Nadzieja i strach

40 lat temu w Jastrzębiu-Zdroju stało się coś niesamowitego i nieoczekiwanego. Górnicy, postrzegani dotąd jako „żelazna gwardia” gierkowskiego socrealizmu, powstali z kolan i dołączyli do robotników z Gdańska czy Szczecina. Bez mała postawili „wieńczącą” kropkę nad „i” w konfrontacji społeczeństwa z władzą. To dzięki nim w tamtej rzeczywistości pojawiła się nadzieja na nową jakość, na unieważnienie starych podziałów, jednym słowem – na to wszystko, co od dawna wisiało w powietrzu, a co tylko czekało na odpowiednie umocowanie w słowach i czynach.

fot. J. Żak

„Niech pan zobaczy, co oni zrobili z tym krajem” – niemłoda już kobieta wpatruje się hipnotycznym wzrokiem w pomnik Porozumienia Jastrzębskiego. Właśnie przemawia przed nim działacz związkowy. Ma żal do organizatorów obchodów, bo przez nich utknęła na placu przed kopalnią. Teraz nie wie, co z sobą począć. Powoli też udziela się jej polemiczny ton. „Moja córka skończyła właśnie studia. 5 lat ciężkiej pracy, bo wybrała sobie ambitny kierunek. Mówili jej, że bez problemu znajdzie pracę. Po prostu z dnia na dzień. I nagle ona oświadcza mi, że chce wyjechać z kraju. Pytam jej: Monisiu, będziesz szukać szczęścia za granicą?! Zlituj się, córeczko! Mamo, ale tutaj nie da się żyć! Niech pan mi wierzy, jakby mnie z nóg ścięło” – jastrzębianka kręci z niedowierzaniem głową.

Jak się rzekło, na początku było słowo, a dokładnie – była idea, odruch serca, potrzeba, która pobudziła górników do działania. Zanim jednak sierpniowy zryw zastygł w ostatecznej formie związku zawodowego, w robotniczych sercach „panoszyła się” niepewność i zwykły ludzki strach. A ludzie po prostu wystąpili razem. Spontanicznie. Do robotników zaś dołączyli mieszkańcy Jastrzębia-Zdroju, niosąc pomoc i podtrzymując na duchu strajkujących. To była ta pierwsza solidarność, międzyludzka – bez struktur, bez działaczy, za to z poczuciem, że oto pojawiła się szansa, żeby uczynić świat bardziej sprawiedliwym. Wykuć go z własnych marzeń, ale także lęków, obaw czy wątpliwości.

„No nieee… za szybko feruje pani wyroki!” – zaczyna jej adwersarz. Mężczyzna podobnie jak ona czeka tutaj na autobus. Siłą rzeczy jemu także udzielił się panujący tego dnia klimat historycznej dysputy. „Ja miałem pracę. Nawet nie musiałem jej szukać, bo to ona znalazła mnie. I na tym, szanowna pani, kończyły się moje możliwości w PRL-u. O piątej rano stawałem na końcu kolejki do mięsnego i modliłem się, żeby coś rzucili. No i rzucali! Zanim dopchałem się do lady, towaru już nie było. Tylko kości na otarcie łez. Dobre i to!” – mężczyzna uśmiecha się do swoich myśli. Potem spogląda uważnie na swoją rozmówczynię: „Nigdy nie zapomnę, jak w największy mróz jechałem po mleko w proszku dla najmłodszej córki. Prawie sto kilometrów w obie strony. Po drodze zepsuł mi się samochód. Dzięki Bogu jakiś kierowca zlitował się nade mną i pomógł uruchomić auto. Potem niosłem to zdobyczne mleko jak prawdziwy skarb”.

Ta pierwsza jastrzębska solidarność była tak naprawdę zrywem zwykłych ludzi, dopiero potem, już jako organizacja, zdobyła uznanie całego świata. I to jest jej największa zdobycz, większa nawet niż wszystkie akty polityczne i organizacyjne przyczółki. To radosne podniecenie – wypisane na ludzkich twarzach i zaklęte w ich gestach – które bez mała unosiło się w sierpniowym powietrzu, tego lata niosącym ze sobą nadzieję.

„A co pan mi tu opowiada takie historie! Ja też żyłam w PRL-u. I powiem panu jedno: komuna w porównaniu z tym, co się teraz dzieje, to była sielanka. Sielanka! Zawłaszczyli sobie to państwo, pasibrzuchy! Jeden gorszy od drugiego!” – podniesiony kobiecy głos wzbudza przez chwilę sensację. Na szczęście uwaga większości osób skupiona jest na tym, co dzieje się przed pomnikiem. Tym samym kobieta kontynuuje niezrażona: „Jak oglądam te wszystkie reportaże, to płakać mi się chce! Ludzie bez pracy, pozadłużani. Komornik od rana dobija im się do drzwi. A nie daj Boże, żeby ktoś zachorował ciężko. Szybciej wywinie pan orła niż doczeka wizyty u specjalisty…”

Do strajku powoli zaczęła wkradać się proza życia. Pojawiły się pierwsze komitety strajkowe, służby porządkowe, zaczęto artykułować nieśmiało swoje postulaty. Doszła także polityka, a wraz z nią koterie, podziały, ambicje i ambicyjki ówczesnych działaczy. Kiedy słucha się polityków, tych po 1989 roku, można odnieść wrażenie, że każdy z nich ma monopol na słowo „solidarność”. Tymczasem rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana, a realia nader ponure. 13 grudnia 1981 r. stanowił cenzurę, której nie podołało (zbyt) wiele charakterów. Mówiąc wprost, nie wszyscy wyszli z tamtej próby nieskazitelni i czyści jak łza.

W pewnym momencie do zaaferowanej dwójki podchodzi mężczyzna w średnim wieku. Zdaje się, że uczestnik środowych uroczystości. Po chwili wahania wtrąca się do rozmowy: „Proszę państwa! To nie tak! Sam pomysł był zgoła szlachetny. Ale ludzie, to oni popsuli wszystko. Znalazło się kilku takich, którzy postanowili wykorzystać okazję. I wdrapali się na górę po plecach innych…” Mężczyzna zawiesza nagle głos. Ktoś wola go po imieniu. Znika w tłumie”.

Wydarzenia sprzed 40 lat były początkiem drogi, a nie celem samym w sobie. Zbyt wielu uznało, że przełom to już „załatwienie sprawy”. Nie dostrzegli, iż sierpniowe wydarzenia stanowiły tylko (lub aż!) szansę, którą należało skwapliwie wykorzystać. Kiedy to zrozumiemy, lżejsi o balast dawnych uprzedzeń, uniesiemy się ponad podziałami. Jak balon wypełniony helem spojrzymy na Polskę z cennej perspektywy. Czy poznamy wówczas swój nowy wymarzony świat?

Wpisy na temat “Nadzieja i strach”

Twój wpis

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry