„Robię to z miłości!”

Laura Grzyb nigdy nie zapomina o macierzystym klubie (fot. Maciej Kanik)

W najbliższą sobotę, 26 września Laura Grzyb stoczy swój czwarty pojedynek na zawodowym ringu. Poprzednie trzy zakończyła zwycięstwami przed czasem, ale teraz przed nią starcie z doświadczoną i groźnie wyglądającą Włoszką Monicą Gentili. 25-letnia jastrzębianka, mająca za sobą bogatą karierę amatorską, od lat uważana jest za pięściarkę o wielkim potencjale, ale nigdy nie zapomina, że swoją przygodę z boksem rozpoczynała w BKS Jastrzębie u Tadeusza Wijasa, Andrzeja Porębskiego i Jarosława Pietrzyka.

Należy uzupełnić, iż wywiad z Laurą Grzyb przeprowadzony został przy okazji jej sierpionwej wakacyjnej wizyty w Jastrzębiu-Zdroju, w związku z czym nie podejmujemy tu tematu walki z Gentili, a bardziej skupiamy się na powrotach do bliższej i dalszej przeszłości (zapraszamy do fotograficznych wspomnień) oraz o drodze popularnej „Grzybowej” na zawodowy ring.

Laura Grzyb nie zapomina, skąd przybyła…
Laura Grzyb – Oczywiście, że tak! Wychowywałam się w Jastrzębiu-Zdroju i to właśnie tutaj rozpoczęłam moją przygodę z pięściarstwem. Przez dziesięć lat rozwijała się tu moja kariera bokserska. Zawsze podkreślam, skąd jestem i gdzie nauczyłam się tej dyscypliny. Jestem dumna z tego, że moim pierwszym trenerem był Andrzej Porębski, wspaniały zawodnik i szkoleniowiec. Cieszę się, że przekazał mi wiedzę i umiejętności, z których korzystam do dziś. Niestety, moje życie tak się potoczyło, że musiałam wyjechać z Jastrzębia, ale zawsze bardzo chętnie tu wracam.

Jak wspominasz salę gimnastyczną Szkoły Podstawowej nr 4? Tam rozmawialiśmy po raz pierwszy w 2008 roku, gdy świętej pamięci Tadeusz Wijas zachęcał, aby to właśnie z tobą, jako wielką nadzieją jastrzębskiego sportu, przeprowadzić wywiad. Już wtedy wiedział, że mamy do czynienia z ogromnym talentem.
To nie były łatwe czasy. Tułaliśmy się po różnych salach gimnastycznych i tam trenowaliśmy. Faktycznie, początki w Zdroju nie należały do łatwych. Brakowało sprzętu, a o ringu nie mogliśmy nawet pomarzyć. Zajęcia odbywały się na normalnym parkiecie. Samo przygotowanie treningu trwało bardzo długo. Nie mogliśmy jednak narzekać. Trenowaliśmy ciężko, ale potem efektem były całkiem niezłe wyniki.

Wspomnijmy zatem o Tadeuszu Wijasie, bez którego zapewne nie byłoby Laury Grzyb w zawodowym boksie.
To prawda. Nazywaliśmy go naszym „Tatusiem”, bo taki właśnie był. Faktem jest, iż pozostałam w tej dyscyplinie właśnie dzięki niemu i to… dosłownie!

Brzmi interesująco.
Podczas pewnego turnieju w Zamościu boksowało mi się bardzo źle. Walka toczyła się nie po mojej myśli, a ja jako młoda zawodniczka nie miałam w sobie pokładów cierpliwości. Co tu dużo mówić, po prostu chciałam uciekać z ringu! Przechodziłam już przez liny i wtedy… „Tatuś” się wkurzył (śmiech). Siłą zatrzymał mnie, abym walczyła dalej. Nie pozwolił mi uciec, a ja zostałam na placu boju i… wygrałam tę walkę! Takie sytuacje mieli ze mną też trenerzy Andrzej Porębski i Jarosław Pietrzyk, którzy również nie pozwalali mi odejść z boksu. Zawsze mieli dla mnie czas. To, że jestem, tu gdzie jestem, zawdzięczam trenerom z Jastrzębia.

Tak szczerze, ile łez kosztowało cię przejście do zawodowstwa?
Istotnie, ta droga była bardzo ciężka. To jest profesjonalny sport i tu nie ma miejsca na błędy. W trakcie dziesięciu tygodni przygotowań do jednej walki żyjesz tylko treningiem, regeneracją i odpowiednim racjonowaniem posiłków. Nie ma miejsca i czasu na nic innego. W zasadzie jesteś wówczas wyłączony z normalnego życia. Nie ma mnie wtedy nawet dla rodziny czy znajomych.

Oczywiście ludzie nie widzą tej harówy. Przecież oglądają cię przez kilkanaście minut w samym ringu.
A to jest tylko wierzchołek góry lodowej. Mnie akurat udaje się na razie wygrywać swoje pojedynki. Walki są fajne i zwycięskie, więc nie ma powodów do narzekań. Często jest jednak tak, że coś tam może się nie udać i wtedy w internecie zaczyna się krytykowanie za wszystko… Tymczasem mało kto zdaje sobie sprawę, ile pracy kosztuje nas przygotowanie się do tej jednej zawodowej walki. Wracasz czasem do domu, rzucasz torbę w kąt i… płaczesz, bo w swoim myśleniu dochodzisz do ściany. Czy to ma sens? Po co ja to robię? Potem jednak złe chwile odchodzą, ale warunek przetrwania jest jeden – naprawdę trzeba to kochać.

Rzeczywiście, my widzimy tylko tę walkę np. z Serbką, którą pokonałaś w kilkanaście sekund.
Warto zdawać sobie sprawę, czym są okupione te krótkie momenty w ringu. Wstajesz codziennie o 5:30 i każdy posiłek musisz zjeść dokładnie o wskazanej porze. Dwa lub trzy razy dziennie jesteś na treningu, po którym nie masz czasem siły nawet pójść po podstawowe zakupy. Zdarzało mi się prosić znajomych o tę przysługę.

Porozmawialiśmy o wyrzeczeniach, ale przecież nie zajęłaś się pięściarstwem zawodowym z uwielbienia dla cierpienia. Dlaczego zatem podjęłaś tę decyzję?
Ta decyzja była uwarunkowana wieloma czynnikami, od zdrowotnych przez finansowe i osobiste. Nie ukrywam, że odczuwałam już znużenie i zmęczenie tzw. boksem olimpijskim. Turnieje, wyjazdy na kadrę, ciągłe „robienie wagi”, katorżnicze treningi… Czułam się wyczerpana fizycznie i psychicznie. Potrzebowałam nowego bodźca, bo inaczej całkowicie rzuciłabym rękawice. Musiałam na nowo obudzić w sobie miłość do boksu i dlatego właśnie zdecydowałam się na ten niełatwy krok. Dziś uważam, że uczyniłam bardzo dobrze. Jestem szczęśliwa i zadowolona z tej decyzji. Odrodziłam się w ringu i czuję, że jestem w tym miejscu, w którym powinnam być.

A czym w twojej opinii różni się boks zawodowy od olimpijskiego?
W zawodowym pięściarstwie jest znacznie więcej showbiznesu. Ludzie obserwują każdy twój krok, ważne dla nich staje się twoje życie prywatne. Tymczasem w boksie olimpijskim trenowałam sobie spokojnie, jeździłam na turnieje i kadrę, ale mało kogo interesowały moje losy. W sporcie amatorskim zostajesz dostrzeżony dopiero po osiągnięciu celu, czyli wyjeździe na Igrzyska Olimpijskie. W boksie zawodowym trzeba uważać na każdym kroku. Nie można pozwolić sobie na żadną wpadkę. Do tego dochodzą sprawy kontraktowe, konferencje prasowe, wywiady czy sesje fotograficzne. W efekcie sama walka w ringu schodzi czasem na dalszy plan.

Czyli zrezygnowałaś ze swojego marzenia o występie na Igrzyskach Olimpijskich?
Nie, to nadal jest jeden z moich głównych sportowych celów. Na szczęście obecnie istnieje możliwość powrotu z boksu zawodowego do olimpijskiego. Jeśli uznam, że chcę i mogę spełnić to moje olimpijskie marzenie, to tak uczynię i… nic mnie nie zatrzyma (śmiech). Jestem sportowcem z krwi i kości, a każdy sportowiec marzy właśnie o udziale w igrzyskach…

Nie można jednak ukrywać, że inną różnicą między boksem zawodowym i olimpijskim jest… poziom sportowy twoich rywalek. Powiedzmy sobie szczerze, że na mistrzostwach Polski musiałaś się nieco bardziej napocić, niż obecnie między zawodowymi linami.
Różnica polega na tym, że dziewczyny w boksie olimpijskim wiedzą, do czego dążą, ale „sito” prowadzące na igrzyska jest bardzo szczelne. Zanim ktoś pojedzie choćby na amatorskie mistrzostwa kraju, musi przez długi czas konfrontować się z innymi zawodnikami na swoim pułapie sportowym. W rezultacie będąc już na poziomie międzynarodowym zawodniczki nie chcą często marnować tych hektolitrów potu wylanych na treningach i nadal dążą do występu na igrzyskach. Dlatego niewiele z nich decyduje się na krok, który ja zrobiłam. Natomiast do zawodowego pięściarstwa czasem trafiają dziewczyny, które mają za sobą zaledwie rok czy dwa lata treningów i nigdy nie walczyły w turniejach. Dlatego ich poziom chwilami odbiega od zawodniczek posiadających odpowiednie „amatorskie” doświadczenie. Myślę, że maksymalnie dwadzieścia procent pięściarek zawodowych ma za sobą karierę amatorską. Dlatego właśnie to one stosunkowo szybko dostępują zaszczytu walki o pas mistrzowski.

Jednak na tę wielką walkę trzeba sobie zasłużyć.
Dokładnie tak jest. Obecnie jestem w takiej grupie, gdzie promotorzy bardzo dbają o boks kobiet. Gdy ktoś pyta mnie o walkę o pas to zawsze odpowiadam, że przyjdzie na to pora. Wiem, że mój promotor Mariusz Grabowski to człowiek, który docenia ciężką pracę swoich zawodników. Jestem pewna, że gdy będę gotowa do walki o pas, to nadejdzie ten upragniony telefon z informacją o pojedynku. Wiem, że na niego zasłużę. Na razie jednak moim celem jest nauka i rozwijanie się w tym kierunku.

Pamiętam, że przed rokiem twoja walka została odwołana dosłownie na kilka dni przed galą. To był dla ciebie ciężki moment.
Faktycznie, nie było to łatwe. Staram się nie wracać pamięcią do tamtych chwil. Musiałam rozstać się z poprzednią ekipą, mając za sobą wiele tygodni ciężkich treningów i obóz w górach. Cóż, mogłam mieć pretensje tylko i wyłącznie do siebie. Nie miałam podpisanego kontraktu z tamtą grupą, więc nie było pewności, że walka dojdzie do skutku. Mimo to wiedziałam, że przetrwam ten ciężki czas. I rzeczywiście, niebawem podpisałam umowę z Tymexem, z czego jestem bardzo zadowolona.

Nie wiem, czy odpowiesz mi na to pytanie, ale być może warto wyjaśnić tę kwestię. Utarła się taka opinia, iż w boksie zawodowym można zarobić niewyobrażalne pieniądze. Mamy w pamięci walki Gołoty z Lewisem, gdzie na ringu były dosłownie miliony dolarów. Ale to nie do końca tak wygląda…
Delikatnie powiedziane. Półka z bokserami, których nazwiska tu padły, to zupełnie inny świat. Powiem tylko, że w moim przypadku pieniądze zarobione podczas walki nie pokrywają kwot, które wydaję w trakcie przygotowań. Ja to po prostu robię z miłości, bo kocham boks i nie wyobrażam sobie życia bez tej dyscypliny. Będę pracować i walczyć, a być może kiedyś uda mi się doczekać tego najważniejszego w życiu pojedynku i wyjść na ring w Stanach Zjednoczonych. Jednak obecnie, na tym etapie kariery, w żadnej mierze nie da się na tym zarobić. (W tym momencie głos zabrał przysłuchujący się rozmowie trener Andrzej Porębski: „Trzeba być wariatem, żeby to robić!”).

Trener Porębski jak zawsze nie owija w bawełnę.
Powiem tylko, że normalnie pracuję na etacie, aby odłożyć pieniądze na przygotowania. Potem podczas treningów nie pracuję, żyjąc z wcześniejszych oszczędności. Po walce wracam na etat. Tak to wygląda. Chodzę do pracy, aby móc walczyć.

Na koniec proszę o garść porad dla młodszych koleżanek i kolegów z BKS Jastrzębie.
Nigdy nie wiem, jak na to odpowiedzieć (śmiech). Cóż, po prostu trzeba to kochać i zawsze wszystko robić na maxa. Jeśli mamy jakiekolwiek wątpliwości i chodzimy na trening tylko po to, aby „pomachać ręką”, to nic z tego nie będzie.

rozm. mg

Laura Grzyb podczas prezentacji “Górniczych pięści” Marcina Boratyna (2019; fot. M. Kanik)
Z Tadeuszem Wijasem, Andrzejem Porębskim i Jarosławem Pietrzykiem (2014; fot. M. Kowolik)
Dawno, dawno temu… Początki pięściarskiej przygody
Ponad 10 lat temu – Zwycięstwa pod czujnym okiem Andrzeja Porębskiego
Wyjazdowy pojedynek z Ukrainą (2012)
Trening na salce bokserskiej naszej hali (2012; fot. M. Magiera)
Plakat turnieju oznajmiającego powrót wielkiego boksu na Halę Widowiskowo-Sportową (2012)
Przed zwycięską walką w meczu Polska – Ukraina (2012)
II Memoriał Tadeusza Wijasa (2016; fot. M. Kowolik)
Z trenerem Andrzejem Porębskim (2015)
Z Klaudią Sołtys i Katarzyną Bujko podczas wręczenia nagród z Urzędu Miasta (2016)

Zobacz więcej na sport.jasnet.pl

Wpisy na temat “„Robię to z miłości!””

Twój wpis

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry