Dzisiaj jest: niedziela, 12 lipiec 2020   Imieniny: Brunon, Jan, Weronika

więcej ›

PUBLICYSTYKA

A to ciekawe

"Tylko kurz i słońce..."

„Politycy mówią, że to jest misja pokojowa. Albo stabilizacyjna. Słowa „wojna” – tam, gdzie giną ludzie – najchętniej nie używaliby w ogóle. O 1000 ciężko rannych polskich żołnierzy także wspominają tylko półgębkiem. Podobnie jak o afgańskiej partyzantce, która kąsa, gryzie, powoli usypia czujność natowskich sojuszników...” – tak zaczynał się news, który niedawno pojawił się na naszym portalu. Inspiracją do powstania tej krótkiej notatki była wizyta Marcina Ogdowskiego, nazywanego „pierwszym w Polsce blogerem wojennym”. Po nas to spotkanie pozostawiło niedosyt. Rozpuściliśmy dziennikarskie wici i dotarliśmy do jastrzębianina, który „na dniach” wrócił z misji w Afganistanie. Oto co od niego usłyszeliśmy. To już trzecia, tym razem ostatnia, część „afgańskich wspomnień”.

„Afganistan, bracie!”


To mogło wyglądać jak początek zwykłego szkolenia. Hala wrocławskiego lotniska, a na niej około 150 żołnierzy. Rozmowy „przy fajeczce”, salwy śmiechu i luz, gdy czeka się na coś niezbyt ważnego. Gdyby jednak podejść bliżej, szybko okazałoby się, że większość rozmów krążyła wokół jednego tematu. Zaś to, co nieuważny obserwator wziął za atmosferę beztroskiej sjesty, tak naprawdę było podszyte napięciem. W pewnym momencie z ust młodego żołnierza pada kluczowe słowo. Mężczyzna wymawia je z namaszczeniem. Jakby to był początek modlitwy. A ci, którzy mu towarzyszą, milkną na kilka sekund. „Afganistan, bracie!” – powtarza i klepie kolegę po ramieniu. Mężczyźni nagle poważnieją.

Patriotyzm i kasa

Jednym z tych, którzy tego dnia czekali na samolot do Kirgistanu, był mieszkaniec Jastrzębia-Zdroju – Maciek (imię zmienione – przyp. aut.). Jako zawodowy żołnierz od kilku lat starał się o wyjazd na misję do Afganistanu. I kiedy wreszcie dopiął swego, on także nabrał szczególnego szacunku dla nazwy kraju, w którym miał służyć przez kolejne 7 miesięcy. Dlaczego Afganistan? Maciek mruży oczy jak w czasie burzy piaskowej. Wspomina coś o adrenalinie, przygodzie. Ale dopiero zapytany, dorzuca kilka zdań na temat żołnierskiego obowiązku. A kasa? Owszem, jego zdaniem jest ważna, ba, z czasem – już tam, na miejscu – staje się tematem wielu rozmów. Ale czy to ona sprawia, że żołnierze wyjeżdżają na misje wojskowe? Maciek śmie powątpiewać. Jednak, jak zaznacza, może mówić tylko za siebie. Nie ma ambicji bycia rzecznikiem całej polskiej armii.

„Czego nie upuściłeś, nie podnoś...”

„I pamiętaj, synu, czego nie upuściłeś, nie podnoś!” Te słowa pobrzmiewają w głowie Maćka jak mantra. W momencie, kiedy usłyszał je po raz pierwszy – dokładnie na początku rocznego szkolenia – Afganistan jawił mu się jako kraj zbudowany na beczce prochu. Wszędzie, pod każdym kamieniem, za rogiem spalonych przez słońce chat – ładunki wybuchowe. Pod brudnymi T-shirtami śniadolicych chłopców – ułożone równo laski dynamitu. Na pustyni – minowe pola. Dzisiaj trochę się z tego śmieje, ale jeszcze teraz, gdyby obudzić go w środku nocy, powtórzy jak w letargu: „Czego nie upuściłeś, nie podnoś...” Podobnie z Afgańczykami, których miał za wyjątkowo niebezpiecznych ludzi. Najlepiej nie zbliżać się do nich. Nie brać od nich jedzenia. Trzymać na dystans. Przyszłość miała pokazać, że teoretyczne szkolenia często rozmijają się z rzeczywistością.

Upał

Tymczasem wróćmy na wrocławskie lotnisko. Bo tutaj właśnie zaczyna się ważenie bagażów. Pustynne moro, w które ubrani byli polscy żołnierze, znika powoli z krajobrazu hali odlotów. Jednak tylko na kilka godzin. W kirgiskim Manas z samolotu znowu „wysypują się” chłopcy w barwach ochronnych. A po dwóch dniach zabierają ich amerykańskie transportowce – wprost na płytę lotniska w Bagramie. Maciek, kiedy pada pytanie o pierwsze wrażenia z Afganistanu, cedzi powoli przez zęby: „u-p-a-ł”. Jest połowa października. Temperatura oscyluje niebezpiecznie wokół 30 stopni. Powietrze suche jak pieprz. I jeszcze ten wszędobylski kurz, docierający podstępnie do najdalszych zakątków ludzkiego ciała. Nie było przed nim ucieczki...

Pomylili adres

Na terenie bagramskiej bazy zaczyna się właściwe szkolenie. Polscy żołnierze ćwiczą w zaimprowizowanej zabudowie, która ma „udawać” tutejszą prowincję. „Na stanie” mają już pełen ekwipunek: środki medyczne, adrenalinę w zastrzykach, dodatkową amunicję i twardą jak owadzi pancerz kamizelkę. Po około dwóch tygodniach przylatują po nich amerykańskie śmigłowce. Maciek wspomina tamten podniebny rajd z sentymentem. Cielsko transportowego helikoptera zawieszone nisko nad ziemią. I zmieniający się za oknem afgański krajobraz. Czyli jałowa kamienna kraina, upstrzona zielonymi plamami w postaci rachitycznych oaz. W końcu docierają do miejsca docelowego kontyngentu. A tam nie było dosłownie niczego. Tylko kurz i słońce. Maciek pomyślał nawet, że Amerykanie pomylili adres. Nic bardziej mylnego. Z ust pilotów pada nazwa polskiej bazy – „Ghazni”. Pora rozpocząć misję!

fot. pixabay

wtorek, 9 cze 2020, Damian Maj

KOMENTARZE

  • seboc | 10/06 godz. 07:24

    Znów o bandytach e mundurach.

  • jasnet.pl | 09/06 godz. 15:15

    Komentarze do tego tekstu zostały wyłączone! Minął okres dodawania komentarzy.

zobacz wszystkie komentarze

NAJCZĘŚCIEJ KOMENTOWANE

ARTYKUŁY

więcej

BLOGI

22/02

W co gra MZK?

29

18/02

Radni hipokryci

7

więcej blogów

KALENDARZ

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Pliki cookie pozwalają na poznanie twoich preferencji na podstawie zachowań w serwisie. Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę. Poznaj szczegóły i możliwości zmiany ustawień w Polityce Cookies
Zamknij X