyle kłopotliwe, że mam w widocznym miejscu wytatuowany krzyż. Może raz ktoś dziwnie spojrzał, ale nie tyle na sam krzyż, co na tatuaż jako taki. A poza tym zero reakcji. Nikt nie próbował nas nawracać na islam. Nikt nie wypominał nam chrześcijaństwa. Wręcz przeciwnie - szczególnie młodzi ludzie podkreślali, że przecież jest jeden Bóg, w którego wierzą zarówno oni, jak i ja. Same zasady religijne mają tu drugorzędne znaczenie. Bardziej "grzała" ich polityka, ale ja nigdy nie biorę udziału w takich dyskusjach, bo tej tematyki akurat nie lubię.
 

- To idźmy dalej w tym wychwalaniu Iranu. Mam kolegę, którego nosi po świecie, tak jak ciebie. Autorytatywnie stwierdził, że Iranki to najpiękniejsze kobiety globu. Potwierdzasz?
- Na pewno to światowa czołówka (śmiech). Ale wszędzie są piękne kobiety, choć rzeczywiście Iranki mają bardzo ciekawą urodę. Mnie osobiście bardzo się podobają, mimo że publicznie chodzą w chustach i nie do końca widać je "w pełnym wydaniu". Jednakże kiedy przebywaliśmy u zwykłych ludzi, to dziewczyny ubierały się jak Europejki, w dżinsy czy bluzki. Choć rzecz jasna bez ostentacji.
 
- Czytałem na twoim profilu o paru ekstremalnych przeżyciach. Wszyscy pytają cię o zdobyty wulkan, do którego przejdziemy za chwilę, ale ja wolałbym zacząć od tego, jak zostałeś kibicem Besiktasu.
- W Stambule byłem świadkiem absolutnego kibicowskiego szaleństwa w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Tam każda dzielnica dopinguje inny klub, w efekcie czego część miasta należy do Besiktasu, część do Fenerbahce, a część do Galatasaray. Akurat tak się złożyło, że kiedy my byliśmy nad Bosforem, to Besiktas grał o piłkarskie mistrzostwo Turcji, a Fenerbahce walczyło w finale EuroBasketu. No szał. Chcieliśmy z Mateuszem wbić się na mecz Besiktasu, ale okazało się to niemożliwe, bo nie mogliśmy dostać biletu. Postanowiliśmy zatem dać się porwać tłumowi i trafiliśmy do jednej z dzielnic należących do kibiców tego klubu. Masakra, co tam się wyprawiało! Karnawał, wszędzie telewizory i telebimy, wszyscy żyli meczem! Race i śpiewy jak na stadionie. Staliśmy przy pomniku orła, a jakiś ichni lider prowadził doping z daszku i cały plac go słuchał. Facet nie mógł zejść z tego podwyższenia, więc ruszyłem z pomocą i wziąłem go na barana. I on siedząc mi na ramionach nadal prowadził ten doping. Szaleństwo. 
 
- Czyli nosiłeś, tak to określmy, "Starucha" z Besiktasu?
- Tak! Byłem w samym sercu tego dopingu. Nigdy tego nie zapomnę. Miałem ciary na całym ciele (przyp. red. - filmiki z tej akcji można zobaczyć na profilu Facebook / Pat w siatce podróży >>>).
 
- Drugim ekstremalnym przeżyciem było zdobycie Demawendu, najwyższego wulkanu Azji. Ponad 5600 m n.p.m. Czytałem relację i widzę tu kwintesencję twojego podejścia do życia. Nie martwisz się, że może się nie udać. Po prostu idziesz.
- Na pewno nie jest tak, że kompletnie nie wiedzieliśmy, na co się porywamy. Zdawaliśmy sobie sprawę, że góra sama w sobie nie jest specjalnie trudna technicznie. Problem polegał na tym, że jest cholernie wysoka, a ja nie miałem nigdy doświadczenia związanego z niedoborem tlenu na takim poziomie. Bierzesz oddech, a tu lipa, bo nie masz powietrza w płucach. Nogi siadają, a ty męczysz się niemożliwie. Tymczasem my założyliśmy sobie z Mateuszem, że wejdziemy na szczyt w trzy dni. A mieliśmy na sobie zwykłe buty trekkingowe! Nie będę ściemniał - to nie było rozsądne. 
 
- Dobrze, że ty to powiedziałeś.
- Ludzie, z którymi rozmawialiśmy na trasie, mówili wprost, że to głupota. Ale wspólnymi siłami, dosłownie ciągnąc jeden drugiego, osiągnęliśmy cel. Jestem przekonany, że w pojedynkę (lub z kimś innym niż Mateusz) w życiu bym tam nie wszedł. Nigdy wcześniej nie byłem tak wypompowany, a przecież z wierzchołka nikt cię na rękach do bazy nie zaniesie. Cieszyłem się jednak jak dziecko i ta adrenalina pomogła mi wrócić. Żeby było jeszcze ciekawiej, to część trasy z powrotem zjechaliśmy na tyłkach po śniegu, bo przecież w górnych partiach był mróz. Totalna amatorka z naszej strony. Byliśmy źle przygotowani. Nie mieliśmy nawet odpowiedniego prowiantu. Posiłek zostawiły nam dwie Polki, które wcześniej spotkaliśmy w bazie na Demawendzie. Zeszliśmy ze szczytu, a tu czekało na nas pyszne polskie jedzenie, za które byliśmy im dozgonnie wdzięczni. Kontakt utrzymujemy do dziś.
 
- Aż boję się zapytać, jak przekraczaliście granice.
- Tu akurat byliśmy w pełni przygotowani (śmiech). Mieliśmy wizy, w czym bardzo pomogła nam firma "Aina", którą mogę polecić każdemu podróżnikowi. Byliśmy zresztą bardzo pozytywnie odbierani przez celników. Kierowcy obawiali się przejeżdżać z nami przez granicę, więc zostawiali nas przed szlabanem i odbierali po drugiej stronie, a my musieliśmy radzić sobie sami. Pogranicznicy z zaciekawieniem patrzyli na dwóch wysokich gości z wielkimi plecakami. Na granicy irańskiej od razu nas zapytano, czy przypadkiem nie gramy w siatkówkę. Kiedy potwierdziliśmy, to celnicy sądzili chyba, że odbijamy amatorsko w parku. Sprawdzili nas szybko w internecie i kiedy zobaczyli, że gramy w PlusLidze, to kontrola naszych bagaży poszła błyskawicznie. No i nie obeszło się bez obowiązkowych wspólnych zdjęć.
 

- Podobno to właśnie z Iranu przysłałeś do Jastrzębskiego Węgla swój podpisany kontrakt.
- Wysyłałem go już z Turcji, ale albo zaginął, albo dotarł z dużym opóźnieniem. Dlatego zjawiłem się na poczcie w Iranie i stamtąd przesłałem dokument. Człowiek na poczcie również mnie sprawdzał i kiedy obadał, co i jak, to od razu chciał sobie zrobić wspólną fotkę. No po prostu mega-pozytywni ludzie.
 
- Żałowałeś we wpisie na Facebooku, że ostatecznie nie udało się wam dotrzeć do Indii inaczej niż samolotem, bo najpierw z Iranu do Dubaju, a następnie z Omanu do Indii przemieściliście się z konieczności drogą powietrzną. Pakistan chcieliście mimo wszystko ominąć.
- Każde ryzyko ma swoje granice, choć nie będę ukrywał, że w pewnym momencie w Bandar Abbas w Iranie pojawiła się i taka koncepcja. Problem polegał jednak na tym, że szosa wiodąca do Indii jest położona stosunkowo blisko afgańskiej granicy i tam jest już naprawdę niebezpiecznie. Eskalacja konfliktu i te sprawy. Planowaliśmy pokonać ten teren po cichu, a rodzinom i znajomym naściemniać, że płyniemy statkiem, ale nawet to okazało się niemożliwe. Próbowaliśmy załatwić sobie wizy przez polską ambasadę, w czym pomagał nam Łukasz Żygadło, którego spotkaliśmy wcześniej w Teheranie. Łukasz pogadał z kim trzeba, ale polecono mu przekazać nam, że mamy stuknąć się w łeb.
 
- Dosłownie?
- Coś w ten deseń (śmiech). W efekcie utknęliśmy w Bandar Abbas. Był ramadan, więc do Dubaju nie odpływały nawet małe jednostki. I tu ponownie zadziałała niesamowita gościnność i uprzejmość Irańczyków. Choć był to zamknięty port, to po małym wahaniu wpuszczono nas i pozwolono pogadać z kapitanami potężnych kontenerowców, czy któryś nie miałby możliwości zabrać nas do Emiratów czy do samych Indii. Zabroniono nam jedynie robić zdjęć, czego diabelnie żałuję, bo te kontenerowce robiły niesamowite wrażenie. Statek ma trzysta metrów długości, a na nim prawdziwe "wilki morskie" - ludzie, którzy spędzili na morzu pół życia. Coś wspaniałego. Ostatecznie nic nie udało się wskórać, choć jeden z kapitanów był skłonny zabrać nas do Chin! Gdyby nie ta cała akcja, że jedziemy do Bombaju, to na pewno byśmy skorzystali z tej oferty.
 

- Czyli do Dubaju samolotem, potem autostopem do Maskatu w Omanie i stamtąd znów samolotem do Indii. Wspominałeś o południowo-wschodniej Turcji i nędzy ludzi, którzy uciekli przed wojną. Ale byłeś też w Dubaju. A tam...
- A tam jest idealny świat. Dla mnie aż zbyt idealny. Pałace, limuzyny, taksówki dla zwierząt jadących do fryzjera, wille z tygrysami w klatkach. Zero bezdomnych i pijanych, których od razu zgarnia specjalna policja. Szok. W samym Dubaju gościła nas Ania, która pracuje tam od kilku lat jako makijażystka przy produkcjach. Napisała do mnie na Facebooku, kiedy dowiedziała się o naszej akcji. Mieszka w potężnym apartamencie w jednej z najbogatszych dzielnic. Z okna jej mieszkania widać te słynne Wyspy Palmowe, wyrwane Zatoce Perskiej.
 
- Kiedy w ciągu kilku dni miałeś do czynienia z tym potężnym bogactwem i niewyobrażalną nędzą, to nie zagrał ci Niemen i "Dziwny jest ten świat"?
- Na pewno jest to uderzające. Ciężko nawet ocenić, czy to jest niesprawiedliwe, czy nie. Chociaż... niby czemu miałoby być sprawiedliwe? Tak czy inaczej, nie porównasz tych dwóch światów i nie masz żadnej możliwości, żeby to zmienić. W Dubaju idealna rzeczywistość, a w Bombaju masa bezdomnych, ludzi mających za dobytek kawałek dykty, na której śpią. Kiedy kończyłem moją wyprawę i wyruszyłem już "prywatnie" na Sri Lankę, to miałem moralnego kaca, bo nie pomyślałem o tym, żeby choć jednemu z tych żebraków oddać mój namiot, w którym spałem przez dwa miesiące, a który nie był mi już potrzebny. Bardzo tego żałuję.
 
- Przejechałeś z Jastrzębia-Zdroju do Bombaju. Mało ci było wrażeń, więc ruszyłeś jeszcze na Sri Lankę?
- Docelowo miało to być kilka dni odpoczynku po wyprawie. Wiadomo, że w trakcie jazdy wstajesz rano i masz cel do zrealizowania. Potrzebowałem chwili oddechu i całkowitego luzu. Stąd ta Sri Lanka. Cudowny kraj. Pierwsza trójka wśród moich ulubionych. Choć raczej unikam wracania do odwiedzonych już miejsc, to tę zasadę akurat w przypadku Cejlonu złamię.
 

- Tamilskie Tygrysy, jakaś wojna domowa, tsunami...
- A dla mnie to był raj. Totalna wolność, piękne morze, plaża i deska surfingowa. Poznałem tam grupę świetnych ludzi i choć miałem w planach zjechanie wyspy z góry na dół, to zostałem przez prawie dwa tygodnie w jednym miejscu. Oglądałem dzikie słonie i krokodyle. Żeby było jeszcze ciekawiej, to na lotnisku w Bombaju zgubiono mój bagaż. Na Sri Lance zameldowałem się jedynie w koszulce i szortach, z kamerką, telefonem i śpiworem. Początkowo śmigałem boso, ale szybko coś tam sobie dokupiłem do ubrania. I byłem szczęśliwy jak dziecko! Dziś już wiem, że mogę jechać na wyprawę z marszu, tak jak stoję. A bagaż ostatecznie przysłali mi na dzień przed powrotem do Polski.
 
- Koledzy w szatni komentowali powrót dzikusa?
- Oczywiście pytają, co i jak, gdzie byłem, co widziałem i jakie tam są dziewczyny, ale przyzwyczaili się do tych moich wyjazdów i traktują je jak niegroźne szaleństwo. Jesteśmy zgraną ekipą, w której w przerwie między sezonami nie nastąpiły jakieś wielkie zmiany. Koledzy wiedzą zatem, że po powrocie do Polski nie śpię w namiocie pod halą, tylko mam normalne mieszkanie.
 
- Czytałem gdzieś, że według niektórych badaczy cywilizacja zachodnia kończy się wraz z ostatnim sedesem, jaki znamy z naszych przybytków, gdzie król chadza piechotą.
- Wobec tego w naszym przypadku skończyła się w centralnej Turcji, bo potem pozostawała nam już tylko dziura w ziemi. I to niezależnie od tego, czy to była stacja benzynowa, czy prywatne mieszkanie. Dlatego koledzy z zespołu śmieją się teraz na siłowni, że mam tak niski przysiad, bo przez dwa miesiące nie siedziałem na normalnym kiblu (śmiech).
 
- Jak to u ciebie w końcu jest? Patryk Strzeżek wraca do Polski na sezon PlusLigi, czy już jest odwrotnie - że tu jesteś "na wyjeździe", a twoim domem jest rzeczywistość podróżnika?
- Wiesz, że często słyszę to pytanie w czasie wyprawy? Rozwiązuję to następująco - dzielę swoje życie na dwa światy. Przez dziewięć miesięcy jestem zawodowym siatkarzem. Siatkówka to moja pasja i uwielbiam ją. Jednak kiedy po sezonie ruszam w trasę, to całkowicie zapominam o parkiecie. Jeśli jedziesz na inny kontynent i spędzasz czas poza znaną ci na co dzień kulturą, to nie możesz odżywiać się według określonej diety i przerzucać ciężarów na siłowni. Ponadto dopiero po powrocie zasiadam do książek, aby przeczytać, co inni napisali o miejscach, w których byłem. Jeśli gdzieś pojedziesz z czystą głową, to inaczej to przeżywasz. 
 
- Ciekawe podejście. Nie pomyślałbym o tym w ten sposób.
- Nie masz czyjegoś obrazu danego miejsca, ale swój. Masz własne zdanie na dany temat i dopiero wtedy uderza cię, jak bardzo pewne rzeczy są przekłamane. Polecam. Działa znakomicie.
 
- Nawet nie będę cię wobec tego obrażał pytaniem, czy będzie kolejna podróż.
- Na pewno będzie. Ale nie wiem, czy po raz czwarty z rzędu wybiorę się do Azji. Są też inne kontynenty. Świat stoi otworem.
 
 

 

rozm. mg

KOMENTARZE

  • seboc | 01/09 godz. 08:33

    @Jol

    Bez przesady. Iran np. jest wciaz wyjatkowo tani. Najwiekszy wydatek to bilet lotniczy (bez specjalnej promocji to wydatek ok. 400€, ale mozna kupic bilety z Ukrainy za 90€ w obie strony) i wiza (na lotnisku) - 75€. Podroze autobusowe wewnatrz kraju to koszt 1 - 1,5€ / 100km, w tym drugim przypadku cena za luksusowy autobus VIP.

  • seboc | 01/09 godz. 08:13

    W pelni sie zgadzam. Iran jest przepiekny i arcyciekawy. Iranki to faktycznie najpiekniejsze kobiety na swiecie.

    Most Khaju w Esfahanie (na zdjeciu z lezacym) kazdego wieczoru staje sie miejscem spotkan towarzyskich i spontanicznych wystepow artystycznych. Doskonala okazja, by poznac nature Persow.

  • | 31/08 godz. 11:42

    Brawo!

  • Jol | 31/08 godz. 06:17

    A ja jestem biedak i na nic mnie nie stać

  • ukaś | 31/08 godz. 05:11

    ooo jasnet to jest wasz najlepszy artykuł... i takie wiadomosci dodawajcie starajcie sie a nie sztyc o pensjach ryloków ;) pozdrawiam wszystkich

  • ele | 30/08 godz. 18:29

    o to jest to o czym marzę i wszystkie problemy w d.pie...

  • jacek | 30/08 godz. 17:30

    Ekstra podróz taka wyprawa to moje marzenie narazie pobujałem sie w podobny sposób tylko po Europie gratulacje.

DODAJ KOMENTARZ

Twoje imię:

Komentarz:

akceptuję regulamin

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X