Dzisiaj jest: piątek, 13 grudnia 2019   Imieniny: Eugeniusz, Łucja, Otylia

więcej ›

SPORT

Siatkówka




PlusLiga 2019/2020 - terminarz
26.10 Visła Bydgoszcz (w)3:0
30.10 Cuprum Lubin (d)3:0
03.11 ZAKSA Kędzierzyn (d)0:3
06.11 MKS Będzin (w)3:0
09.11 Projekt Warszawa (d)0:3
12.11 AZS Olsztyn (d)0:3
15.11 Ślepsk Suwałki (d)3:0
19.11 Visła Bydgoszcz (d)3:2
22.11 Warta Zawiercie (d)3:0
27.11 Czarni Radom (w)3:1
30.11 Skra Bełchatów (d)3:2
06.12 Resovia Rzeszów (w)3:0
14.12 GKS Katowice (d)14:45
22.12 Trefl Gdańsk (w)14:45
22.01 ZAKSA Kędzierzyn (w)-:-
26.01 Verva Warszawa (w)-:-
01.02 Ślepsk Suwałki (w)-:-
05.02 Cuprum Lubin (w)-:-
08.02 Trefl Gdańsk (d)-:-
15.02 Warta Zawiercie (w)-:-
22.02 Czarni Radom (d)-:-
26.02 Skra Bełchatów (w)-:-
29.02 Resovia Rzeszów (d)-:-
07.03 GKS Katowice (w)-:-
18.03 AZS Olsztyn (w)-:-
21.03 MKS Będzin (d)-:-

CEV Liga Mistrzów
11.12 Halkbank Ankara (d)3:0
19.12 VC Maaseik (d)18:00
18.01 Zenit Kazań (w)-:-
29.01 Halkbank Ankara (w)17:30
12.02 Zenit Kazań (d)18:00
19.02 VC Maaseik (w)20:30

PlusLiga 2019/2020

1. ZAKSA Kędzierzyn 10 27 9-1
2. Jastrzębski Węgiel 12 25 9-3
3. Verva Warszawa 10 24 9-1
4. Skra Bełchatów 10 22 7-3
5. Trefl Gdańsk 10 19 7-3
6. AZS Olsztyn 10 19 7-3
7. Warta Zawiercie 12 18 6-6
8. Czarni Radom 11 16 5-6
9. GKS Katowice 10 12 3-7
10. Cuprum Lubin 11 11 4-7
11. Ślepsk Suwałki 8 8 3-5
12. Resovia Rzeszów 10 8 2-8
13. Visła Bydgoszcz 11 5 0-11
14. MKS Będzin 9 2 1-8
       
Informacje o klubie
Rok założenia: 1949 (LZS Jastrzębie), 1961 (Górnik Jastrzębie; od 1963 Górnik Jas-Mos; od 1970 GKS Jastrzębie; od 1991 KS Jastrzębie-Borynia; od 2004 Jastrzębski Węgiel)
Barwy: pomarańczowo-biało-czarne
Adres: al. Jana Pawła II 6, 44-335 Jastrzębie-Zdrój
Obiekt: Hala Widowiskowo-Sportowa, ul. Jana Pawła II 6
Rozgrywki: Siatkarska PlusLiga

Prezes: Adam Gorol
Trener: Slobodan Kovać (Srb)
Asystent trenera: Leszek Dejewski
Trener przyg. fiz.: Luke Reynolds (Aus)
Scoutman: Bogdan Szczebak
Fizjoterapeuta: Bartosz Celadyn

Kadra:
Przyjmujący: Dominik Depowski, Tomasz Fornal, Christian Fromm (Ger) [1], Julien Lyneel (Fra) [8], Wojciech Szwed
Rozgrywający: Lukas Kampa (Ger) [10], Raphael Margarido (Bra)
Środkowi: Jurij Gladyr (Ukr), Piotr Hain [16], Michał Szalacha, Graham Vigrass (Can)
Atakujący: Dawid Konarski [6], Jakub Bucki [5]
Libero: Jakub Popiwczak [3], Paweł Rusek [7]

« powrót

ZAPOWIEDZI

2019-12-13

JKH GKS Jastrzębie - Naprzód Janów

Polska Hokej Liga

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2019-12-14

Jastrzębski Węgiel - GKS Katowice

Siatkarska PlusLiga

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2019-12-14

JKTS Jastrzębie - Bronowianka II Kraków

I liga tenisa stołowego - grupa płd.

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2019-12-19

Jastrzębski Węgiel - VC Greenyard Maaseik

Siatkarska Liga Mistrzów

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

więcej zapowiedzi

PUBLICYSTYKA

"Wszyscy mówią, że Konar zapłonął"

Roberto Santilli, Leszek Dejewski i Nicola Giolito; fot. Magdalena Kowolik
 
Zderzenie czołgu z maluchem Zwycięstwo Jastrzębskiego Węgla ze Skrą Bełchatów to już jedynie sympatyczne wspomnienie. Teraz przed naszymi siatkarzami jeszcze ważniejsze zadanie - wojna o finał z Onico Warszawa z niesamowitym Bartoszem Kurkiem w składzie. Dlatego bez zbędnych wstępów zapraszamy do wywiadu z II trenerem Jastrzębskiego Węgla Leszkiem Dejewskim, którego żadnemu szanującemu się kibicowi przedstawiać nie trzeba. Rozmawiamy nie tylko o kulisach meczów ze Skrą i Onico oraz o tytułowym "zapłonie", ale tradycyjnie zahaczamy też o stare, dobre czasy. Mamy też dla nieco bardziej doświadczonych kibiców volley'a małą fotograficzną niespodziankę...
 
- Leszek Dejewski, czyli "jedna żona, jeden klub". Ale wnuków coraz więcej.
Leszek Dejewski - Rzeczywiście, od 8 kwietnia jestem szczęśliwym dziadkiem małej Natalii. Rodzina znów się powiększyła, a zatem... jest super!
 
- Oby w maju po finałach PlusLigi przybył panu jeszcze jeden powód do szczęścia. Ale tak szczerze, czy po 36 latach w jednym klubie czuje się jeszcze ten dreszczyk emocji? 
- Oczywiście, że tak. Przecież nie tylko każdy sezon, ale i każdy pojedynczy mecz jest inny. Przed rozgrywkami trzeba skompletować zespół, a następnie zgrać tych chłopaków ze sobą. Potem przychodzi decydująca część sezonu, czyli play-off. Rzeczywistość stawia przed nami wyzwania, którym staramy się sprostać. Chcemy też udowodnić coś tym, którzy w nas nie do końca wierzyli. Wystarczy spojrzeć na bieżące rozgrywki, które są pełne zwrotów akcji. Na finiszu fazy zasadniczej mieliśmy powody do obaw, ponieważ kontuzji doznali Julien Lyneel i Lukas Kampa. Na szczęście nasi fizjoterapeuci zrobili kapitalną robotę i postawili ich na nogi przed ćwierćfinałami ze Skrą Bełchatów. Naprawdę, wciąż jest się czym emocjonować.
 
- Pytam nie bez powodu. Wystarczy rzut oka na ławkę trenerską podczas meczu. Pan jest ostoją spokoju, natomiast Roberto Santilli to wulkan emocji.
- Bo ja generalnie jestem spokojnym chłopakiem (śmiech). Natomiast Roberto bardzo się zmienił pod względem "wybuchowości" podczas spotkań od czasu swojej poprzedniej przygody z Jastrzębskim Węglem. Okrzepł w polskiej lidze i czasem podchodzi do pewnych sytuacji bardziej emocjonalnie, aby pobudzić drużynę do walki i ściągnąć presję z zawodników. Raz się to udaje, a raz nie, ponieważ niektórych sędziów denerwuje takie zachowanie. Na pewno jednak Santilli wie, kiedy i jak należy wstrząsnąć zespołem.
 
- Czyli te "nerwy" Roberto Santilliego to taka wyrachowana metoda motywacji?
- Też, choć oczywiście nie brakuje również reakcji "na gorąco". Na pewno jednak współpraca Roberto z drużyną i pozostałymi członkami sztabu szkoleniowego układa się bardzo dobrze. Atmosfera w ekipie uległa znacznej poprawie, a to w sporcie zawsze jest potrzebne. W stresie można pracować efektywnie przez kilka tygodni, ale nie bez przerwy.
 
- Przy okazji naszej rozmowy za czasów Marka Lebedewa powiedział mi pan, że spośród włoskich trenerów Jastrzębskiego Węgla tylko Santilli nie uważał się za faceta, który zjadł wszystkie siatkarskie rozumy. Czy po tych dwóch latach nadal pan tak uważa?
- Trzeba pamiętać, że Mark to de facto również "włoska szkoła" siatkówki. Przecież kiedyś był u nas drugim trenerem właśnie przy Santillim. Natomiast mogę przyznać,że spośród Włochów Roberto jest najbardziej "ludzki" (śmiech). Inna sprawa, że szkoleniowcy z Italii mają dość podobny warsztat, a różnią się głównie metodami jego wdrażania w życie, a zatem również sposobem budowy dobrej atmosfery w drużynie. Pod tym względem obecnie jest bardzo dobrze, a wcześniej bywało... różnie. 
 
- Czyli, krótko mówiąc, po kadencji Ferdinando de Giorgiego nie zmienił pan zdania?
- Myślę, że po akcji w grudniu Fefe już nigdy nie znajdzie pracy w Polsce. Potraktował nas jak dzieci, które bawią się w siatkówkę i nie podchodzą poważnie do tej dyscypliny. A przecież my mamy dla kogo grać, bo na mecze chodzą tysiące kibiców. Zapomnijmy już o tym, co było w grudniu.
 
- Wróćmy wobec tego do wspomnień z ćwierćfinałów ze Skrą Bełchatów. Co działo się w drużynie po "przebudzeniu Mariusza Wlazłego" w pierwszym spotkaniu w Jastrzębiu? Oklepane hasło: "Kto nie wygrywa 3:0, ten przegrywa 2:3" mogło tu znaleźć zastosowanie.
- Historia pokazuje, że w play-offach ze Skrą zawsze gra nam się bardzo ciężko. To przecież drużyna będąca na polskim topie od kilkunastu lat. A Wlazły to... zawsze Wlazły, nawet jeśli nie jest już w takiej formie, jak parę sezonów temu. Być może aktualnie Bełchatów nie jest dominatorem na krajowym podwórku, ale wciąż potrafi zmobilizować się i być nie do zatrzymania. My jednak wierzyliśmy we własne umiejętności. Również po czwartym secie byliśmy przekonani, że jesteśmy w stanie ich pokonać. Najważniejsze jest to, że nie zwiesiliśmy głów. Tie-break to zawsze loteria i kluczem do zwycięstwa w nim jest "dobrze zacząć". Pomogła nam też świadomość, że ze Skrą Roberto Piazzy po prostu potrafimy grać. Wszak za czasów tego trenera bełchatowianie nie pokonali nas ani razu! Trafiają się bowiem takie "epoki", że jedna drużyna nie potrafi znaleźć metody na drugą.
 
- Stwierdził pan, że "ze Skrą zawsze gra się ciężko", ale w rewanżu w Bełchatowie dokonaliście na rywalu morderstwa ze szczególnym okrucieństwem! Chyba nie było wśród was aż takich optymistów, którzy przewidzieli przebieg drugiego meczu.
- To prawda. Powiem nawet więcej - gdy przyjechaliśmy dzień przed meczem do Bełchatowa, to mieliśmy okazję obejrzeć ich trening. Wszystko im wychodziło! Atakowali jak z armaty, zagrywali jak maszyny! Natomiast nasze późniejsze zajęcia były jakieś takie... nijakie. Roberto strasznie się wkurzył i przeprowadził tak skuteczną "rozmowę mobilizującą" z drużyną, że następnego dnia wyglądało to tak, jak wszyscy widzieliśmy (śmiech). Nie będę ukrywał, że o ile jadąc do Bełchatowa miałem takie wewnętrzne przekonanie, iż ugramy tam swoje, to po tym piątkowym treningu byłem pełen obaw, że jednak wrócimy do Jastrzębia na trzeci mecz. Sytuację uratował właśnie Santilli, który jest mistrzem motywacji. Generalnie bywa tak, że jeśli na dzień przed meczem coś nie wychodzi na treningu, to paradoksalnie zawodnicy potrafią skupić się dodatkowo, ponieważ zdają sobie sprawę, że coś jest nie tak i należy to naprawić.
 
- Długo czekaliśmy na powrót "Konara Barbarzyńcy".
- To nie do końca prawda. Niektórym wydawało się chyba, że jeśli do drużyny dołączył dwukrotny mistrz świata, to będziemy wygrywać na siedząco. W dyscyplinie zespołowej potrzeba czasu na zgranie się zawodników ze sobą. Dawid Konarski to niezwykle doświadczony sportowiec, więc doskonale wiedział, co i kiedy należy zrobić. Wprawdzie początkowo nie potrafił złapać swojego normalnego rytmu, ale z czasem zaczął się rozkręcać. Sprawdziłem jego statystyki i naprawdę nie były one tak złe, jak przedstawiali to krytycy Dawida. Osobiście uważam, że Konarski musiał mieć czas na przygotowanie się do tego sezonu. W Turcji narzekał na jakość treningów i atmosferę w drużynie, a potem był na zgrupowaniu reprezentacji. Każdy zawodnik lepiej czuje się w rytmie meczowym i nie inaczej jest z Dawidem.
 
- Najwyraźniej Konarski złapał swój rytm w najlepszym możliwym momencie.
- No tak, wszyscy teraz mówią, że "Konar zapłonął". On sam ma już powyżej uszu tego cytatu (śmiech).
 
- Nie można jednak dziwić się kibicom, że nie wykazywali przed ćwierćfinałem nadmiernego optymizmu. Skra Bełchatów ewidentnie się budziła, a w Jastrzębskim Węglu nastała plaga kontuzji. Do tego niby jest trzecie miejsce, a trzeba grać z teoretycznie najmocniejszym spośród ćwierćfinałowych rywali.
- Po prostu chcieliśmy do końca walczyć o drugie miejsce po fazie zasadniczej i dlatego trafiliśmy na szóstą w tabeli Skrę. Kontuzje Lukasa Kampy i Juliena Lyneela rzeczywiście jednak trochę "namieszały". Przegraliśmy w Rzeszowie i w Warszawie, tracąc szansę na pozycję wicelidera. Na szczęście w najważniejszym momencie wszystko wróciło do normy. Proszę mi wierzyć, że nie ma ważniejszej rzeczy niż spokojny, codzienny trening bez problemów zdrowotnych. Brak jednego elementu układanki wpływa nawet na to, jak wyglądają zajęcia, ponieważ nie jesteśmy w stanie "z marszu" zastąpić reprezentanta kraju wychowankiem Akademii Talentów. 
 
- Jest jeszcze coś - w meczach ze Skrą Bełchatów było widać w waszej drużynie taką prawdziwą radość z  gry. Tak jakby ktoś nagle zwolnił hamulec ręczny, jakby coś "puściło". Wybuchy emocji wyglądały inaczej niż miesiąc temu.
- Atmosfera w drużynie od początku sezonu była bardzo dobra, choć prawdą jest, że graliśmy taką swoistą "ciężką siatkówkę". Mimo to regularnie punktowaliśmy, choć zdarzyły się nam wpadki, jak chociażby z Chemikiem Bydgoszcz. Przecież gdyby nie to, nie walczylibyśmy do końca o drugie miejsce. Natomiast to "zwolnienie hamulca ręcznego" przypisywałbym Roberto Santilliemu. Za czasów de Giorgiego nie było jakichś większych problemów, ale czuło się pewną stagnację. Oczywiście nie wiemy, jak dalej potoczyłyby się losy drużyny, gdyby Fefe został w Jastrzębskim Węglu. Jednak ta zmiana nastąpiła i jestem przekonany, że "puściło" dzięki Santilliemu. To jego zasługa.
 
- Przejdźmy do półfinałów z Onico Warszawa. Niewielu kibiców cieszy perspektywa rewanżu w Wielki Piątek...
- Wszystko rozbija się o kłopot z dostępnością Torwaru. Zadzwoniono do nas z centrali PlusLigi i poinformowano o problemach Onico, które nie są żadną nowością. Klub ze stolicy już wielokrotnie z tego powodu przekładał spotkania, a jeden z domowych meczów rozegrał nawet w Łodzi. Marcowy pojedynek z nami także przełożyli, w efekcie czego nie mieliśmy możliwości przeprowadzenia wieczornego treningu na ich obiekcie na dzień przed spotkaniem, co jest taką niepisaną zasadą PlusLigi. W związku z kłopotami z Torwarem Onico zaproponowało, że możemy zagrać w Wielki Poniedziałek i Wielki Czwartek, na co nie mógł zgodzić się Roberto Santilli, ponieważ w niedzielę nie mielibyśmy wspomnianego wieczornego treningu. To są półfinały - najważniejsza część sezonu, na którą pracowaliśmy od ponad pół roku. Tu nie można bawić się w półśrodki. Dlatego stanęło na Wielkim Wtorku i Wielkim Piątku. Nie było i nie ma innych terminów.
 
- Podobno chcieliście grać wcześniej.
- Tak, ale nie wyrażono na to zgody. Szkoda tego zamieszania z terminarzem. My wprawdzie będziemy trenować nawet w święta, ale przecież wszyscy też jesteśmy normalnymi ludźmi. Mnie też gonią w domu do pomocy przy świętach. Zawodowa siatkówka ma jednak to do siebie, że trenujemy nawet w Wielkanoc. Dlatego gramy w Wielki Piątek, choć nie będę ukrywał, że nie wykazujemy z tego powodu wielkiej radości.
 
- Rozumiem. To teraz prosto z mostu - co trzeba zrobić, aby pokonać Onico Warszawa i awansować do finału?
- Najważniejsze, to uniknąć problemów zdrowotnych. Jeśli nie będzie kłopotów z kontuzjami, urazami i chorobami, powinno być dobrze. Natomiast jeżeli chodzi o rywala, to nie będzie wielkim odkryciem stwierdzenie, że kluczem jest zatrzymanie Bartosza Kurka, który od mistrzostw świata jest w życiowej formie. Nigdy nie widziałem go w takim gazie! Zapewne będziemy musieli ustawić taktykę "pod niego". Jeśli jednak Kurek mimo naszego oporu zdobędzie te swoje 30 punktów, to przecież i Dawid Konarski może wywalczyć tyle samo. Wtedy będą liczyły się zdobycze innych zawodników. Pokazaliśmy w półfinale Pucharu Polski, że potrafimy z nimi grać i dlatego jestem optymistą.
 
- Trudno jednak przewidzieć ostateczny wynik tej rywalizacji. W Pucharze Polski rzeczywiście sprawiliście im lanie, ale w PlusLidze dwukrotnie górą była Warszawa.
- Szanse obu zespołów należy ocenić pół na pół. Oni mają przewagę pierwszego i ewentualnego decydującego meczu u siebie. Mają także za sobą długą przerwę, a zatem mieli więcej czasu na odpoczynek. Z drugiej jednak strony - mogło im to zaszkodzić, ponieważ wypadli z rytmu meczowego. Powiem tak - jeśli choć raz wygramy w Warszawie, to będziemy w finale.
 
- Czyli w sumie prosta metoda - zakręcić Kurka i liczyć, że Konar zapłonie?
- O tak, to by było najlepsze (śmiech). Siatkówka to jednak wiele elementów składowych i nie liczy się tylko atak, ale też przyjęcie, rozegranie czy zagrywka. Jestem jednak przekonany, że mamy zespół, który jest w stanie awansować do finału.
 
- W rozmowie z legendą jastrzębskiej siatkówki nie uciekniemy od pytania o porównanie do złotej drużyny z 2004 roku. To zupełnie inne czasy, ale czy widzi pan jakieś podobieństwa między ekipami Igora Prielożnego i Roberto Santilliego?
- (chwila zastanowienia) Jest pewna "styczna"... Wtedy nie mieliśmy teoretycznie wybitnych środkowych. Sławek Szczygieł, Grzesiek Nowak i Arek Terlecki nie byli gwiazdami polskiej siatkówki, ale solidnymi ligowcami, którzy w decydujących momentach zagrali fantastycznie. Dziś poza Grzegorzem Kosokiem również nie mamy na tej pozycji zawodników z przeszłością w reprezentacji Polski. Świetnym przykładem jest Dawid Gunia, który choć nie rozpoczynał tego sezonu w podstawowym składzie, to w ostatnich tygodniach naprawdę "odpalił". Chodzi mi coś takiego po głowie, że w meczach o medale właśnie Dawid może być taką naszą niespodzianką dla rywali.
 
- A kto według Leszka Dejewskiego zasługuje na miano cichego bohatera tego sezonu?
- Pozytywnym zaskoczeniem jest na pewno Jakub Bucki. Pokazał się z dobrej strony na zagrywce i nie tylko. Trzeba docenić to, że skorzystał z oferty Jastrzębskiego Węgla w sytuacji, gdy doskonale zdawał sobie sprawę, że przy Konarskim będzie "drugim" atakującym. Paru innych zawodników nie zdecydowało się na taki wariant i dlatego nie grają w naszym zespole. Natomiast Kuba świetnie wywiązuje się ze swojej roli i jestem pewien, że kibice również doceniają jego postawę.
 
- Wspominał pan parokrotnie o świetnej atmosferze w drużynie. Kto ją najbardziej nakręca żartami w szatni?
- My jako sztab trenerski nie pchamy się zawodnikom do szatni. Oni mają swoją zamkniętą grupę, choć oczywiście jeśli już wejdziemy, to raczej nas nie wyganiają (śmiech). Szeroko pojętą "szatnię" zostawiamy chłopakom. Na pewno jednym z takich sympatycznych elementów jest to, że MVP danego spotkania stawia pizzę reszcie drużyny, więc i sztab trenerski załapuje się na kawałek. A co do lidera w kręceniu atmosfery, to na pewno rej wodzi Jakub Popiwczak. Gra tu już kilka dobrych lat i... to jego najbardziej słychać zza zamkniętych drzwi. Generalnie jednak mamy teraz bardzo fajny zespół, złożony z normalnych, spokojnych facetów. Może czasem nawet za spokojnych.
 
- Popiwczak chce pana wygryźć w pierwszego miejsca w rankingu długowieczności w Jastrzębiu?
- Nie ma szans (śmiech). Ale życzę mu powodzenia. Tacy zawodnicy, którzy poza kontraktem patrzą także na inne aspekty gry w danym klubie, to bardzo cenna wartość. Pieniądze dla dorosłego człowieka to oczywiście ważna sprawa, ale nie może przesłaniać innych kwestii. Gdy ja przyszedłem do Jastrzębia, miałem 21 lat. Byłem bardzo młody. Nie zarabialiśmy wówczas dużo, mieściliśmy się w "średniej miejskiej". W tym 1983 roku zauważyłem jednak, że klub chce się rozwijać i dlatego zostałem, choć  może... trochę za długo, skoro to już 36 lat. Czuję się tu jednak bardzo dobrze i nie myślę o tym, aby gdziekolwiek wyjeżdżać.
 
- Jak pan czasem słyszy takiego dzieciaka lub jego rodzica, który marudzi na dzisiejsze warunki w sporcie, to pewnie ogarnia pana śmiech. Wy na treningi jeździliście czerwonymi autobusami. Da się porównać w jakikolwiek sposób lata osiemdziesiąte z dzisiejszymi? [na zdjęciu obok - mała archiwalna niespodzianka; fot. Józef Żak ]
- Nie ma takiej możliwości. Dziś sprawne, choć mocno używane auto można kupić za jedną czy dwie pensje normalnie pracującego człowieka. Kiedyś to był wielki luksus. Nie chciałbym powiedzieć, że my graliśmy jak jacyś hobbyści, ale nikomu nie przeszło przez myśl, że ze sportu można utrzymać się na wysokim poziomie, nie mówiąc już kupowaniu domów czy mieszkań. Jeśli udało ci się uzbierać na auto, to stawałeś się kimś!
 
- Kto jako pierwszy w dawnym siatkarskim GKS Jastrzębie szpanował autem?
- Był taki zawodnik o nazwisku Łukasik, mówiliśmy na niego "Gerwazy". Jeździł wartburgiem i... był to jedyny samochód w drużynie. Dopiero po awansie piłkarzy do ekstraklasy w 1988 roku udało się "wyciągnąć" z kopalni trzy talony na auta na całą naszą sekcję. Ja dostałem dużego fiata, Leszek Nawrat malucha, a Ireneusz Górski bodajże zastawę czy inną ładę. Natomiast każdy z piłkarzy za awans otrzymał po dwa talony na samochód. Takie auto można było potem sprzedać z 24-krotnym przebiciem! Wtedy jednak szalała inflacja, więc interes nie był aż taki złoty, jak może się teraz wydawać. A dziś?  Patryk Czarnowski jako pasjonat motoryzacji zafundował sobie mustanga. Śmialiśmy się, że to auto "żarło" tyle, że Patryk musiał dokupić do niego stację benzynową.
 
- Na koniec wróćmy jeszcze do półfinału z Onico. Sakramentalne pytanie o wasze oczekiwania wobec kibiców. Wiemy, że chcecie wsparcia, ale może tym razem coś tak bardziej od serca.
- Kibice powinni zrozumieć, że ich wsparcie naprawdę niesie zespół i buduje tych chłopaków. Atmosfera polskich hal szczególnie wpływa na zawodników z zagranicy, którzy po raz pierwszy trafiają do PlusLigi. Są zszokowani! W ich krajach są wprawdzie jakieś kluby kibica, ale bez porównania z naszymi. Myślę, że Warta Zawiercie poradziła sobie z Czarnymi Radom w dużej mierze za sprawą wsparcia z trybun. Wiadomo, że mamy do czynienia z zawodowymi sportowcami, którzy grają za pieniądze. Ale przy pełnej hali i dopingu po prostu gra się zupełnie inaczej.
 
- Czyli nawet stary wyjadacz z dużym kontraktem może za sprawą kibiców przypomnieć sobie tę chłopięcą radość, którą czuł podczas swojego pierwszego meczu w seniorach?
- Proszę mi wierzyć, że przy pełnej hali każdemu rosną skrzydła.
 

rozm. mg

KOMENTARZE

  • Kibic | 12/04 godz. 21:11

    Play off powodzenia :)

  • Lukasz | 11/04 godz. 21:08

    Wywiad z legendą siatkówki z Jastrzębia sprawia że Pan Leszek jest Skarbem JW. Polecam gorąco wywiad i jestem bardzo zachwycony.

  • Ala | 11/04 godz. 15:38

    "Buła" - facet do tańca i do różańca.

  • jasnet.pl | 11/04 godz. 12:21

    Komentarze do tego tekstu zostały wyłączone!
    Minął okres dodawania komentarzy.

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X