Statystyki

mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj2969
mod_vvisit_counterWczoraj3311
mod_vvisit_counterW tygodniu6280
mod_vvisit_counterTydzień temu22572
mod_vvisit_counterW miesiącu49130
mod_vvisit_counterMiesiąc temu92297
mod_vvisit_counterRazem4586414

Online: 41
Twoje IP: 18.204.227.250
,
Dzisiaj mamy: Paź 15, 2019

19
Lut
2018
Nati pisze ... PDF Drukuj Email
Wpisany przez Renata Miler   

img 01Natalia Bernacka jest uczennicą klasy IV c naszej szkoły. Jest równocześnie uzdolnioną autorką oryginalnych opowiadań, które możecie przeczytać na naszej stronie. Będziemy publikować je regularnie, by wszyscy zainteresowani mogli poznać przygody rezolutnej Zosi i jej sympatycznej rodzinki.

Natalka pisze swoje teksty już od jakiegoś czasu, mówi, że sama nie pamięta, kiedy TO się zaczęło. W klasie II czy III?

Dla nas to bez znaczenia, cieszymy się, że tak zabawne historie tworzy Wasza utalentowana Koleżanka. Zapraszamy do wspólnego czytania cyklu „Nati pisze...”

Link do artykułu z opowiadaniami znajdziecie w menu "Dla uczniów"

 

 

 

1. Zośka. Malowanie

2. Moje urodziny

3. Zakupy

4. Myjnia

5. Chrzciny

 

1.Zośka.Malowanie

Cześć, jestem Zośka i nie uwierzycie - dziś rano obudziła mnie mama (a ja tak kocham spać) i powiedziała, że po obiedzie pójdzie z tatą do piwnicy.
- A po co? - spytałam ospała.
- Musimy odmalować ściany i drzwi - odpowiedziała mama. - A teraz chodź na śniadanie.

Piwnica była faktycznie do odmalowania. Z drzwi sypała się stara farba, ściany były brudne i pełne pajęczyn, a inne drzwi były piękne i odmalowane na pomarańczowo i żółto . Ostatnim razem byłam w piwnicy 11 miesięcy temu, kiedy wyciągaliśmy ozdoby na choinkę.
- Mamo, ja też chcę! Też idę! Chcę malować piwnicę! - krzyknęłam.
- Zosiu, nie wiem, czy tata się zgodzi. Naprawdę chcesz siedzieć w tej ruderze przez godzinę córeczko?
- Nie będę tam siedziała! - odparłam. - Będę malowała drzwi!
- O nie, nie,nie,nie,nie!! Zostaniesz tutaj, grzecznie się pobawisz i teraz zjesz naleśniki. - powiedziała stanowczo mama. No to się rozpłakałam, no bo niby dlaczego oni mają się świetnie bawić, malując drzwi na super kolor, a ona miała siedzieć w domu i się nudzić.
- Króliczku, dobrze. Pójdziesz z nami do piwnicy i pomalujesz kawałeczek drzwi.
- Juuuhuuuuu!!!! - pobiegłam na dół do stołu i zjadłam 3 naleśniki.
- Tato, będę malowała z wami drzwi w piwnicy!
- Tak? Brawo, córeczko! Chciałbym mieć malarza w rodzinie. Wiesz, ile forsy zarabiają?!

Nie odpowiedziałam, bo nie wiedziałam. Byłam tak podekscytowana, że pomaluję drzwi. Była 10 rano. Za 4 godziny będzie obiad. Czyli za 5 wielkie malowanie! Siedziałam na żółtym fotelu i czytałam komiks o smerfach. Po godzinie mi się znudziło, bo czytanie nie jest takie fajne. Chciałam wyjść na skwer z dziewczynami, ale po pierwsze; padało, po drugie; byłam przeziębiona, po trzecie; Magda, Jola, Dorota są na obozie.

Postanowiłam pobawić się w swoim pokoju klockami od babci. Zbudowałam kolorowy zamek i wyciągnęłam zabawkową królową, której odpadała głowa.Bawiłam się super. Tak mnie wciągnęło budowanie, że nawet nie zauważyłam, kiedy minęły 2 godziny. Nagle mama zawołała:
- Obiaaaaad! Do stołu!
Poleciałam na dół i zobaczyłam, że są pierogi ruskie! Moje ulubione! Kiedyś zjadłam 14! Tata najwięcej to 31, a mama 19. Tym razem zmieściło mi się 9...
- To jak?!?! Idziemy do piwnicy????!! - wrzasnęłam.
- Dobrze Zosiu. - tata i mama wstali od stołu. Poszli wyjąć jeszcze nie otworzone pudełko z pomarańczową farbą.

Zeszliśmy po schodach na sam dół. Mama zapaliła światło. Trzy gołe żarówki oświetliły bury korytarz. Piwnica była duża. Dopiero teraz zauważyłam, że w tym bloku mieszka mnóstwo ludzi. Miała ze sto korytarzy. Wszędzie były położone na podłodze malusieńkie papierowe talerzyki z pomarańczowym CZYMŚ w folii z czarnymi napisami.
- Co to? - spytałam.
- To są trutki przeciw szczurom i myszom - odparła mama. Wreszcie skręciliśmy w odpowiednią alejkę, trzecie drzwi od prawej były nasze. Tata otworzył farbę, mama otworzyła drzwi, a ja przejechałam po nich palcem. Zahaczyłam o drzazgę i poleciała mi krew, ale mama zawinęła w chusteczkę i nie bolało.
- Odejdźcie za ścianę! Wyciągnę fotelik, zasłania połowę drzwi!
Odeszłyśmy za ścianę z mamą i usłyszałyśmy głośne:
- Aaaaach.......!!!! Kurczę... - reszty nie słyszałam, bo mama zatkała mi uszy. I dobrze, bo tata mówił brzydkie słowa. Gdy weszłyśmy w naszą alejkę, zobaczyłyśmy tatę, który siedział na podłodze, miał całą prawą nogawkę z pomarańczowej farby, fotelik był CAŁY z pomarańczowej farby, twarz taty była trochę z farby i podłoga była z farby. Jedyne co nie było z farby, to drzwi.

 

2.Moje urodziny

Taaaak!! To był dzień, który pojawia się raz w roku! Czyli.... URODZINY!! I to nie byle jakie... BO MOJE!!! Ubrałam białą sukienkę, (nie cierpię sukienek) białe rajstopy (jeszcze gorzej) i zrobiłam sobie dwa warkoczyki. Mam złote włosy do ramion. Mama ma czarne włosy dłuższe niż ja i założyła czerwoną sukienkę do kolan. Tata jak zwykle ubrał garnitur. Pierwsi przyszli dziadkowie. Mieli 2 wielkie torebki i kwiaty. Podziękowałam i zajrzałam do torby. To była gra. Taka jaką chciałam! W drugiej były ciuchy... Po 10 minutach przyszła moja ciocia Miranda, wujek Robert i 4-letni kuzynek Jasiek. Jak zwykle spóźniona przyszła kolejna ciocia, ale tylko ciocia. Torby postawiłam w rogu pokoju. Było ich siedem!

Na stole był biały elegancki obrus, pełno misek, talerzy i półmisków. Mama jest naprawdę super! Usiedliśmy do stołu, oprócz Jaśka, który bawił się swoim żółtym samochodzikiem.

- Jasiu, chodź! Jest twoja ulubiona sałatka brokułowa! Zjedz trochę - powiedziała ciocia Miranda. Jasiek posłusznie wstał, ale zostawił swój żółty samochodzik na środku pokoju.

- Synkuu... ile razy mamy ci mówić, żebyś nie zostawiał zabawek na środku pokoju...?

- Oj, przestań Robert! Niech trzyma ten śliczny samochodzik gdzie chce!

- Ale Sabina... - (to imię mojej mamy) powiedział wujek.

- Przestań. A teraz wszyscy siadamy i jemy.

Jaś usiadł obok cioci i zaczął jeść rosół. Potem było spaghetti. Było pyszne! Mama znowu zrobiła je z sosem pomidorowym firmy ,,Pomidorowy ogród". Uwielbiam spaghetti bez mięsa!

-Pora na tort! - zawołała mama, która wcześniej poszła do kuchni.

- Patrykuuu... pomóż mi zanieść tort! - krzyknęła mama. Tata wstał i poszedł do kuchni. Ja za nim. Byłam ciekawa, jak wygląda tort. Był biały. Miał czekoladowy napis "8 URODZINKI ZOSI, 100 LAT!!!", dookoła pełno różowych i fioletowych lukrowanych różyczek i 2 samochodziki, również z lukru. Jeden czerwony, jeden żółty. Pewnie jeden był da mnie i drugi dla Jasia. Mama znalazła 8 świeczek. Idealnie! Były różnych kolorów, czerwone, niebieskie, żółte, zielone i fioletowe. Powtykałam je dookoła napisu. Pobiegłam do salonu i stanęłam na krześle. Mama zrobiła to samo, tyle że wyciąnęła aparat fotograficzny i zrobiła mi zdjęcie. Tata stanął w progu i szeroko się uśmiechnął. Nagle...

BACH!ZIUUU!

- Achhhh!!!! Nie mogę!! - krzyknął tata. Zauważyliśmy, że tort był na twarzy taty, na podłodze i na nowym ekskluzywnym szaro-białym dywanie. Okazało się, że tata potknął się o żółty samochodzik Jaśka.

 

3.Zakupy

Patryku! Dziś pójdziesz z Zosią do sklepu. Kupisz mi pół kilo krówek! Idźcie już.
Tata oderwał się od czytania gazety, wstał i ubrał buty i kurtkę. Ja zrobiłam to samo, tylko oderwałam się od bajki w telewizorze. Ubrałam kurtkę zimową, kozaki, szalik i różową czapkę z pomponem. Wyszliśmy. Tata powiedział:
- Ale ta pogoda brzydka...
- Tak. Jest listopad. - odpowiedziałam. Weszliśmy do dużego sklepu, który był supermarketem. Było tam mnóstwo półek i ludzi. Sprzedawczynie w zielonych fartuchach z napisami: ,,SUPER MARKET", białych (jakby) czepkach dyszały ze zmęczenia. Poszliśmy do działu z warzywami i owocami.
- Zrobimy mamie pyszną sałatkę! Leć po herbatę. Tę co zawsze! Czekam tu. - powiedział.
Pobiegłam po żółty kartonik z malusieńkimi czarnymi literkami i malinami na środku.Wsadziłam ją do wózka. Tata zastanawiał się nad marchewką i ogórkiem do sałatki.
- Weź marchewkę - dodałam. Tata posłuchał.
- Idź po mąkę. Zrobimy babeczki czekoladowe. Będę na nabiale.
- Dobra - poleciałam po mąkę ,,Ziarenko" tę, której używamy do wszystkich ciast. Tata brał jajka ,,O, kurka!".
- Tato! Kupmy cukierki krówki! Mam na nie ochotę!
- Nie teraz! Myślę, co mieliśmy kupić mamie!!
- Proszę... chcę krówki!
- NIE! Wiem! To coś z artykułów mięsnych!
Pobiegliśmy kilka półek dalej.
- Hmm... obiad też kupimy... Poproszę ten karczek! - tata pokazał największy karczek jaki był. - I szynkę drobiową 12 plasterków.
Pani w zielonym fartuszku wyjęła karczek i wsadziła go do woreczka. Pokroiła szynkę i wsadziła ją do woreczka z karczkiem.
- Dwanaś... aaaaa... - ziewnęła. - Dwanaście dziewięćdziesiąt osiem...
Tata włożył worek do żółtej reklamówki i poszedł na dział z cukierkami.
- Tato... weźmy krówki! O nie mama prosiła!!! - wrzasnęłam.
- Mama nie cierpi krówek! Uwierz mi. Znam ją lepiej od ciebie, a teraz weź 500 gram ciasteczek ,,miniaczki".
- Ale to były kr...
-Zosiu- tata mi przerwał. NIE! TO NIE BYŁY KRÓWKI DAJ SPOKÓJ! IDZIEMY DO KASY I DOMU! - chyba zbyt się uniósł. Nie było mi smutno. Ale byłam pewna, że to krówki... Podeszliśmy do pani z czarnym warkoczem, która się mocno szczerzyła.
- 24 złote 56 groszy. - powiedziała. Ale po kilku sekundach przestała się szczerzyć, kiedy tata powiedział że nie ma złotówki... Gdy wsiadaliśmy do windy i jechaliśmy do domu, tata mnie przeprosił. Powiedział, że to przez stres, i że to na pewno nie były krówki. Pocałował mnie w czoło i oboje uśmiechnięci zapukaliśmy do drzwi. Mama też była bardzo uśmiechnięta.
- Nie mogę się doczekać krówek, które kupiliście! - powiedziała z szerokim uśmiechem. Tata zbladł.

 

4.Myjnia

Wsiedliśmy do auta. Wycieraczka pod moimi nogami była cała z okruchów, kurzu i włosów. Mama i tata nie mieli lepiej; mieli głównie kurz, włosy i brązowe plamy. Kierownica i fotele były z kurzu, a obok mojego siedzenia mnóstwo plam czekoladowych i również okruchów.
- Musimy podjechać na myjnię! Nie wytrzymam w tym gruchocie! Tyle tu brudu! - powiedział tata, marszcząc czoło
- Racja, Patryku... Auto jest wysypiskiem śmieci... Do sklepu pojedziemy później. Jadę na myjnię! - odpowiedziała mama. Zamiast skręcić na parking sklepu, skręciła w prawo. Na ulicę Mokrą. To na niej była myjnia. Była niebieska. Miała 3 wielkie przegrody na auta. Na dachu był pionowy napis:
MYJNIA 24h
Skręciliśmy w środkową przegrodę, z której właśnie wyjeżdżał pomarańczowy seat. Wysiedliśmy z auta. Mama wrzuciła monetę, ja wzięłam coś, co było podobne do pistoletu wodnego. Nacisnęłam pomarańczowy guzik i okrążyłam auto. Z urządzenia lała się piana.
To było niesamowite uczucie! Piana spływała i na szybach było pusto; więc znów! Dookoła auta latać z tym czymś! Ale było super! Nawet niechcący umyłam tą pianą marynarkę taty, który miał z tego powodu skrzywione usta. Mama patrzyła ze zdumieniem, jak jej mała córeczka walczy z ciśnieniem piany. Gdy nagle z urządzenia przestała lecieć piana, mama mi podała kolejny pistolet na wodę i tym razem leciała z niego woda. Delikatnie. Nic się nie zmywało! Podeszła do mnie mama i powiedziała, że mam trzymać ten przycisk. Przytrzymałam. Jak trysnęło!!! Oblałam sobie nowe spodnie, głowę i całego tatę! Mama podbiegła wygoniła mnie do taty i zajęła się tym ciśnieniem.
- Ale narobiłaś Zosia... - powiedział tata.
- Oj tam, oj tam. - odparłam. Gdy mama skończyła, miała mokrą nową kurtkę i głowę.
- Pora na... po... A PSIIIIKK!! Na odkurzanie... - krzyknęła. Podjechała do grubego srebrnego słupa, w którym były 2 czarne rury, każda po innej stronie. My byliśmy po prawej. Tata wziął dziwny odkurzacz. Mama wepchnęła w dziurkę złotówkę, przycisnęła zielony guzik i tata mógł odkurzać. Ja za to wzięłam wycieraczki i trzaskałam nie o mniejszy słup. Taki w kratkę z dziurami. Mama mi wyjaśniła, że na tym słupie zatrzymuje się kurz. Gdy tata skończył auto lśniło. Srebrny lakier naszej skody raził po oczach. Wsiedliśmy do auta. Było czysto i żadnej okruszyny. Wyjęłam z torebki mamy chrupki orzechowe. 2 poleciały mi na wycieraczki. Niechcący w nie wdepnęłam... Nakruszyłam też na fotele. Kiedy mama i tata zobaczyli, co narobiłam wściekli się. Ja to nie rozumiem tych dorosłych! Po co myć i odkurzać auto, skoro i tak się nakruszy!

 

5.Chrzciny

- Zosia! Jak się ubrałaś?! Dresy i bluza?! - krzyknęła mama.

- Przecież nie idziemy na żadne przyjęcie!

- Idziemy! Jedziemy do cioci Gertrudy i wujka Antka na chrzciny małego Arturka! Ubieraj rajstopy i sukienkę! Wszystko masz na fotelu!

- Ale leci wielki maraton ,,Poduszek i koców"!! Ja zostaję! 
Program polegał na wymienianiu się poduszkami i kocami. W odcinkach specjalnych, któraś osoba wygra zestaw poduszek i koców. Dziś były nowe odcinki!!
- Nie chcę! Jedźcie sami! Poza tym... to nie miało być za tydzień w niedzielę?!
- NIE! Ubieraj się i do samochodu!
- Idę do toalety! - pobiegłam do łazienki i zamknęłam się na kluczyk. Klucz schowałam głęboko do szafki z ręcznikami. Wyjęłam ten czerwony i wytarłam nim wannę. Wlazłam do niej.
- Zosiuuuuuu! Schodź już! Spóźnimy się!!
- Dobrze!! Tylko... - puściłam wodę i się obsunęłam. Trochę pomoczyłam nogawkę, ale co mi tam...- no wieeesz mamoo!
- Oł, myjesz ręce. Dobra! Czekamy w samochodzie.
TAK! Wyszłam z wanny i otworzyłam drzwi. Po cichu usiadłam na kanapie i włączyłam telewizor. Nic nie słyszałam,bo wyłączyłam głos, ale jak rodzice odjadą puszczę na ful!!! Ale nagle usłyszałam trzaśnięcie drzwiami i głos mamy:
- ZOŚKA! WYŁĄCZ MI TO NATYCHMIAST I DO SAMOCHODU!! JUŻ!!!!!
Wiedziałam, że nie pora na dyskusje i pyskowanie, więc cicho powiedziałam:
- Mamusiu, jeszcze sekundka! Magdalena przedstawia uczestników! - troszkę podgłośniłam;
- Witamy w SPECJALNYM odcinku ,,Poduszki i koce"!!! To uczestnicy:
Aleksan... - mama wyłączyła telewizor.
- JUŻ!! - wrzasnęła. Wstałam niechętnie i ubrałam kurtkę. Po chwili wyjechaliśmy. Nagle minęliśmy sklep z telewizorami. Na jednym leciały ,,Poduszki i koce".
- STOP! - wrzasnęłam.
- JEZUS! CO SIĘ STAŁO?! - zawołała mama ostro hamując. Wysiadłam z auta, przykleiłam palce do szyby i przyglądałam się Magdalenie. Jednak mama i tata wciągnęli mnie do auta... Gdy jechaliśmy laskiem zawołałam:
- Muszę do toalety!
- Nie ma nigdzie toalety! Nie mamy czasu! Będziemy spóźnieni! - powiedziała mama. Widziałam, jak jej biała długa spódnica do kostek, plątała się i przeszkadzała w prowadzeniu.
- Bo dojdzie do nieszczęścia! - lamentowałam.
- Ech... - mama stanęła na poboczu i wskazała na toytoy. - Idź! Tylko szybko... - dodała. Pobiegłam i zamknęłam się. Usiadłam na sedesie i wyjęłam komiks, który schowałam w kieszeni. Po chwili usłyszałam głos taty:
- Zosiuu! Chodź do auta!
- Zatrzasnęło się!
Tata pociągnął za klamkę.
- Faktycznie...
- Jedźcie beze mnie! Zobaczymy się za 4 dni.
- Nie! Hmm... MAM! Przejdź do drugiej ubikacji. Przeciśnij się pod ścianą.
Kurczę! Tata miał rację... przeszłam pod ścianą i z ponurą miną wlazłam do auta. Dojechaliśmy do miasta Wołówko, gdzie mieszkała ciocia, wujek i Arturek. Mieszkali na ulicy Siennej, w białym domku bliźniaku. Ciocia miała blond włosy do ramion, koszulę nocną w rozgwiazdy, śpiącego Arturka na ramionach i pół przymknięte oczy. 
- Cześć Trudzia! Gdzie Antek? - przywitała się mama.
- Aaaaa.... - ziewnęła. - Śpi...
- A-ale... nie ma dzisiaj chrzcin!?
- Nie... Są za tydzień... Wejdźcie jak chcecie...
- Nie... wrócimy do domu... - wsiedliśmy do auta. Nie chciało odpalić. No więc zostaliśmy ten tydzień u cioci i wujka. Niestety nie mają telewizora...