Dzisiaj jest: niedziela, 16 czerwca 2019   Imieniny: Aneta, Justyna, Benon

więcej ›

SPORT

Siatkówka



PlusLiga 2018/2019 - terminarz
12.10 Czarni Radom (w)3:0
17.10 Warta Zawiercie (w)3:2
29.10 MKS Będzin (w)3:2
03.11 Skra Bełchatów (d)3:1
07.11 ZAKSA Kędzierzyn (w)0:3
10.11 Trefl Gdańsk (d)3:0
18.11 AZS Olsztyn (w)3:1
26.11 Chemik Bydgoszcz (d)0:3
08.12 Resovia Rzeszów (d)3:1
12.12 Cuprum Lubin (w)3:2
16.12 Onico Warszawa (d)2:3
22.12 GKS Katowice (d)3:0
29.12 Czarni Radom (d)3:0
14.01 Warta Zawiercie (d)3:1
03.02 MKS Będzin (d)3:0
06.02 Skra Bełchatów (w)3:1
09.02 ZAKSA Kędzierzyn (d)0:3
17.02 Trefl Gdańsk (w)3:1
20.02 AZS Olsztyn (d)2:3
25.02 Chemik Bydgoszcz (w)3:0
02.03 Resovia Rzeszów (w)0:3
07.03 Cuprum Lubin (d)3:0
17.03 Onico Warszawa (w)0:3
19.03 GKS Katowice (w)3:1
Ćwierćfinał play-off
27.03 Skra Bełchatów (d)3:2
30.03 Skra Bełchatów (w)3:0
Półfinał play-off
16.04 Onico Warszawa (w)3:1
19.04 Onico Warszawa (d)0:3
24.04 Onico Warszawa (w)2:3
Mecze o 3. miejsce
27.04 Warta Zawiercie (d)3:2
01.05 Warta Zawiercie (w)3:2
04.05 Warta Zawiercie (d)3:0

PlusLiga 2018/2019

1. ZAKSA Kędzierzyn
2. Onico Warszawa
3. Jastrzębski Węgiel
4. Warta Zawiercie
5. Czarni Radom
6. Skra Bełchatów
7. Resovia Rzeszów
8. GKS Katowice
9. Trefl Gdańsk
10. AZS Olsztyn
11. Cuprum Lubin
12. Chemik Bydgoszcz
13. MKS Będzin
       
Informacje o klubie
Rok założenia: 1949 (LZS Jastrzębie), 1961 (Górnik Jastrzębie; od 1963 Górnik Jas-Mos; od 1970 GKS Jastrzębie; od 1991 KS Jastrzębie-Borynia; od 2004 Jastrzębski Węgiel)
Barwy: pomarańczowo-biało-czarne
Adres: al. Jana Pawła II 6, 44-335 Jastrzębie-Zdrój
Obiekt: Hala Widowiskowo-Sportowa, ul. Jana Pawła II 6
Rozgrywki: Siatkarska PlusLiga

Prezes: Adam Gorol
Trener: Roberto Santilli (Ita)
Asystent trenera: Leszek Dejewski
Trener przyg. fiz.: Nicola Giolito (Ita)
Scoutman: Bogdan Szczebak
Fizjoterapeuta: Bartosz Celadyn

Kadra:
Przyjmujący: Tomasz Fornal, Christian Fromm (Ger) [1], Julien Lyneel (Fra) [8]
Rozgrywający: Lukas Kampa (Ger) [10], Raphael Margarido (Bra)
Środkowi: Piotr Hain [16], Michał Szalacha
Atakujący: Dawid Konarski [6], Jakub Bucki [5]
Libero: Jakub Popiwczak [3], Paweł Rusek [7]

« powrót

ZAPOWIEDZI

2019-07-27

4. Otwarte Mistrzostwa Śląska

Siatkówka plażowa - turniej mikstów

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2019-09-21

9. Jastrzębska Dziesiątka

Bieg masowy na 10 km

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2019-12-07

Środkowoeuropejski Puchar Młodzieży

Runda finałowa

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

więcej zapowiedzi

PUBLICYSTYKA

"Potrafimy grać ze Skrą!"

Jakub Popiwczak; Fot. Magdalena Kowolik
 
W najbliższą środę o godz. 17:30 siatkarze Jastrzębskiego Węgla rozpoczną batalię o półfinał PlusLigi. Rywalem naszego zespołu będzie Skra Bełchatów i... to chyba w zupełności wystarczy za rekomendację. Dlatego bez zbędnych wstępów zapraszamy do wywiadu z jednym z ulubieńców naszych kibiców, Jakubem Popiwczakiem.

Niespełna 23-letniego libero nie da się nie lubić - mimo już siedmioletniego stażu w PlusLidze "Piwo" nie chodzi z głową w chmurach i wręcz zaraża całe swoje otoczenie niebywałym optymizmem. Z Jakubem Popiwczakiem rozmawiamy nie tylko o Skrze Bełchatów, ale także o "jeździe na hamulcu ręcznym" w tym sezonie, atmosferze w drużynie, echach zamieszania z odejściem Fefe, a także o mieszkaniu w Zdroju i... żonie!
 
- Czy "Piwo" nadal jest pełne optymizmu?
Jakub Popiwczak - Myślę, że mimo upływu lat moje pozytywne nastawienie do rzeczywistości utrzymuje się na niezmiennym poziomie. Oczywiście dojrzewam do pewnych spraw, nabieram więcej ogłady i pewności sobie oraz nieco inaczej patrzę na świat, ale nadal zasypuję kolegów "głupimi tekstami" i staram się zarażać ich tym moim pozytywnym wariactwem (śmiech). Wciąż słyszę od nich pół-żartem, że za dużo i za głośno mówię, ale nie będę ukrywał, że pod względem sportowym i życiowym wiele się zmienia.
 
- Ale Juliena Lyneela zdarzyło ci się ochrzanić. Masz nawet takie ciekawe zdjęcie na instagramie...
- To "spięcie" trwało całe trzy sekundy, a z tego zdjęcia robiliśmy potem memy w drużynie. Podczas meczu w Bełchatowie mieliśmy z Julienem małą różnicę zdań w kwestii brania challenge'u i... to wszystko. Łukasz Kadziewicz potem skomentował, że atmosfera w Jastrzębiu jest "pod prądem", a ja słysząc te słowa zastanawiałem się, o czym on mówi. Dodam tylko, że bardzo nie lubię się kłócić i z marszu wyjaśniam każde nieporozumienie. Nie chcę, żeby ktokolwiek krzywo na mnie patrzył, więc można być pewnym, że w sytuacji konfliktu będę starał się od razu załagodzić i wyjaśnić sprawę. 
 
- Kiedy rozmawialiśmy dwa lata temu, pytałem cię, ile jest w tobie legniczanina, a ile jastrzębianina. "Nasz" procent chyba rośnie, skoro kupiłeś mieszkanie w Zdroju.
- Rzeczywiście, akurat tak się złożyło, że mam za sobą pierwsze noce na nowym miejscu. Zamieniłem Żory na Jastrzębie, ponieważ bardzo dobrze się tu czuję i niczego mi nie brakuje. Jako sportowiec chciałbym iść do przodu i dlatego cieszę się, że Jastrzębski Węgiel ma naprawdę ciekawe plany na przyszłość. Obiło mi się o uszy, że pod tym względem w najbliższych latach ma być jeszcze lepiej. Czego chcieć więcej?
 
- Dlaczego wybrałeś akurat Zdrój?
- Mam blisko do Hali Widowiskowo-Sportowej, a poza tym w Zdroju jest park i kilka ciekawych restauracji. Słyszałem też, że pani prezydent ma w planach uczynienie ze Zdroju takiej swoistej "zabytkowej dzielnicy" z zamkniętą ul. 1 Maja oraz rynkiem. Wolę takie klimaty niż wysokie bloki. Natomiast samo mieszkanie może być także inwestycją na przyszłość. Przecież nie będę do końca życia grał w siatkówkę, a ileż można pompować żorski rynek nieruchomości (śmiech).
 
- Przejdźmy zatem do bieżącej siatkarskiej rzeczywistości. Przed meczem z Onico Warszawa pojawiła się informacja o twojej kontuzji...
- Spokojnie, nic się nie dzieje. Na treningu na dzień przed tym spotkaniem poczułem delikatny ból w plecach. To był zaledwie lekki dyskomfort, ale wraz z trenerem dmuchaliśmy na zimne. Dlatego pojawiłem się na parkiecie jako zmiennik, natomiast w pierwszym składzie wyszedł Paweł Rusek. Jestem zdrowy i w pełni gotowy do walki w play-offach.
 
- W tym sezonie fundujecie kibicom huśtawkę nastrojów. Potraficie zagrać świetnie, ale z drugiej strony w części spotkań można odnieść wrażenie, jakbyście próbowali jechać z zaciągniętym hamulcem ręcznym.
- Przyznam, że podzielamy te odczucia. Przykładem może być niedawny mecz w Warszawie. Przez cały tydzień treningi szły nam "jak po maśle". Po prostu zanotowaliśmy serię naprawdę udanych zajęć. Robimy to, co sobie założyliśmy, a forma idzie w górę. Tymczasem przychodzi sam mecz i nie wszystko wygląda tak olśniewająco, jak w przygotowaniach. To taka "niewdzięczność sportu"... Ładujemy kupę siły i energii w treningi, żeby wszystko było idealnie, tymczasem w trakcie samego spotkania "coś" nie gra. Trzeba mieć w sobie mnóstwo pokory, żeby mimo to przyjść na kolejne zajęcia i starać się myśleć pozytywnie. Po takich porażkach, jak w Rzeszowie czy Warszawie, pojawia się przecież obawa stagnacji. Trzeba to przetrwać i iść do przodu pamiętając, że ciężka harówa w końcu przyniesie efekty. Zwycięstwa smakują wówczas znacznie lepiej.
 
- Zatem być może problem tkwi "w głowach", a nie w przygotowaniu fizycznym? Przecież w meczach z Zaksą Kędzierzyn-Koźle do pewnego momentu gracie z nimi jak równy z równym, po czym dochodzi do zamieszania z sędziami. Wy odpadacie, oni odpalają i jest po zawodach.
- Oglądaliśmy powtórkę finału Pucharu Polski i sami widzieliśmy, że w pierwszym secie wyglądało to naprawdę nieźle. Nagle pojawia się problem z arbitrami i tę nerwówkę zdecydowanie lepiej wykorzystuje ZAKSA. My stajemy, a oni dodatkowo się nakręcają. Stwierdziliśmy, że coś z tym trzeba zrobić. Pogadaliśmy z trenerem i między sobą, po czym gramy w Jastrzębiu i... sytuacja powtarza się niemal jota w jotę! Po tym meczu złożyliśmy deklarację, że choćby nie wiadomo co się działo, nie wdajemy się w kłótnie z sędziami. To chyba zresztą widać, bo trener Roberto Santilli potrafił wręcz kipieć emocjami przy linii bocznej, a teraz wszyscy zachowujemy się spokojniej. Staramy się studzić emocje i to nie tylko "dla siebie", ale też po to, aby nie nakręcać rywali. Myślę, że akcje z arbitrami przebudziły Zaksę...
 
- Nie leży wam ten Kędzierzyn.
- Trafiamy na mur w rywalizacji z tym zespołem i jak na razie nie potrafimy ich przeskoczyć. Dajemy sobie radę praktycznie z każdym przeciwnikiem. Nawet z najmocniejszymi konkurentami potrafimy zagrać "swoje". Tymczasem ZAKSA najwyraźniej prezentuje wybitnie nieprzyjemny dla nas styl. Nie czujemy się dobrze z przeciwnikami, których nie da się "złamać" pierwszym uderzeniem. Oni potrafią znakomicie blokować i bronić się. Grają bardzo zespołowo i cierpliwie, czego z kolei nam czasem brakuje. Dla nich dłuższe wymiany są "wodą na młyn", a my chcemy tę swoją akcję skończyć możliwie najszybciej. Być może tu tkwi problem.
 
- Wracając do tematu sędziów - nie zmienia to faktu, że i kibiców czasem trafia szlag, kiedy widzą na telebimie daną sytuację, a oni gwiżdżą swoje.
- Na pewno w chłodnej analizie nie pomagają emocje, które przecież buzują na boisku i na trybunach. Nie chciałbym bronić sędziów, ale sam miałem okazję poprowadzić jako arbiter kilka meczów i proszę mi wierzyć, że to nie jest taka prosta sprawa. Poza tym, jak tłumaczył pan Wojciech Maroszek, sędzia nie może podejmować decyzji na podstawie np. trajektorii lotu piłki, jeśli nie jest na sto procent pewny danej sytuacji. Trzeba też pamiętać, że rozjemcy działają pod ogromną presją trybun. Czasem żartujemy, że kłopoty z sędziami przyciągnął Roberto Santilli, ponieważ podobne problemy nasz szkoleniowiec miał w Olsztynie (śmiech).
 
- W lutym powiedziałeś, że chcecie grać "swoją siatkówkę", ale na razie różnie wam to wychodzi. Co to jest "swoja siatkówka" Jastrzębskiego Węgla?
- Myślę, że zaprezentowaliśmy ją zaraz po tym, jak drużynę objął Roberto Santilli. Przykładem może być tu spotkanie z mocną Wartą Zawiercie, w którym nie daliśmy rywalom wielu szans na pokazanie się. Na pewno naszym atutem jest bardzo dobra zagrywka. Dysponujemy zawodnikami, którzy potrafią w tym aspekcie zrobić różnicę na parkiecie i odrzucić rywala do siatki. Jestem przekonany, że nie przegrywamy meczów jakimiś niestworzonymi akcjami czy niebotycznym poziomem ze strony przeciwnika, ale małymi błędami i brakiem koncentracji w niektórych momentach.
 
- Czyli, krótko mówiąc, pierdołami?
- Można to i tak nazwać. To są takie szczególiki, które złożone do jednego worka decydują o wyniku. Jeśli każdy z nas popełni jeden mały błąd, to jest to już sześć błędów. W efekcie z łatwego zwycięstwa w secie robi się walka na przewagi. Jeżeli gramy z naprawdę mocnym przeciwnikiem, to nie można pozwolić sobie na takie "marginesy". Jedną pomyłkę w przyjęciu czy błąd w komunikacji potrafi "wybaczyć" GKS Katowice, czego dowodem były ostatnie derby i przebieg trzeciego seta. Jeśli jednak po drugiej stronie jest ZAKSA Kędzierzyn lub Onico Warszawa, to nie ma zmiłuj. Przecież podczas ostatniego pojedynku w stolicy było podobnie. Niby wszystko "na styk", ale inicjatywa należała do warszawian. Te "małe rzeczy" psują nam nastrój, ponieważ mamy tę świadomość, że dane zagranie nie było idealne, choć mogło być.
 
- Czyli wracając do aspektu psychologicznego, brakuje kogoś takiego, jak Scott Touzinsky? Czyli facet, który potrafił rozładować atmosferę swoim pozytywnym nastawieniem?
- Scott był fantastycznym kolegą, który nigdy nikomu nie powiedział złego słowa. Jednak również teraz mamy zespół, w którym panuje naprawdę kapitalna atmosfera! Ten pozasportowy aspekt naszych relacji jest znakomity. Świetnie czujemy się razem i nie ma ani grama "kwasów" w szatni. Dlatego tak bardzo dziwię się, że ktoś może dostrzegać jakieś "złe fluidy" w naszej drużynie. To bzdura. Podsumowując - jestem przekonany, że wspomniane małe błędy zostaną niebawem wyeliminowane za sprawą skutecznej pracy nad indywidualną koncentracją. Po prostu wszyscy będziemy mieli tę świadomość, że w play-offach nie ma już żadnego marginesu i zwyczajnie gramy "o wszystko". 
 
- Przejdźmy zatem do ćwierćfinałów, które rozpoczynamy w środę w Hali Widowiskowo-Sportowej. Powiedzmy sobie szczerze, że Skra Bełchatów to nie jest wymarzony rywal na ten etap play-off.
- Na pewno mamy świadomość, że zagramy z bardzo mocnym zespołem, który aktualnie świętuje awans do TOP4 Europy. Skra posiada znakomitych zawodników, którzy mają takie swoiste DNA zwycięzców i dlatego wiedzą, jak grać wielkie mecze w decydujących momentach. Bełchatowianie mogą grać słabiej w fazie zasadniczej, ale w najważniejszej części sezonu dadzą z siebie wszystko. Z drugiej jednak strony, my też jesteśmy bardzo silną drużyną i chciałbym, aby nasi kibice o tym nie zapominali. Jestem przekonany zresztą, że będą nas gorąco wspierać w tej bitwie o półfinał.
 
- Jest jeszcze jeden powód do optymizmu. O ile ZAKSA wam wybitnie nie leży, o tyle ze Skrą...
- ...Potrafimy grać! W tym sezonie odnieśliśmy z mistrzem Polski dwa zwycięstwa za trzy punkty. W poprzednich rozgrywkach było zresztą podobnie i nawet pół-żartem mówiliśmy między sobą, że tak w zasadzie, to zostaliśmy nieoficjalnym mistrzem kraju (śmiech). Wiemy, że jesteśmy mocni, choć zdajemy sobie sprawę ze skali trudności zadania, jakie nas czeka. Mamy jednak przewagę psychologiczną passy wygranych ze Skrą, a także atut własnej hali w pierwszym i ewentualnym trzecim pojedynku. Mecze z Bełchatowem na pewno dodatkowo zmobilizują naszych kibiców, bo przecież... Skra to Skra! To, czy uznamy sezon 2018/2019 za udany może de facto rozstrzygnąć się w ciągu czterech dni. Pasjonująca kumulacja wrażeń! Dodatkowo motywuje mnie jeszcze coś...
 
- Mianowicie?
- Gdy rok temu przegraliśmy ćwierćfinał z Treflem Gdańsk, to przyznam, że nigdy wcześniej i nigdy później nie czułem tak ogromnego żalu i rozczarowania. Byłem potężnie załamany po trzecim meczu! Przecież po drugim spotkaniu, w którym "wróciliśmy do gry", byliśmy pełni optymizmu. Wszyscy wierzyliśmy w ten awans! Tymczasem w decydującym spotkaniu lepszy okazał się Trefl. Nie chcę tego przeżywać ponownie. Ta dodatkowa motywacja również będzie pchała nas ku zwycięstwu nad Skrą.
 
- Co będzie, jeśli jednak się nie uda? Głupi błąd może zadecydować o tym, czy kibice uznają was za "siatkarskich bogów", czy też w internecie pojawi się zalew hejtu.
- Nie będzie wielką niespodzianką, że nie bierzemy pod uwagę scenariusza porażki. Żaden sportowiec nie podchodzi do zawodów z myślą, że "może przegrać". Każdy normalny zawodnik rusza na boisko z przekonaniem o zwycięstwie. Proszę mi wierzyć, że w innym przypadku uprawianie jakiejkolwiek dyscypliny na poważnym poziomie nie miałoby sensu. Koniec końców, to jest wciąż "normalna" siatkówka i "normalny" sport, w którym trzeba wejść na parkiet i lepiej odbijać piłkę niż przeciwnik. Nie ma co dorabiać ideologii do w zasadzie prostej sprawy, jaką jest zwycięstwo. Po drugiej stronie siatki są tacy sami ludzie, jak my, którzy mają ten sam cel - wygrać trzy sety. Trzeba wyjść na boisko i zrobić swoje.
 
- Pamiętam twoje łzy szczęścia po zdobyciu brązowego medalu dwa lata temu...
- Tamten sezon był absolutnie wyjątkowy. Nikt na nas nie stawiał. Teraz podium to jasno określony cel. Chcemy zdobyć medal. Ciężko pracowaliśmy przez cały ten sezon i chcemy, aby nasze marzenia po prostu znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości.
 
- Jak ocenisz wobec tego szanse Jastrzębskiego Węgla i Skry Bełchatów?
- Pół na pół... Albo nawet 60 do 40 dla nas. Dlaczego? Ponieważ zaczynamy u siebie i ewentualny trzeci mecz również zagramy jako gospodarze. Mamy potencjał na medal, a ponadto wreszcie odchodzą w przeszłość problemy z urazami. Jeśli wszyscy będziemy zdrowi, to kibice powinni być naprawdę dobrej myśli.
 
- Nie wszyscy są dobrej myśli także z uwagi na grudniowe zamieszanie z Salvadorem Olivą i Ferdinando de Giorgim. Mówiłeś o świetnej atmosferze w drużynie, ale tamte wydarzenia chyba nie pomogły?
- Ostatnio pytał mnie o to nawet Wojciech Sobala, więc nie dziwię się kibicom (śmiech). Mogę jednak z ręką na sercu powiedzieć, że obie te sytuacje nie miały żadnego wpływu na to, co działo się w szatni. Fani mają prawo do swoich domniemań, ale zapewniam, że wszystko jest w porządku. Salvador dawał show i był świetnym zawodnikiem. Bardzo się lubiliśmy, choć w tym sezonie jego rola w zespole uległa zmianie. Jeśli jego odejście miało jakikolwiek wpływ na sytuację, to jedynie pod kątem wspólnej pracy na treningach, ponieważ siłą rzeczy doświadczony profesjonalista prezentuje inny poziom niż zastępujący go wychowankowie Akademii Talentów. Nie mnie oceniać sytuację z Olivą. Mark Lebedew powiedział kiedyś, że jeśli nie mamy na coś wpływu, to przejmowanie się tym jest bez sensu. Podzielam tę opinię.
 
- A sprawa odejścia Ferdinado de Giorgiego? Wnioskowaliście nawet do prezesa Adama Gorola, żeby Fefe nie prowadził was w ostatnim meczu. Między wierszami dało się odczuć, że mówicie w ten sposób Włochowi, żeby... "sobie poszedł".
- Jako sportowiec jestem w stanie zrozumieć decyzję de Giorgiego pod tym względem, że otrzymał ofertę z ojczyzny i z ulubionego klubu, do którego chciał wrócić. Natomiast cała reszta była... dziwna. Fefe otrzymał od naszego prezesa ogromny kredyt zaufania i autonomię działania. Dostał to, czego chciał. Nie jestem jednak w stanie zrozumieć jego zachowania w grudniu. De Giorgi nie miał na tyle odwagi, żeby przeprosić czy chociaż wyrazić żal, że "wyszło, jak wyszło". Po prostu wszedł do szatni i zakomunikował, że odchodzi, tak jakby to była najnormalniejsza sprawa na świecie. Zero empatii i szacunku dla ludzi, z którymi przepracował ostatni rok. Przecież niektórzy z kolegów przyszli do Jastrzębia właśnie z powodu tak wielkiego "siatkarskiego nazwiska", jakim jest de Giorgi. Dlatego nie chcieliśmy mieć już z nim do czynienia i stąd ten wniosek do prezesa. Jeśli Fefe tak nas potraktował, to po co ma nas prowadzić w tym jeszcze jednym meczu, który nic nie zmieni? Dlatego nie chciałbym już do tego wracać.
 
- Na koniec porozmawiajmy jeszcze o lżejszych tematach. Jak zareagowałeś, kiedy ze środka Puszczy Knyszyńskiej z trasy "Ultra Bladziny" na 160 km zadzwonił do ciebie wasz fizjoterapeuta Rafał Majchrzak?
- To było dobre! Jem kolację, jest godzina 21:30. Oczywiście wiedziałem, że Rafał walczy w tym całym "Ultra Śledziu", ale w życiu nie podejrzewałbym, że tak po prostu zadzwoni z trasy (śmiech). Obserwowałem jego postępy za pomocą nadajnika GPS, a tu... telefon od niego. Myślałem że coś się stało. "Cześć Kuba! Nie wiem, który jestem, ale chyba gdzieś z przodu, potwierdzisz?". Sprawdzam - Rafał jest pierwszy. "Prowadzisz" - mówię. "Aha, super. Dzięki i do usłyszenia za 50 km" - odparł i rozłączył się. Majchrzak to genialny facet i życzę każdemu, aby miał w swoim otoczeniu tak pozytywnie nastawionego człowieka. To fantastyczne, że Jastrzębie ma tak niezwykłego sportowca z tak zakręconą pasją.
 
- Jak to się stało, że w ogóle obserwowałeś jego wyczyny za pośrednictwem GPS?
- Przede wszystkim trzeba wiedzieć, że jesteśmy z Rafałem naprawdę świetnymi kolegami. W grudniu Majchrzak brał udział w Winter Trail Małopolska. Wtedy trochę zaangażowałem się w promocję jego walki w tej imprezie. Razem z chłopakami z zespołu robiliśmy wrzutki na instagramie dotyczące walki Rafała na dystansie 105 km. Chcieliśmy w jakiś sposób zrewanżować mu się za zaangażowanie, z jakim podchodzi do naszej współpracy w Jastrzębskim Węglu. Zrobiliśmy trochę szumu i w efekcie paru znanych siatkarzy zainteresowało się tymi wyczynami. Pisał do mnie m.in. Olek Śliwka. 
 
- Teraz będzie prywatnie. Jesteś do wzięcia? Bo niektóre fanki Jastrzębskiego Węgla tej "drugiej młodości" podobno chętnie widziałyby cię jako idealnego zięcia.
- (śmiech) Niestety nie. Od dwóch miesięcy jestem zajęty i... nie potrafię opisać słowami mojego szczęścia. To zresztą przekłada się także na kolegów z zespołu, ponieważ w szatni i na boisku jesteśmy taką większą rodziną. W efekcie moja pozytywna energia udziela się także reszcie zespołu. To naprawdę fajny okres w moim życiu.
 
- Jastrzębianka?
- Tak, Magda urodziła się w Jastrzębiu-Zdroju. Wie, że jestem siatkarzem, ale poznaliśmy się bynajmniej nie dlatego, że jest fanką Jastrzębskiego Węgla. Choć może teraz już nią będzie.
 
- Na sam koniec - nie żałujesz, że jednak nie zostałeś piłkarzem? Twoja Miedź Legnica wreszcie gra w ekstraklasie.
- Nie przyszło mi to nawet do głowy. Nie miałem aż takiego talentu do futbolu, aby zostać zawodowym piłkarzem, a siatkówka szybko stała się u mnie miłością numer jeden. Oczywiście kibicuję Miedzi i nakręcam kolegów do oglądania jej meczów. Nawet mieliśmy do tego okazję przed pojedynkiem w Rzeszowie, ale wówczas "Miedzianka" zagrała na Legii i wypadła dość blado, więc chyba nie przybędzie jej nowych fanów. Natomiast co do futbolu, to wciąż lubię pokopać w piłkę na rozgrzewce, ale numerem jeden pozostaje siatkówka, z którą jest jak z... żoną. Czasem można narzekać, że nie wszystko jest idealnie, ale zawsze się do niej wraca i kocha się ją najbardziej na świecie.
 
- Czyli jest druga po Magdzie?
- Na razie jeszcze pierwsza (śmiech).
 

rozm. mg

KOMENTARZE

  • jasnet.pl | 16/06 godz. 13:05

    Bądź pierwszy! Wyraź swoją opinię!

  • jasnet.pl | 26/03 godz. 08:43

    Komentarze do tego tekstu zostały wyłączone!
    Minął okres dodawania komentarzy.

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X