Dzisiaj jest: czwartek, 5 grudnia 2019   Imieniny: Edyta, Kryspin, Saba

więcej ›

SPORT

Alpinizm

Baseball

Biegi

Boks

Futsal

Hokej

Judo

Karate

Kolarstwo

Koszykówka

Morsowanie

Narciarstwo

Olimpiady specjalne

Piłka nożna

Pływanie

Pływanie w płetwach

Rajdy samochodowe

Rekreacja

Siatkówka

Siatkówka plażowa

Sporty walki

Szachy

Taekwondo

Tenis

Tenis stołowy

Żeglarstwo

Inne

ZAPOWIEDZI

2019-12-06

JKH GKS Jastrzębie - GKS Katowice

Polska Hokej Liga

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2019-12-10

JKH GKS Jastrzębie - Cracovia Kraków

Polska Hokej Liga

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2019-12-11

Jastrzębski Węgiel - Halkbank Ankara

Siatkarska Liga Mistrzów

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

2019-12-13

JKH GKS Jastrzębie - Naprzód Janów

Polska Hokej Liga

Jastrzębie-Zdrój

więcej »

więcej zapowiedzi

PUBLICYSTYKA

"To boks stworzył Jastrzębie"

Marcin Boratyn ze swoim dziełem

 

"Górnicze pięści. Historia jastrzębskiego boksu" - ta książka jest skazana na sukces. Gwarantuje to poruszona tematyka oraz osoba autora. Dzieło dotyczy, jak sam tytuł wskazuje, dziejów sekcji bokserskiej Górnika Jas-Mos, GKS Jastrzębie oraz kontynuujących te tradycje KS Jastrzębie i BKS Jastrzębie. Nie można jednak ukrywać, że najistotniejsze w tym wszystkim jest "wywołanie z zaświatów" wielu bohaterów zbiorowej wyobraźni w rodzącym się mieście Jastrzębiu. Tego niezwykłego zadania podjął się historyk Marcin Boratyn - kierownik Galerii Historii Miasta i wielki kibic GKS Jastrzębie. Zapraszamy do niezwykłego wywiadu z autorem tej książki. Rozmawiamy o kulisach powstania dzieła oraz jego tematyce.

Marcin Boratyn ma za sobą organizację wystawy dotyczącej dziejów jastrzębskiego boksu, która okazała się wielkim sukcesem. Teraz wydał książkę. To znaczy... KSIĄŻKĘ! Czterysta stron, mnóstwo danych, wspaniałe archiwalne zdjęcia, pełna (uwaga!) dokumentacja meczów ligowych naszych pięściarzy na przestrzeni dekad. Sukcesy, wielkie postaci, bohaterowie... Po prostu wszystko. Po lekturze tego dzieła przekonacie się, jak bardzo sport (z wiodącą rolą boksu i piłki nożnej) przyczynił się do "stworzenia" nowego jastrzębianina, który przybył do górniczego miasta za chlebem.

Zainteresowanie książką już teraz przerosło oczekiwania autora, który w żaden sposób nie jest w stanie pomieścić wszystkich chętnych do udziału w promocji "Górniczych pięści", która będzie miała miejsce w piątek, 15 listopada o godz. 17:00 w Domu Zdrojowym. Dzieło będzie można nabyć za niewygórowaną kwotę, a sam autor... nie wziął grosza za swoją niezwykłą robotę. Jak informuje Boratyn, w związku z zainteresowaniem, z promocji zostanie przeprowadzona transmisja na żywo, aby mogli ją zobaczyć także ci, którzy nie będą mogli dotrzeć (lub zmieścić się) w Domu Zdrojowym.
 

- Do stworzenia takiego dzieła potrzebny jest upór muła czy cierpliwość mrówki?
Marcin Boratyn - Jedno i drugie! Na pewno jednak niezbędna jest sympatia wobec opisywanego zagadnienia. Z drugiej jednak strony, do każdego tematu należy podejść bezstronnie. W tym miejscu chciałbym podkreślić, że nigdy nie byłem kibicem boksu. Tematem zainteresowałem się dość przypadkowo, poszukując materiałów na temat historii jastrzębskiego futbolu. Oczywiście zdawałem sobie sprawę - podobnie jak wielu mieszkańców naszego miasta - że jastrzębski boks swego czasu stał na wysokim poziomie. Nie byłem jednak świadomy skali tych sukcesów. Każdy wie, że GKS Jastrzębie był pięściarskim mistrzem Polski, ale to przecież nie wszystko.
 
- Co pan ma na myśli?
- Nasz klub zdobył w ciągu kilku dekad prawie sto medali indywidualnych mistrzostw Polski oraz prawie dwieście medali mistrzostw Śląska! Do tego dochodzą niezliczone wręcz ilości trofeów w różnego rodzaju prestiżowych turniejach. Zainteresowałem się tą tematyką. Odezwałem się do Andrzeja Porębskiego, który przedstawił mi wspaniałe archiwalne zdjęcia i obszerne kroniki klubowe. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że jest o czym pisać! Początkowo pojawił się pomysł na wystawę dotyczącą historii jastrzębskiego pięściarstwa.
 
- Doszła ona do skutku ponad dwa lata temu i możemy uznać ją za sukces.
- Rzeczywiście, spotkała się ona z pozytywnym odbiorem. Faktem jest jednak, że po jej zakończeniu doszedłem do wniosku, że to kapitalny materiał na poważną książkę. Motywowało mnie także to, iż ciągle ktoś dostarczał mi kolejne materiały. Utrzymywałem też kontakt z naszymi dawnymi zawodnikami. Wtedy podjąłem decyzję, że kolejnym krokiem musi być książka. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że będzie to wymagało ogromnego wysiłku i poświęcenia mnóstwa czasu. Założyłem bowiem, że w tym opracowaniu znajdą się nie tylko informacje o kolejnych sukcesach czy wielkich postaciach jastrzębskiego pięściarstwa.
 
- Nie będę ukrywał, że miałem już okazję zapoznać się z "Górniczymi Pięściami". Jak rozumiem, w tym miejscu mówimy o wszystkich wynikach z całej historii jastrzębskiego boksu, do których pan dotarł?
- Dokładnie tak. Narracja, czyli opowieść o jastrzębskim boksie, to jedno. Odrębna kwestia to dokumentacja meczowa. Założyłem, że podstawowym warunkiem jest dotarcie do wszystkich rezultatów meczów ligowych czy turniejów drużynowych i indywidualnych z udziałem zawodników z Jastrzębia. Nie było to łatwe zadanie. Naraziłem się bowiem na naprawdę katorżniczą robotę (śmiech). Najgorzej było z wynikami pojedynczych walk, gdzie w prasie był jeden wynik, w dzienniczku zawodnika - drugi, a sam pięściarz podawał jeszcze inną informację. Trzeba było dotrzeć do prawdy w każdym możliwym aspekcie.
 
- Ponieważ prawda nie leży pośrodku, tylko leży tam, gdzie leży.
- Tak jest. Na szczęście zawsze cechowała mnie systematyczność, więc jakoś przebrnąłem przez ten gąszcz informacji i udało mi się wykonać założony plan. Ważne jest to, że tematyka historii jastrzębskiego pięściarstwa nie sprawiała mi kłopotu. Nie zasiadałem do niej ze znudzeniem czy wysiłkiem. Co więcej, zawsze pociągały mnie statystyki, które bezwzględnie chciałem zawrzeć w tej książce. Dlatego jeździłem do różnych bibliotek po całym Śląsku i korzystałem z cyfrowych wydań archiwalnych gazet. Było w tym wszystkim coś z radości takiego dziecięcego poszukiwania skarbów. Na przykład ogromną radość sprawiło mi odnalezienie w białostockiej prasie wzmianki o II-ligowym meczu miejscowego zespołu z Jastrzębiem, gdzie autor artykułu chwalił naszych dzielnych górników. Czułem wręcz dumę, że już w 1971 roku ktoś zauważył, że w naszym młodym mieście rodzi się coś wielkiego!
 
- Jak często zasiadał pan do tej mrówczej roboty?
- Przez ostatnie trzy lata poświęciłem jej praktycznie każdy wieczór, z wyłączeniem dwutygodniowych urlopów. Krótko mówiąc - tysiące godzin. Ale warto było. Zarazem faktem jest, że wcale nie byłem pewien, czy znajdę pieniądze na wydanie takiej książki. BKS Jastrzębie nie jest bogatym klubem, który stać na taki wydatek. Dlatego zmuszony byłem szukać środków zewnętrznych. I to się udało, ponieważ pozyskałem stypendium z Urzędu Miasta Jastrzębie-Zdrój, a drugie tyle dołożył BKS.
 
- Czyli rozpoczynał pan pracę nad książką nie wiedząc, czy zostanie ona wydana?
- Tak. Motywowało mnie to, że chciałem za wszelką cenę stworzyć i opublikować pełną dokumentację meczową. Jestem przekonany, że gdybym teraz tego nie zrobił, to przez następne pół wieku nikt by się tym nie zajął. W efekcie historia jastrzębskiego boksu po prostu pozostałaby białą plamą. Inna sprawa, że zgromadziłem materiał, który zapełniłby nawet tysiąc stron. Zmuszony byłem pominąć wiele zdjęć, bo po prostu nie było już na nie miejsca. Świadomie zmniejszyłem też czcionkę i interlinię.
 
- A na ile "napędzało" pana do tej roboty słowo dane dawnym gwiazdom jastrzębskiego pięściarstwa? Nie ukrywajmy, że wielu z nich jest dziś zapomnianych. Pan dał im szansę na powrót do "świata żywych".
- To była niezwykle istotna motywacja. W środowisku dawnych władców jastrzębskiego ringu spotkałem wiele wspaniałych postaci. Na przykład Andrzej Kaleta wraz z żoną, panią Różą, dosłownie wozili mnie od mieszkania do mieszkania. Dzięki nim nawiązałem wiele owocnych kontaktów. Spotkałem się z ogromną życzliwością ze strony wszystkich tych ludzi i dlatego dodatkowo poczułem się zobowiązany, aby dociągnąć tę sprawę do końca. Wielką rolę przypisałem także odpowiedniemu komentarzowi do zdjęć. Niektórzy z widniejących na nich zawodników stoczyli zaledwie po kilka walk, a potem poszli do pracy na kopalnię. Część z nich była jednak bezcennym źródłem wiedzy i dlatego zależało mi, aby wszyscy zostali w pewien sposób "unieśmiertelnieni" w tej książce. Nie będę ukrywał, że to również była potwornie ciężka robota. Dawni pięściarze mieli bowiem często problem z nazwaniem tych swoich kolegów, którzy szybko zrezygnowali ze sportu.
 
- Ilu pańskich rozmówców nie doczekało tej publikacji?
- Niestety, zdarzyły się i takie przykre przypadki. Przecież w ciągu ostatnich trzech lat odeszło co najmniej dziewięciu pięściarzy... Szczególnym ciosem stała się dla mnie śmierć Teodora Sikory, który był człowiekiem wielkiej wiedzy i autorytetu. Mam ogromny żal, że nie udało nam się porozmawiać w cztery oczy, a tylko w większym gronie. Pan "Waldek" był nieocenioną kopalnią wiedzy na temat pierwszych lat funkcjonowania sekcji. 
 
- W ilu jeszcze przypadkach "nie zdążył pan przed Panem Bogiem"?
- Andrzej Biegalski, Antoni Sokołowski... Biegalskiego miałem okazję poznać dużo wcześniej, gdy wspólnie pracowaliśmy w komisji wyborczej przy okazji referendum na temat wejścia do Unii Europejskiej. Na rozmowy o boksie niestety zabrakło czasu. Jeszcze bardziej żałuję, że nie porozmawiałem z Antonim Sokołowskim, który był niezwykle skrupulatnym kronikarzem klubu. Paradoksem jest, że ja czytałem jego kroniki, a on coraz bardziej schorowany spacerował po Zdroju... Aż przyszła ta smutna informacja o jego śmierci... Ale czasu już nie odwrócę. Był też taki tydzień, że po kolei zmarło trzech pięściarzy....
 
- Pamiętam ten moment. Kiedy wówczas dzwonił do mnie Andrzej Porębski, to czułem wręcz strach przed odebraniem telefonu.
- Licząc dalej - Jerzy Szałamacha, Stanisław Jurczak, Franciszek Świenty, pani Maria Zygmunt... Małżonkę naszego słynnego "Krwawego Wasyla" też zaliczyłbym do tego grona, ponieważ dysponowała fantastyczną pamięcią i miała naprawdę wiele do opowiedzenia o złotych czasach jastrzębskiego boksu. Niestety, wiele tych historii nie mogło zostać opublikowanych. Wiedziała... aż za dużo (śmiech). To zresztą była cecha charakterystyczna sekcji bokserskiej - oni wszyscy żyli jak jedna wielka rodzina. Nasi pięściarze wraz z żonami i dziećmi utrzymywali ożywione kontakty także poza halą. Wracając do nieżyjących osób, jest jeszcze jeden człowiek, któremu bez wątpienia jako pierwszemu pokazałbym tę książkę.
 
- Komu?
- Mojemu ojcu. Tata pracował na kopalni "Jastrzębie" wraz z kilkoma pięściarzami, m.in. z Witoldem Środą. Ojciec był kibicem boksu i często ciągnął mnie na mecze. Niespecjalnie za tym przepadałem, ponieważ wolałem piłkę nożną. Jednak bywałem na Hali Widowiskowo-Sportowej, a ponadto co dwa tygodnie przeglądałem raporty pomeczowe. Nasiąkałem nazwiskami Zbigniewa Góreckiego, Juliusza Sobczaka, Tomasza Nowaka, Leszka Rybińskiego... Miałem zatem poczucie, że warto tę książkę przygotować także dla taty, który zasiał we mnie bokserskie ziarenko, które dopiero po tylu latach wzrosło.
 
- Przejdźmy do tematyki tej książki. Z dotarcia do kogo był pan najbardziej dumny?
- Na pewno wartością samą w sobie były rozmowy z założycielem sekcji bokserskiej Górnika Jas-Mos Hubertem Henke, który mieszka w Białym Borze pod Koszalinem. Gdy jechałem na wyjazdowe spotkanie piłkarzy GKS Jastrzębie z Gryfem Wejherowo, to zahaczyłem o jego dom. Przesiedzieliśmy z panem Hubertem całą noc. Zdziwił się, ale i ucieszył, że po czterdziestu latach od jego wyjazdu z Jastrzębia-Zdroju ktoś jeszcze o nim pamięta. Uzyskałem od niego mnóstwo informacji. Wiele pomógł mi także Andrzej Kaleta, który jest dla mnie jednym z największych symboli polskiego boksu. 
 
- Dlaczego?
- Jego historia jest fascynująca. Zaczynał boksować w Górniku Jas-Mos w połowie lat sześćdziesiątych w klasie A, a w 1977 roku to jego walka zadecydowała o mistrzostwie Polski! Kapitalny materiał na film typu "od pucybuta do milionera". Takie sytuacje nie zdarzają się przecież na co dzień. Henke mówił mi zresztą, że przy zakładaniu klubu pojawiały się takie "przechwałki", że kiedyś w Jastrzębiu będzie mistrz Polski. A to nie miało prawa się zdarzyć.
 
- Kiedy Henke mówił te słowa w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych, w Jastrzębiu stawiano pierwsze bloki, a Polska była światową potęgą w boksie.
- Tak, to zupełnie inne czasy, nieporównywalne do naszych. Po prostu w sekcji boksu GKS Jastrzębie zgrało się pięć elementów, które zapewniły sukces: świetni działacze, wybitni szkoleniowcy (czyli Józef Tomaszewski i Antoni Zygmunt), fantastyczni zawodnicy, rewelacyjni, obiektywni i liczni kibice, a także odpowiednio zainteresowany rozwojem sportu zakład opiekuńczy, a zatem KWK Jastrzębie.
 
- Obiektywni kibice?
- Tak! W latach siedemdziesiątych mieliśmy w Jastrzębiu-Zdroju najlepszą publikę w Polsce. Kilka tysięcy ludzi tworzyło niezwykłą atmosferę, bowiem pięściarstwo w ogromnym stopniu przyczyniało się do integracji tych ludzi z nowym miejscem zamieszkania! To boks w pewnym sensie stworzył "nowe" Jastrzębie. Mówił o tym trener Zygmunt w jednym z wywiadów dla Telewizji Polskiej. Wyjaśnił, że początkowo część widowni wspierała... gości, bowiem często były to kluby z ich rodzinnych stron. Kiedy przyjeżdżała np. Stal Rzeszów, to ludzie z tamtych okolic dopingowali "swoich". - "Jeszcze wielu kibicuje przeciwnikom, ale to się zatrze. Za jakiś czas oni będą kibicować nam i staną się jastrzębianami" - mówił Zygmunt. Po usłyszeniu tych słów zrozumiałem, na czym polegała specyfika Jastrzębia, gdzie w relacjach prasowych podkreślano obiektywizm widowni, która potrafiła oklaskiwać dobrze boksującego rywala, a wygwizdać swojego zawodnika, jeśli wygrał niesłusznie! To zmieniło się w latach osiemdziesiątych, kiedy w kierunku sędziego poleciało pierwsze krzesło. Ale wcześniej było wzorcowo.
 
- Jest tak, że autor rzadko kiedy bywa w pełni zadowolony ze swojego dzieła. Czego brakuje w pana książce?
- To prawda, ponieważ historia nigdy nie jest dokończona. Zawsze czegoś jest za mało. Z powodów "objętościowych" nie można było zamieścić wszystkich zdjęć, a w niektórych przypadkach brakuje nazwisk zawodników, z którymi walczyli nasi pięściarze. Ponadto wiem, że na pewno nie dotarłem do wszystkich źródeł i nie jestem pewien, czy one w ogóle jeszcze istnieją. Brakuje chociażby zdjęć z finałowych walk Mistrzostw Polski. Ponadto nie można ukrywać, że pewne wydarzenia natury... pozasportowej nie znalazły się w tej książce. Napomknąłem jedynie o tych faktach, które były głośne i ogólnie znane. Po prostu nie chciałem pisać książki sensacyjnej. Wiadomo, że sprawami Henryka Średnickiego czy Andrzeja Danielaka żyła cała Polska. Ale z drugiej strony jest też tak, że te historie stanowią przestrogę dla młodych sportowców, iż można sobie zmarnować talent i karierę przez jeden wybryk.
 
- Płynnie przeszliśmy zatem do tych ciemniejszych stron jastrzębskiego pięściarstwa. Co oprócz poloneza Średnickiego i przegranej kariery Danielaka nie znalazło się w pańskiej książce?
- Wiele było takich historii. Podkreślę od razu, że wiele z nich to całkiem sympatyczne opowieści, ale - jak już mówiłem - nie chciałem pisać książki sensacyjnej. Faktem jest, że na ten temat mógłby powstać... cały drugi tom (śmiech). Na przykład "Krwawy Wasyl", czyli Antoni Zygmunt, potrafił swojego zawodnika strzelić w twarz podczas walki! Miało to na celu zmobilizowanie go przed kolejną rundą. Zygmunt gonił swoich podopiecznych po całym Jastrzębiu, a sam jeździł za nimi maluchem. Co jednak najważniejsze, te metody działały, a oni bynajmniej nie mieli o ich stosowanie pretensji! 
 
- "Krwawy" to rozumiem, ale dlaczego "Wasyl"?
- Być może dlatego, że pochodził z Kresów. Mocno doświadczyło go życie. Jego ojciec nie wrócił do domu po 17 września 1939 roku. W czasie okupacji jako nastolatek przebywał w niemieckim obozie pracy. Nauczył się twardego życia. Miał zaledwie 30 lat, kiedy zdobył jako trener mistrzostwo Polski z BBTS Bielsko-Biała. Gdy potem zobaczył możliwości, jakie daje rozrastające się Jastrzębie, nie zastanawiał się ani chwili. Widział pełno młodych, wyrywnych mężczyzn, którzy stanowili świetny materiał na ring.
 
- Skoro jednak idziemy w te tematy, to co stało się z polonezem Średnickiego?
- Rozbił go. Ale jak sam stwierdził, skoro trener Zygmunt mógł roztrzaskać dużego fiata pod Hawaną... Trzeba pamiętać, że to nie byli grzeczni chłopcy, a wyjątek stanowił chyba jedynie Tomasz Nowak, który swoim "inteligenckim" charakterem kompletnie nie pasował do boksu. Myślę, że gdyby Henryk Średnicki miał w tamtym czasie poukładane życie osobiste, to byłby drugim Stevensonem. Inna sprawa, że jastrzębskie środowisko też było specyficzne. Naszych pięściarzy często prowokowano "na mieście". Niektórzy chcieli zmierzyć się z mistrzem świata, więc wyzywali go czy specjalnie doprowadzali do bójek. Kończyło się to potem interwencjami milicji. Ale też trzeba pamiętać, że to naprawdę były inne czasy. Podejrzewam, że obaj pamiętamy "wojny" między blokami, gdy kamienie latały nad głowami. Przecież ojcowie nie zapisywali synów na treningi u słynnego Czesława Caputy, bo liczyli, że dzieciaki zdobędą medal olimpijski. - "Panie, zrób pan coś z nim, bo my już nie dajemy rady" - taka była motywacja.
 
- A teraz chłopaki są "dupowate", jak wprost stwierdził świętej pamięci Tadeusz Wijas.
- Coś w tym jest. Dlatego nie mamy obecnie boksu na wysokim poziomie. Dziś wychuchany chłopak trochę poboksuje, zaraz go coś zaboli i ucieka z treningu. Tymczasem pięściarstwo to sport uprawiany przez ludzi z nizin społecznych, przez ludzi biednych. To była dla nich jedyna metoda na wyrwanie się z ubóstwa. Proszę mi wierzyć, że wielu naszych mistrzów wyszło ze straszliwej biedy, mając za sobą potworne wojenne i ciężkie powojenne doświadczenia. Jednak nie mam wątpliwości, że przed boksem jest jeszcze przyszłość. Historia ma to do siebie, że zatacza koło. Kiedyś skończą się dobre czasy i znów obudzimy się w nędzy. Skończy się wygoda i wtedy boks się odrodzi.
 
- W końcu nawet w Auschwitz był ring. I tym optymistycznym akcentem...
- (śmiech) Musimy mieć świadomość, że dobre czasy zawsze się kończą. Proszę spojrzeć, gdzie wyrosły kluby bokserskie: GKS Jastrzębie, Hutnik Nowa Huta, Stoczniowiec Gdańsk, Turów Zgorzelec. Wojenne czasy i komuna napędziły ludzi do boksu. Dzisiejsze pokolenia są ulepione z innej gliny.
 
- Wróćmy do Średnickiego. To mimo wszystko najwybitniejszy z naszych pięściarzy?
- Myślę, że tak. Uważam wręcz, że zasługuje na ulicę w naszym mieście, choć ktoś może uznać to za kontrowersyjny pomysł. Jednak trzeba przyznać, że Henryk Średnicki rozsławił Jastrzębie. Jako zawodnik GKS-u został przecież mistrzem świata! Jedynym polskim mistrzem świata! Gdy po turnieju w Belgradzie zapytano go o wrażenia, to odpowiedział, że cieszy się, iż mógł sprawić tak ogromną radość ludziom w Jastrzębiu. Średnicki był fenomenem. Potrafił w ringu zadać serię pięciu czy sześciu ciosów, które po prostu zamęczały rywala. Miał też permanentne problemy z utrzymaniem wagi, w związku z czym przed walką często musiał zrzucić po 5 kg! W takich warunkach normalny człowiek byłby wycieńczony, a Średnicki mimo to wychodził na ring i wygrywał. Cóż, miał również ten swój "charakterek", ale... ludzie chyba lubią takich junaków. Dzięki temu też tworzy się legenda. Jeden z moich rozmówców wprost stwierdził, że gdyby Średnicki był "grzeczny", to nie zrobiłby takiej kariery. On osiągnął sukces, bo zawsze był sobą.
 
- Na koniec chciałbym jeszcze zapytać o reakcje pańskich rozmówców, gdy dowiadywali się o pomyśle na "Górnicze Pięści". Wszak jastrzębscy pięściarze to sportowa Atlantyda, takie "Breslau" Krajewskiego. Amatorski boks już nie wróci, więc tym bardziej są oni zapomniani. To musi być bolesne.
- Oni noszą w sobie to gorzkie poczucie zapomnienia. Wszak przez lata byli ambasadorami naszego miasta. Jeden z nich mówił mi, że kiedyś, gdy wychodził z domu, wszyscy go pozdrawiali. Dziś mało kto o nim pamięta, a koledzy umierają jeden po drugim. A przecież 50 czy 40 lat temu to rodzące się i rosnące w siłę Jastrzębie-Zdrój naprawdę żyło boksem! To nie są żadne bajki, że Hala Widowiskowo-Sportowa pękała w szwach. Na boks chodziły osoby, których bym o to nie podejrzewał.
 
- Zamieniam się w słuch.
- Nie ma mowy, nie ujawnię ich nazwisk (śmiech). Czasem odbieramy tę historię jak opowieść o jakichś mitycznych olbrzymach, a przecież to są ludzie z krwi i kości, wciąż żyjący między nami. Powinniśmy być z nich dumni i musimy pamiętać o naszej historii. Jeśli my nie zadbamy o nasze dziedzictwo, to za kilkadziesiąt lat wraz z ostatnim podopiecznym Antoniego Zygmunta te wspomnienia pójdą w zapomnienie. Podkreślam z pełną mocą - jastrzębian, czyli ten zlepek ludzi z całej Polski, w dużym stopniu zintegrował sport, czyli boks i piłka nożna.
 
- Na ostatnich stronach pańskiej książki znalazły się aktualne zdjęcia dawnych zawodników, które poczynił Maciej Kanik. Ogromne, czarno-białe fotografie. Robią wrażenie, szczególnie w niektórych przypadkach. Na dawnym zdjęciu widnieje młody, wysoki i przystojny sportowiec, a tu starszy, schorowany człowiek, z widocznie obitą twarzą i przekrzywionym nosem... Nie do rozpoznania. To robi niezwykłe wrażenie. 
- Taki też był nasz cel, kiedy postanowiliśmy zamieścić te fotografie. Boks nie był łatwym kawałkiem chleba i to widać po twarzach naszych bohaterów. Ponad dwudziestu z nich wciąż mieszka w Jastrzębiu-Zdroju. Chcemy, aby mieszkańcy naszego miasta pamiętali o swoich dawnych idolach. Przyznam szczerze, że odniosłem wrażenie, iż sami nasi pięściarze zdawali sobie sprawę, że jest to jedna z ich ostatnich szans na przypomnienie się mieszkańcom Jastrzębia. Gdyby nie ich życzliwość, nie byłoby tej książki i na pewno nie miałbym tak ogromnej satysfakcji z jej powstania.
 
- Co będzie największą nagrodą dla Marcina Boratyna?
- Myślę, że przekonam się o tym w dniu promocji książki, czyli 15 listopada w Domu Zdrojowym. Podkreślam, że napisałem tę książkę za darmo i nie pobrałem żadnego honorarium. Wszelkie pozyskane środki zostały przeznaczone na druk "Górniczych Pięści". Nie chciałem zarabiać na tej książce z powodów, o których już wspomniałem. A nagrodą (lub karą) będzie reakcja czytelników, w tym przede wszystkim bohaterów mojej książki...
 

 


 

rozm. mg

KOMENTARZE

  • | 24/11 godz. 21:42

    Gdzie można kupić książkę?

  • Paweł | 20/11 godz. 21:11

    Gdzie można kupić tę książkę?

  • Jo | 19/11 godz. 16:49

    Napisol - zle. Nie napisol - tragedia. Ksiazka cienko - zle. Ksiazka grubo - do niyczego. Wzial piyniadze - zle. Nie wzial - tym gorzyj. Jak by nie bylo - zle. Bo jo je z Ruptowej i jo wszistko wiym lepiyj. Jak nie wiysz to go zapytej sam. Chiba co ci odwagi brakuje.
    Chopie przeca on pedziol ze pisol kozdy wieczor. Poczitej se dobrze a nie fanzol. Pozdrowiom staro gwardia. Tamte czasy juz nie wrocom.

  • Jarosław Pietrzyk | 19/11 godz. 15:40

    Przecież jak się czyta te komentarze to rzygać się chce negatywne oczywiście ,czy Marcin pisał to w pracy itd.och wy tępe strzały schowane za telefonem czy komputerem odwagi trochę

  • PIOTR | 19/11 godz. 10:53

    Też ojciec zabierał mnie w wieku kilku lat na mecze.Pamiętam jak dzisiaj niedziela godz.11.00.
    Panie Marcinie dobra robota.

  • Ciekawy z Ruptawy | 19/11 godz. 07:31

    Czy Pan Marcin, przy całym szacunku dla jego pisania, zajmował się tym hobbystycznie czy w godzinach pracy?

  • | 19/11 godz. 07:29

    @Krzysztof
    Wszystło ładnie, pięknie, ale ile można żyć przeszłością w mieście bez przyszłości? Ogarnij się.

  • Krzysztof | 18/11 godz. 18:34

    Co do niektórych: Panowie!kochajcie swoje miasto!Więcej patriotuzmu!W latach 70-80 to bokserzy zozsławili Jastrzębie!

  • to sem ja | 18/11 godz. 18:00

    Panie Marcinie,
    czapki z głów!

  • Tadek | 18/11 godz. 16:29

    Od blisko dwudziestu lat spikerem boksu w Jastrzębiu nie jestem - od 1980-2000 nim byłem. Gdyby nie ta książka może by mnie się nawet nie wspomniało...Brawo Marcin

  • Kibice GKS Jastrzębie Zdrój | 17/11 godz. 15:51

    Za nasz klub za GKS pójdziemy aż po życia kres.

  • marek | 15/11 godz. 19:53

    "To boks stworzył Jastrzębie-Zdrój" w tym przypadku jest stwierdzeniem nieprawdziwym i nie fortunnym. Pozdrawiam.

  • Zbyszek | 15/11 godz. 15:32

    Dzięki Marcinie! Świetna robota! Ludzie boksu (kibice, zawodnicy, działacze) będą i nawet już są Ci wdzięczni!

  • Real | 15/11 godz. 14:56

    Trzeba założyć klub sportowy w np. Ruptawie to powstanie tam miasto. Taka analogia.

  • Oko proroka | 15/11 godz. 14:21

    Wielki szacunek dla autora,i oczywiście wszystkich jastrzębskich bokserów tych starszej daty i obecnych boks jest trudną dyscyplina sportu w którym Jastrzębscy bokserzy mieli swój udział poklony

  • Tomasz | 15/11 godz. 14:09

    Szacunek Panie Marcinie!
    Gdzie można kupić książkę?

  • Jacek Muszka | 15/11 godz. 14:05

    Byłem wtedy małym potem młodym chłopakiem - ojciec mnie zabierał na boks godzina 11 co druga niedziela miesiąca. Chałem sie tu rozpisać ale krótko - JAKEIŻ TO BYŁY PIEKNE CZASY!!!!!!!!!

  • | 15/11 godz. 09:53

    Czy się komuś podoba czy nie to kawał solidnej roboty. W prawie 90 tys. mieście robi się sensację z wydania książki a powinno to być normą. Niestety w Jastrzębiu brak instytucji, które doceniają wydawania książek i ochoczo to finansują. Taka gmina.

  • Wiesław | 15/11 godz. 09:43

    Świetny artykuł i streszczenie zawartości Górniczych Pięści .
    Dziękuję Marcinowi autorowi tej książki. Jakby nie on to historia boksu w Jastrzębiu była by zapomniana.
    To po prostu ktoś musiał zrobić, przypomnieć i uwiecznić historię Jastrzębskiego boksu. To dla Jastrzębia bardzo ważne!

  • Ja | 15/11 godz. 07:00

    Czy to Dzieło będzie nominowane do Nobla? Jeszcze książki nie ma a już dzieło. A co jak się okaże że knot? Poczekajmy z ocenami.

  • Adam | 14/11 godz. 23:16

    Brawo, to zostanie docenione po latach

  • Pasjonat | 14/11 godz. 16:33

    Świetna robota.

DODAJ KOMENTARZ

Twoje imię:

Komentarz:

akceptuję regulamin

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X