“Cyborg”

Na początku marca czytelnicy JasNetu wybrali Sportowca Roku 2019. Po zaciętej bitwie na głosy z triathlonistą Krystianem Korzańskim i judoczką Oliwią Onysk zwyciężył najlepszy obecnie jastrzębski biegacz Sebastian Bartnik. Ten 44-letni długodystansowiec od kilku lat kapitalnie reprezentuje nasze miasto w masowych zawodach maratońskich, półmaratońskich i… nieco krótszych. Na królewskiej trasie 42,2 km Bartnik “etatowo” łamie barierę trzech godzin, co jest marzeniem wielu biegaczy-amatorów. Co ciekawe, Bartnik ma za sobą także interesującą przygodę z piłkarskim GKS Jastrzębie!

Wszystkiego na temat Laureata dowiecie się z poniższego wywiadu, którego Sebastian Bartnik udzielił naszej redakcji sportowej. Za triumf w plebiscycie “Cyborg” (poniżej wyjaśnienie genezy tego słowa!) otrzymał od nas tradycyjną statuetkę, z którą zapozował do pamiątkowego zdjęcia. Niestety, wówczas jeszcze nie można było odwiedzać bieżni, a zatem postanowiliśmy dochować wierności hasłu “Street Spirit”, które przyświeca Bartnikowi podczas zawodów. Uzupełnijmy, że na trofeum zamieszczony został fantastyczny rekord życiowy Sebastiana z Maratonu Gdańskiego 2019 (czyli 2:52:31), za który nagrodziliście go triumfem w naszej zabawie. Zapraszamy zatem do weekendowej lektury wywiadu z Laureatem, którego “lekkoatletyczną drogę” udokumentowaliśmy kolejnymi zdjęciami z lat 2015-2019.

Jak przyjąłeś informację o triumfie w plebiscycie czytelników JasNetu na “Sportowca Roku 2019”?
Sebastian Bartnik – Było mi bardzo miło, ponieważ w pewnym sensie to wyróżnienie można uznać za docenienie mojego codziennego biegowego wysiłku. Przyznaję, że nie spodziewałem się zwycięstwa, tym bardziej, że miałem godnych rywali w osobach Krystiana Korzańskiego i Oliwii Onysk. Nie będę ukrywał, że w głosowanie mocno zaangażowała się moja żona. Asia “uruchomiła” koleżanki i jakoś poszło (śmiech). Oczywiście wszyscy wiemy, że ten plebiscyt jest swego rodzaju zabawą, ale to na pewno bardzo sympatyczna sprawa.

Zabawa jak zabawa, ale Maraton Gdański na poziomie 2:52:31 trzeba było jednak pokonać.
Fakt. Generalnie miniony rok mogę uznać za bardzo udany. Wszystko “siadało”! Jestem bardzo zadowolony z osiągniętych wyników i z uniknięcia poważniejszych urazów. Wiem, jak dobrze mi się biegało i jakie wspaniałe towarzyszyło temu samopoczucie. Dlatego zwycięstwo w waszym plebiscycie doda mi na pewno pozytywnego “kopa” na najbliższą przyszłość. Lata lecą, więc do pięćdziesiątych urodzin przydałoby się mocno pobiegać. Potem może być… różnie (śmiech).

Zanim przejdziemy do podsumowania 2019 roku oraz twojej przygody z biegami, chciałbym zapytać o coś innego. Siłą rzeczy będziemy musieli do tego nawiązać. Masz za sobą kilka meczów w pierwszej drużynie GKS Jastrzębie, w tym występ w pierwszej jedenastce przeciw Olimpii Piekary Śląskie w 1996 roku. Jak wspominasz to spotkanie?
Tak, to był mój debiut w podstawowym składzie. Poza tym wchodziłem na murawę, zmieniając Grzegorza Tomaszka czy Jacka Kosibę. A jak wspominam mecz z Olimpią? No cóż, to było kawał czasu temu! Miałem 20 lat, więc trudno było nie odczuwać stresu. Wchodzisz do szatni, a tam legendy tamtych czasów, z Andrzejem Myśliwcem czy Dariuszem Owczarczykiem na czele. Walczyliśmy wtedy o utrzymanie, ale trener zaryzykował i postanowił wystawić mnie w pierwszym składzie. Po pierwszej połowie było 0:1, a na drugą już nie wyszedłem. Ostatecznie przegraliśmy 0:2. To była fajna przygoda z trzecioligową piłką. Debiut w pierwszej jedenastce GKS Jastrzębie to zawsze coś.

Skąd zatem wziąłeś się w sporcie? Podejrzewam, że zamiłowanie do biegów rozwijało się równolegle do piłkarskiej pasji.
Nie, futbol był zdecydowanym priorytetem. Za późnej komuny nie było przecież komputerów czy internetu, więc graliśmy w piłkę od rana do wieczora. Urodziłem się w Bielsku-Białej, ale rodem jestem z Buczkowic. W 1983 roku mój tata przyjechał do Jastrzębia-Zdroju za pracą. W połowie lat osiemdziesiątych trafiłem do grup młodzieżowych GKS Jastrzębie, gdy trenerzy dzieci chodzili po szkołach i robili selekcje. Jeśli kogoś wyłapali, to zapraszali na treningi na Kasztanową. No i tak znalazłem się w grupie, w której byli m.in. Tomek Ciemięga, Michał Chałbiński czy Ziemowit Pędziwiatr.

Pędziwiatr? Ten znany z telewizji?
Ten sam (śmiech). Naszym trenerem był nieżyjący już niestety Marian Przybyła. To mój pierwszy szkoleniowiec. Wiele nauczyłem się od niego i bardzo dobrze go wspominam.

A czy chodziłeś na Kasztanową jako kibic?
Oczywiście! Najpiękniejsze wspomnienia wiążę z sezonem awansu do ekstraklasy. Jako 12-letni chłopiec podawałem piłki na barażu z Piastem Nowa Ruda. Stałem za jedną z bramek z dwoma kolegami. Pamiętam gola Marka Tekieli i niesamowitą radość z awansu.

Ale ci zazdroszczę.
Stałem akurat za tą bramką, za którą umiejscowiony był nasz “młyn”. Szaleństwo, euforia, nieprzebrane tłumy. Ludzie siedzieli nawet na okolicznych drzewach. Mam takie osobiste wspomnienie, gdy nasz bramkarz Jarosław Matusiak delikatnie mnie zbeształ za… zbyt szybkie podawanie piłki (śmiech). Prowadziliśmy wtedy 1:0. “Zostaw piłkę synku, sam pójdę” mówił. Wspaniale wspominam tę ekipę, a szczególnie Zenka Swęderę. Żywe srebro! Ile on robił dymu na boisku!

No to w końcu mamy jakiś lekkoatletyczny ślad. Rozumiem, że pasja do biegania wzięła się właśnie od wszędobylskiego Swędery?
Niestety, zły trop. W zasadzie do dwudziestego roku życia w moim życiu był wyłącznie futbol. Potem na piętnaście miesięcy zgarnęło mnie wojsko, a następnie trzeba było iść do pracy. Kopało się jeszcze trochę w A klasie, ale to wszystko. Człowiek wiedział, że ze sportu nie utrzyma rodziny. Skończyła się piłka i trzeba było wziąć się za normalne życie.

Czyli aż do ostatnich lat nie miałeś żadnego poważniejszego sukcesu biegowego? Choćby w zawodach międzyszkolnych?
Nic z tych rzeczy. Nie uczestniczyłem w tego typu imprezach i nikt mnie tam nie wysyłał. Nie czułem w sobie żadnego potencjału do biegania jako takiego. Biegało się jedynie na treningach w GKS-ie Jastrzębie, ale tu trenerzy kładli większy nacisk na interwały. To jednak zupełnie inny wysiłek, aniżeli rywalizacja na długich dystansach.

Wobec tego trzeba chyba mieć pretensje do twoich nauczycieli wychowania fizycznego, iż w żaden sposób nie dostrzegli u ciebie talentu do biegania.
Sam nie sądziłem, że jako dojrzały facet pójdę w tym kierunku.

Przejdźmy wobec tego do biegania. Przeszukałem archiwa i po raz pierwszy odnalazłem twoje nazwisko w Jastrzębskiej Dziesiątce 2014…
Rzeczywiście, to moje pierwsze zawody. Obawiałem się tego startu. Byłem nawet zapisany do “Dychy” już rok wcześniej, ale ostatecznie nie pobiegłem.

Zaraz po tej naszej “Dysze” wziąłeś udział w Półmaratonie Wodzisławskim, pojawiając się na mecie z czasem 1:25:59. Krótko mówiąc, w swoich drugich zawodach złamałeś półtora godziny w półmaratonie.
Tak wyszło. Trasa Półmaratonu Wodzisławskiego nie jest łatwa. To siedem pętli z trudnym podbiegiem od kościoła. Każdy tracił w tym miejscu mnóstwo sił.

No to jestem w małym szoku. W swoim pierwszym półmaratonie wywalczyłeś wynik marzeń 90% biegaczy-amatorów. Nie ukrywam, że sądziłem, iż mamy do czynienia z kimś, kto dwadzieścia lat temu wygrywał biegi szkolne, a potem po prostu przerwał przygodę ze sportem. Tak jak to miało miejsce z Grzegorzem Szulikiem czy Dariuszem Pawlikiem.
Widocznie coś tam pozostało w mięśniach po treningach w grupach młodzieżowych GKS Jastrzębie. Dodam jednak, iż nie było tak, że pojechałem na ten półmaraton “z marszu”. Wręcz przeciwnie. Zanim wystartowałem w mojej pierwszej Jastrzębskiej Dziesiątce, miałem za sobą mniej więcej pięć lat samotnych treningów. Po prostu, pewnego dnia zacząłem sam z siebie biegać po okolicy. Na zwykłym zegarku ustawiałem sobie godzinę i poświęcałem ją na bieganie.

Nie odwołuję szoku. Taki wynik bez lekkoatletycznych treningów za dzieciaka to w mojej opinii mały ewenement.
Chciałem spróbować swoich sił w zawodach dopiero w momencie uzyskania pewności, że będę zadowolony ze startu. Kiedy zaczynałem biegać, zdarzało mi się spotykać na trasach Damiana Zawieruchę, Jurka Zawieruchę czy Mirka Piłatowskiego. Nie było nas wtedy aż tak wielu. Masowa moda na bieganie rozpoczęła się trochę później. Nie było więc tak, że wynik w Wodzisławiu wziął się znikąd. Byłem przygotowany i miałem sporo wybieganych kilometrów.

Co działo się w twojej głowie po biegach w Jastrzębiu i Wodzisławiu, gdy okazało, że pięcioletnia praca na okolicznych trasach miała sens?
Od razu chciałem zapisać się do kolejnych zawodów (śmiech). To było jak lawina, rosnąca kula śnieżna. Nie będę ukrywał, że ten świat bardzo szybko mnie wciągnął. Kiedy tylko pojawiasz się na mecie, już myślisz o kolejnym starcie. Dobre wyniki tylko napędzają cię do dalszej pracy. Inna sprawa, że trzeba zachować umiar. W 2016 roku przebiegłem swój pierwszy maraton. Było to w Krakowie, a rezultat z tego biegu (2:52:49) był moją życiówką aż do wspomnianego już Maratonu Gdańskiego. Po Krakowie ruszyłem na Silesia Maraton do Katowic i… pozamiatało mną. Byłem zbyt pewny siebie.

Rzeczywiście, mamy tu “słabiutki wynik” nieco powyżej trzech godzin (3:06:25).
Myślałem, że po Krakowie będzie jeszcze lepiej, więc na trasie zabrałem się z grupką młodzieży i to mnie zgubiło. Połówkę miałem na poziomie 1:21, ale po 26 kilometrze zaczęło się… umieranie (śmiech). Katowice są okrutne, ponieważ czekają tam na biegaczy mordercze podbiegi. Złapały mnie takie skurcze, że musiałem się zatrzymać. Ludzie chcieli wzywać karetkę, ale uspokajałem ich, że po prostu muszę chwilę odpocząć. Ruszyłem do dalszej walki, ale tę naukę zapamiętałem na długo.

Zatem twój “najgorszy” bieg już znamy. A który, oczywiście poza Gdańskiem, wspominasz najlepiej?
Myślę, że mogę tu wymienić Maraton Łódzki. Rezultat wprawdzie nie powalał, bo zaledwie o trzy minuty złamałem barierę trzech godzin, ale za to stanąłem na drugim stopniu podium w swojej kategorii wiekowej. Medal to zawsze medal. Ludzie biegną, a ty stoisz na podium frontem do mety. Fajne wspomnienie. Medal w maratonie to jest coś!

Idźmy dalej. Czy pamiętasz swoje rekordy życiowe?
Oczywiście, tego się nie zapomina, niczym PIN-u do karty (śmiech). Życiówka w maratonie to Gdańsk sprzed roku…

I właśnie za ten wynik zostałeś “Sportowcem Roku”.
Tak. 2:52:31. Mogło być jeszcze lepiej, ale obawiałem się za bardzo ryzykować. Przez pół dystansu biegłem z Lidią Czarnecką, żoną maratończyka Rafała Czarneckiego. “Prowadził” ją jakiś chłopak. Dopiero około osiemnastego kilometra stwierdziłem, że muszę trochę przystopować, bo mogę nie dotrzeć do mety. Czułem się wprawdzie świetnie i myślę, że byłbym w stanie złamać nawet granicę 2:50, ale mimo wszystko nie żałuję. Jestem bardzo zadowolony z tego rezultatu. Natomiast pozostałe rekordy życiowe to 1:19:20 z Półmaratonu Cracovia, 35:41 z Biegu Barbórkowego na 10 km w Rybniku oraz 17:30 z Żorskiego Biegu Ogniowego na 5 km. Te wszystkie życiówki osiągnąłem w ciągu jednego roku. Nie będę jednak ukrywał, że zdecydowanie lepiej czuję się w maratonach i na połówkach, aniżeli na “dyszkę” czy “piątkę”.

Porozmawiajmy bardziej szczegółowo o Maratonie Gdańskim, który miał miejsce 14 kwietnia 2019 roku. Proszę o garść wspomnień i wyjaśnienie, skąd w ogóle pomysł na start w Trójmieście? To mimo wszystko jeszcze nie jest “liga” Warszawy, Krakowa, Poznania czy Dębna.
Staram się stosować do zasady, aby nie biegać kolejnych maratonów w tym samym miejscu. Można powiedzieć, że “skaczę po Polsce” w poszukiwaniu nowych wrażeń. Do Gdańska przyjechaliśmy z żoną w sobotę, 13 kwietnia. Powitała nas fatalna pogoda, wiało wręcz niemiłosiernie. Byłem przekonany, że przy takiej aurze będę pozamiatany. Tymczasem w niedzielę było o niebo lepiej i wicher nie przeszkadzał w walce z dystansem. Jedynie tuż przed czterdziestym kilometrem na “agrafce” pojawiła się ściana wiatru, ale udało mi się ją potem odrobić. W Gdańsku biegło mi się wspaniale!

W którym momencie uwierzyłeś, że jesteś w stanie wykręcić życiówkę?
Ja akurat mam tak, że już na rozgrzewce przed zawodami czuję, czy tego dnia będzie “żarło”. I rzeczywiście, niedzielny poranny trening w Gdańsku wypadł bardzo fajnie. Mój cel na każdy maraton jest taki sam złamać trzy godziny, przy czym około trzydziestego kilometra decyduję, jak rozegram resztę dystansu. Wiadomo, że wtedy właśnie organizm potrafi się zbuntować. Tymczasem w Gdańsku wszystko grało. Jak już wspominałem, najpierw biegłem z Lidią Czarnecką, utrzymując tempo poniżej czterech minut na kilometr. Zmienialiśmy się na prowadzeniu w naszej grupie. Potem odpuściłem, bo obawiałem się zemsty organizmu.

A zatem kiedy zrozumiałeś, że jesteś w stanie pobić swój wynik ze wspomnianego Cracovia Maratonu z 2016 roku?
Szczerze mówiąc, nie kontrolowałem wyniku końcowego, a jedynie międzyczasy z kolejnych kilometrów. Cel był taki, aby nie przekraczać bariery czterech minut i piętnastu sekund. Dopiero na około dwieście metrów przed metą dostrzegłem zegar, który uświadomił mi szansę na rekord. Nietrudno domyślić się, że dostałem dodatkowego “kopa”, znajdując dodatkowe siły na finisz. W ten sposób udało mi się urwać te osiemnaście sekund. Niby to “tylko” osiemnaście sekund…

Jakie emocje towarzyszyły ci na mecie?
Oczywiście ogromna radość. Spiker zapytał mnie, czy pobiłem życiówkę, a skoro tego dokonałem, to mogłem to ogłosić za pomocą specjalnie w tym celu przygotowanego dzwonka. Przyznam, że miałem poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Utrzymanie równego tempa na poziomie plus-minus pięciu sekund na dystansie ponad 42 km nie jest łatwą sprawą. Jednak właśnie to jest podstawą dobrego wyniku w maratonie.

Przejdźmy do kolejnego tematu. Chciałbym zapytać cię o reprezentowane grupy biegowe. Zaczynałeś od Galopujących Ślimaków, ale przecież nie jesteś policjantem.
Nie, w barwach Ślimaków startowałem towarzysko. To po prostu grupa moich znajomych. Z zawodu jestem spawaczem. Pracuję w Jastrzębskich Zakładach Remontowych.

To nie jest łatwa robota.
Nie ma lekko. Pracujesz na stojąco w wysokiej temperaturze przy zmniejszonej ilości tlenu. Człowiek często wraca zmęczony do domu. Ale zawsze staram się jeszcze znaleźć siłę na trening biegowy. Przecież nie zawsze musisz “jechać” na sto procent. To jednak inny rodzaj zmęczenia, który świetnie wpływa na organizm. Mimo zmęczenia czujesz się rozluźniony i wyciszony. Zupełnie inaczej funkcjonujesz.

A co to jest Street Spirit Team Nowak? Taką nazwę ekipy wpisujesz na “listę obecności” w biegach.
“Street Spirit” to piosenka zespołu Radiohead. W końcu biegam po szosach, więc ten “duch ulicy” zdecydowanie tu pasuje. Polecam tę piosenkę! Natomiast Team Nowak to po prostu odniesienie do Andrzeja Nowaka, który rozpisuje mi treningi, które potem osobiście modyfikuję “pod siebie”. Andrzej jest takim moim nieformalnym trenerem i służy cenną radą.

Czyli jak rozumiem nie masz i nigdy nie miałeś oficjalnego lekkoatletycznego mentora, takiego z prawdziwego zdarzenia, który by cię zaganiał do biegania?
Nie. Poczytałem trochę książek, m.in. Jacka Danielsa (ale nie tego od whiskey!) oraz korzystałem z informacji, które można znaleźć w internecie. Jestem stuprocentowym amatorem, więc nie mogę ustawić całego życia rodzinnego pod treningi i zawody. Najpierw obowiązki domowe, a dopiero potem można iść pobiegać. Ogólnie rzecz ujmując, staram się pracować sam i rozpisywać swoje zajęcia w oparciu o sygnały, które daje mi organizm. Przyznam, że np. nie rozciągam się po bieganiu…

Niektórzy spalą cię na stosie za te słowa.
Tak, wiem (śmiech). Przed biegiem musi być rozgrzewka, jednak już po wysiłku wolę poprzestać na rolowaniu mięśni, jeśli czuję taką potrzebę. Kiedyś się rozciągałem i… naciągnąłem dwójkę. Zaprzestałem tej praktyki i ból minął, jak ręką odjął. Trzeba brać przykład z innych, ale też bez przesady. Należy słuchać swojego ciała.

A co trzeba zrobić, kiedy nie chce się iść na trening?
Są tylko dwa wyjścia. Albo spróbować się przełamać, albo po prostu odpuścić.

Znów herezja.
Jeśli naprawdę nie masz siły iść pobiegać, to zostań w domu. Katowanie organizmu nie ma sensu. Jeden trening aż tak wiele nie zmieni, a z kolei dzień odpoczynku może sporo pomóc. Oczywiście osiągnięcie założonego celu wymaga wyrzeczeń i ja doskonale zdaję sobie z tego sprawę, że dobry wynik ma często cenę treningu… do urzygu. Warto jednak starać się znaleźć ten “złoty środek”.

Masz swoją ulubioną trasę treningową na mieście?
Nie mam. Generalnie wybieram spokojniejsze rejony, udając się w kierunku Ruptawy, Bzia, Maryjowca czy ul. Żwirki i Wigury. Na polsko-czeskim pograniczu jest ciszej, a ja to lubię. Nie stosuję też słuchawek z muzyką, bo chcę “słyszeć” swój organizm. Nie zmienia to faktu, że na treningach i tak walczę za mocno. Ale to wszystko za sprawą Łukasza Tyńca, z którym biegam na nieco wyższych obrotach. Jak jeden przyspieszy, to drugi też musi. Nie ma przebacz (śmiech).

Od kiedy wspólnie trenujecie?
Poznaliśmy się podczas mojego maratońskiego debiutu w Krakowie w 2016 roku. Nie znaliśmy się wówczas, ale kojarzyliśmy się “z widzenia”. Pozdrowiliśmy się nawet na trzydziestym kilometrze. Łukasz pobiegł do przodu, a ja zostałem. Potem porozmawialiśmy podczas Biegu Fiata w Bielsku-Białej i od tego czasu stosunkowo często “walczymy” razem.

Liczysz pokonane kilometry?
Kiedyś prowadziłem w tym celu specjalny dzienniczek. Nie chciałbym skłamać, ale sądzę, że rocznie będzie tego ponad 4,5 tys. km. Raz udało mi się przekroczyć pięć tysięcy kilometrów, jednak było to już kilka lat temu. Kiedyś zaliczyłem nawet taki tydzień, że dzień w dzień biegałem po 25 km. Dziś staram się aż tak bardzo nie przesadzać (śmiech).

Fizjoterapeuta ci tak poradził?
Nigdy nie byłem u fizjoterapeuty…

To z czego ty masz nogi?!
Łukasz Tyniec mówi na mnie “cyborg” (śmiech). Ja zresztą określam go tak samo. Czasem rzeczywiście dziwię się, że (odpukać) nie zdarzyła mi się żadna groźniejsza kontuzja. Szczęśliwie omija mnie ten zaszczyt. Oczywiście zdarzają się bóle czy pomniejsze urazy, ale to wszystko. Wtedy stosuję rolkę, lód lub maść. To wszystko.

Jaką radą lub sportowym mottem podzieliłby się z innymi biegaczami Sebastian “Cyborg” Bartnik?
Nie chciałbym nikomu dawać rad. Nie czuję się wyrocznią. Niech każdy biega tak, jak chce i słucha swojego organizmu. Nie popadajmy w paranoję i biegajmy dla siebie.

A propos paranoi, jak sobie radzisz w obecnych czasach?
Biegam (śmiech). W momentach największych obostrzeń trenowałem na uboczu, gdzie nikt mnie nie widział. Dla zmniejszenia ryzyka spotkania kogokolwiek biegałem wieczorami. Patrole spotkałem może dwa razy, ale policjanci nawet nie zwrócili na mnie uwagi. Obecnie staram się biegać z maseczką, która nie przeszkadza w oddychaniu. Myślę, że w tej kwestii także nie powinniśmy przesadzać. Komu przeszkadzał samotny biegacz w lesie? Wielu ludzi zostało w domach, ale okupili to nadwagą i konfliktami z rodziną. Miewałem nawet wrażenie, że według niektórych osób wszystkiemu winni są właśnie biegacze, którzy za sprawą swoich samotnych treningów na obrzeżach miast zarażają innych ludzi… Zostawmy ten temat. Cieszmy się, że teraz wolno już normalnie biegać.

Wróćmy zatem do sensowniejszych tematów. Czym jest dla ciebie bieganie? Albo inaczej co tobie dało bieganie?
Co mi dało? Tę fajną statuetkę “Sportowca Roku” (śmiech). A mówiąc poważnie bieganie po prostu daje mi satysfakcję. Szczerze mówiąc, zacząłem biegać dla poprawy sylwetki. Pewnego dnia stanąłem bowiem na wadze i zobaczyłem o 20 kg za dużo. Stwierdziłem, że muszę coś z tym zrobić. W ciągu roku udało mi się pokonać nadwagę i wówczas przyrzekłem sobie, że nie mogę się ponownie tak zapuścić. Z czasem bieganie weszło mi w krew. Dziś nie wyobrażam sobie tygodnia bez biegania i dlatego nie robię okresu roztrenowania. Zimą zmniejszam nieco intensywność, ale generalnie maksymalna przerwa to dwa lub trzy dni.

Z tego, co mi wiadomo, twoja małżonka także ma za sobą udział w zawodach biegowych. Rozumiem zatem, że w domu nie ma kłótni o zbyt częste wyjścia na trening?
Dokładnie. Żona biegała rekreacyjnie z koleżanką. Asia jest dla mnie wsparciem i zawsze trzymała za mnie kciuki. Nigdy nie miałem w domu awantury z powodu biegów. Poza tym, zawsze lepiej mieć w domu wysportowanego męża, aniżeli faceta z 20-kilogramową nadwagą (śmiech). Z Asią znamy się od podstawówki, natomiast ślub wzięliśmy w 1999 roku. Mamy zatem za sobą już ponad dwadzieścia lat małżeństwa. Za sprawą tego wywiadu chcę jej podziękować za… wszystko!

Fot. Magdalena Kowolik, Kenyan Power & mg

Twój wpis

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry