Sportowy Alfabet Roku 2020

Fot. Tumisu / Pixabay.com

Zapraszamy do naszego dorocznego sportowego podsumowania minionych dwunastu miesięcy. Powiedzieć za Sienkiewiczem, iż „był to dziwny rok”, to jak stwierdzić, że narodziny sześcioraczków tylko nieznacznie zmieniają życie matki i ojca. Epoka tzw. „pandemii koronawirusa” pozostanie pokoleniowym doświadczeniem tych osób, które nie pamiętają ciężkich czasów „komuny”. Miejmy nadzieję, że to właśnie sama „pandemia” pozostanie tymże doświadczeniem, a nie będzie jedynie wstępem do czegoś jeszcze gorszego…

Dobra, wystarczy tego szorowania po dnie depresji. Zapraszamy do lektury i od razu zaznaczamy, że jak zawsze jest to artykuł nie do końca na serio i nie wszystko z 2020 roku tu się znalazło, ponieważ to „tylko” subiektywny alfabet (i tak sporo przydługi), a nie kalendarium i przepisanie całego zeszłorocznego archiwum.

A jak ARESZT DOMOWY zwany inaczej kwarantanną. Poddani mu zostali m.in. siatkarze Jastrzębskiego Węgla i hokeiści JKH GKS Jastrzębie, a także tysiące mniej znanych mieszkańców naszego miasta. Wielu cierpiało za „nie swoje grzechy”, jak chociażby rezerwowy libero „pomarańczowych” Szymon Biniek, który będąc całkowicie zdrowym nie opuszczał swojego mieszkania przez… dwadzieścia dni. W ramach „aresztu domowego” należy także wspomnieć o „sportowym areszcie” podczas pierwszej fali koronawirusa, gdy wielu amatorów ruchu na wolnym powietrzu zmuszonych zostało do trenowania w domu. Efekt? Jeden gość przejechał na swoim balkonie na rowerze 81 km, drugi spalił trenażer, a jeszcze inni zabrali się za nagrywanie na video dobranocek dla małych dzieci. Cytując klasyka – „rok temu to się nie śniło fizjologom”.

B jak BENEVENTO, czyli nowy klub Kamila Glika. Najsłynniejszy jastrzębski sportowiec w historii postanowił latem opuścić gościnne Księstwo Monako (gdzie osiągnął praktycznie wszystko) i wrócić do ukochanych Włoch. Wszak to w Italii Glik stał się „Panem Piłkarzem” i jednym z najlepszych obrońców w historii reprezentacji Polski. Dziś dumnie nosi koszulkę z czarownicą na miotle na piersi (takie właśnie niecodzienne logo ma Benevento), a my mamy możliwość przekonać się, że defensor rodem z Przyjaźni mimo worka sukcesów wciąż ma ogromny apetyt na grę. Co ważne, nadal to „swój chłop”, który zapowiada powrót do rodzinnego miasta. Najwyraźniej zatem Glik nie podziela opinii naszych Czytelników, że Jastrzębie to „upadająca osada górnicza”.

C jak CUD (w Kazaniu). Od 9:14 do 16:14 w tie-breaku? Takie rzeczy zdarzają się być może na lekcjach wychowania fizycznego w klasie czwartej, gdy do przegrywającej drużyny dołącza dwumetrowy nauczyciel. Ale nie w Lidze Mistrzów! Tymczasem właśnie taką jazdę bez trzymanki zafundowali sobie i nam siatkarze Jastrzębskiego Węgla w wyjazdowym starciu z potężnym Zenitem Kazań. Teraz będzie szczerze – na pięć minut przed końcem meczu w stolicy Tatarstanu mieliśmy już gotowy tekst o honorowej porażce po niesamowitej walce, a tu… wszystko trzeba było pisać od nowa! Tamto wydarzenie miało miejsce 18 stycznia, a niespełna miesiąc później nasz zespół powtórzył wynik w nabitej do ostatniego miejsca Hali Widowiskowo-Sportowej. Potem miało dojść do ćwierćfinałowych bojów z Trentino Volley. Rany, przecież to było kilka miesięcy temu, a jakby w zupełnie innej epoce, gdy nikt nie wymierzał dziwnych walkowerów…

D jak „DZISIAJ SIĘ ŻEGNAMY”. Takimi słowami pożegnał się z Jastrzębskim Węglem za pośrednictwem swoich profili w mediach społecznościowych Dawid Konarski. Atakujący reprezentacji Polski, który jeśli „zapłonął” (a nie znosił tego określenia), potrafił w pojedynkę rozjechać każdego rywala naszego zespołu. Raz „Konar” odpalał częściej, raz rzadziej, ale jeśli już miało to miejsce, to rywale mogli zapomnieć o sukcesie. Niestety, pożegnanie z naszym klubem nie było zbyt eleganckie (zawodnik wciąż miał ważny „kontrakt na usługi reklamowe”) i – ponownie niestety – taki sposób odejścia z Jastrzębskiego Węgla powtórzył się kolejny raz. Rezultatem była wiosenno-letnia rewolucja kadrowa pod czujnym okiem Luke’a Reynoldsa, którego w klasyfikacji zamiłowania do „pomarańczowej” ekipy wyprzedza chyba jedynie Jakub Popiwczak. Jak na razie efekty tamtych wydarzeń można ocenić dość wysoko, bowiem mimo podwójnych problemów z „aresztem domowym” i całego ambarasu z kwalifikacjami do Ligi Mistrzów (dajmy już spokój tym nieszczęsnym wdeptanym w parkiet Rumunom) drużyna spisuje się bardzo przyzwoicie, potrafiąc zaraz po kwarantannie nawiązać równą walkę nawet z niepokonaną Zaksą Kędzierzyn-Koźle.

E jak EKSTRAKLASA. Wiosną po ponad dwudziestu latach ekstraklasa tenisa stołowego kobiet ponownie zawitała do Jastrzębia-Zdroju. Działacze i trenerzy JKTS Jastrzębie od lat pracowali na ten sukces i nie przyćmiewa go fakt, że świętowanie historycznego powrotu nie odbywało się po zwycięskim meczu, a przy zielonym stoliku. Długo i cierpliwie przyszło ekipie z Omegi czekać na to, aby ktoś w centrali pingponga przeczytał dokładnie regulamin i przyznał, że w elicie nie mogą grać dwie drużyny tego samego klubu, w związku z czym lider grupy południowej I ligi KU AZS II Wrocław nie miał prawa promocji do najwyższej klasy. Sam powrót JKTS Jastrzębie do ekstraklasy okazał się bardzo trudny, bowiem na pierwsze punkty i zwycięstwo nasze pingpongistki musiały czekać aż do późnej jesieni. Szkoda jedynie, że nie dane było doczekać tego powrotu Władysławowi Kwietniowi, którego wytapetowany historycznymi proporczykami gabinecik został gruntownie wyremontowany…

F jak FUJAK, ZUZANNA. Nazwisko do zapamiętania, choć czytelnicy działu sportowego JasNetu znają tę zawodniczkę od co najmniej 2016 roku, gdy jako 12-latka wygrywała biegi narciarskie z rywalkami z Zakopanego i innych górskich miejscowości. Ta urodzona w 2004 roku jastrzębianka ma niezwykły talent i… bardzo oddanych rodziców, którzy mocno przyczynili się do rozwoju jej sportowej przygody. Miejmy nadzieję, że ta przygoda stanie się z czasem karierą z prawdziwego zdarzenia. Pierwszy krok już został poczyniony – Fujak została powołana do kadry narodowej juniorek, a następnie zajęła czołowe lokaty wśród rówieśniczek podczas prestiżowych zawodów Alpen Cup w szwajcarskiej miejscowości Goms. Dość powiedzieć, że wśród 16-letnich sprinterek jastrzębianka ustąpiła jedynie Słowence Luciji Medji! Wielokrotna mistrzyni kraju i zdobywczyni Pucharu Polski (zarówno na nartach, jak i nartorolkach) to nasza nadzieja na narciarskie sukcesy. Wiemy, że Jastrzębie-Zdrój nie jest górskim kurortem, ale przecież o Wodzisławiu także nie można tego powiedzieć, a właśnie z tego miasta wywodzi się wicemistrz olimpijski z Turynu w biathlonie Tomasz Sikora.

G jak GIGANT SZOS, czyli Stanisław Abrachamczyk. Od kilku lat zachwycamy się wyczynami tego urodzonego w 1960 roku jastrzębianina, który wyspecjalizował się w kolarskich ultramaratonach pokonywanych nie etapami, a ciągiem! Pan Stanisław jest wyrzutem sumienia dla wszystkich tych, którzy uważają, że w pewnym wieku nie wypada być „sportowym hardcorem”. Nic bardziej mylnego! Zawodnik grupy SKK Jas-Kółka tylko w obecnym, „pandemicznym” 2020 roku zaliczył kolejno – uwaga – Pierścień Tysiąca Jezior na Mazurach (610 km w 27 godzin i 20 minut), Ultramaraton Piękny Wschód (510 km w czasie 19:58), Bałtyk-Bieszczady Tour (1008 km w 52:04), Ultramaraton Piękny Zachód (548 km w czasie 25:58) i Tour de Silesia (300 km w 14:16). Ponieważ było mu mało, to przejechał jeszcze rekreacyjnie… Góralską Pielgrzymkę Rowerową z Giewontu na Hel. Przyznajmy – więcej w tym szalonym roku nie dało się zrobić. Szacunek!

H jak HOVORKA, MAREK. Gdy latem pojawił się w JKH GKS Jastrzębie, to z marszu skojarzył się z Richardem Kralem, który u schyłku pięknej kariery również postanowił spróbować swoich sił w Polskiej Hokej Lidze. Wicemistrz świata z reprezentacją Słowacji, olimpijczyk z Pjongczang (to zaledwie trzy lata temu!) i były zawodnik Admirała Władywostok z KHL podbił naszą ekstraligę i jest obecnie liderem punktacji kanadyjskiej. Hovorka wraz z potrafiącym czarować Kanadyjczykiem Zackary’m Phillipsem tworzą atak, którego znakomitym uzupełnieniem okazał się rodowity jastrzębianin Kamil Wróbel, którego tata Zbigniew i dziadek Eugeniusz także grali w jastrzębskich barwach. Jest jednak pewna różnica między Hovorką a Kralem. O ile Czech za sprawą swojej błyskotliwości i doświadczenia nie stosował katorżniczych treningów i zapierniczania od bandy do bandy (nie potrzebował tego, aby być najlepszym), o tyle Hovorka na każdy trening wychodzi naładowany niczym młody wilk przed pierwszym polowaniem. Dodajmy, że słowacki as i bez tego mógłby być u nas najlepszy, ale… po prostu nie potrafi inaczej i mimo pięknej kariery pozostał „swoim chłopem” do tańca i do różańca.

I jak INWESTYCJA. 2020 rok miał swoje plusy i nie był nim jedynie ten, że dobiegł końca. „Dzięki” epidemii, która wymiotła kibiców z obiektów sportowych, można było bez większych przeszkód dokonywać remontów, unowocześniać, inwestować… oczywiście pod warunkiem, że ktoś wcześniej zaplanował to działanie, przygotował kontener papierków dla urzędników i miał na ten cel odpowiednie środki. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat w Jastrzębiu-Zdroju paraliż trybun w pewnej mierze pokrył się z zamontowaniem mechanizmów podgrzewania i nawadniania murawy, dzięki czemu zażywny trzydziestolatek z Harcerskiej spełnia obecnie wymogi ekstraklasowe. MOSiR nie leżał i nie pachniał, więc wszystko poszło tak bardzo zgodnie z planem, że już w sierpniu co do dnia przewidziano powrót piłkarzy GieKSy na Harcerską. Gdyby tak udało się przewidzieć „pandemię” i spiąć pośladki na podobne konieczne działania na innych obiektach, bylibyśmy o parę lat do przodu. Niestety, całego tego cyrku normalny umysł nie prawa wymyślić, jeśli wcześniej nie czytał książek post-apokaliptycznych lub nie oglądał rosyjskiego filmu „Ku jezioru” (w oryginale „Epidemia”), puszczonego w obieg – co ciekawe – jesienią 2019 roku.

J jak JABŁKA. Trener Jarosław Skrobacz po opuszczeniu GKS Jastrzębie udzielił red. Boganowi Natherowi ze „Sportu” wywiadu, w którym przytoczył opinię starszych kolegów po fachu dotyczącą konieczności „przewietrzania szatni” co pewien czas. Skrobacz użył w tym aspekcie słów o usunięciu „zgniłych jabłek”, ale niestety nie rozwinął tematu i w efekcie „na mieście” rozprawiano, kto w przegrywającej mecz za meczem drużynie jest mniej lub bardziej zgniły. Słowo wyleciało wróblem, a wróciło wołem, ale tak to właśnie bywa, jeśli zastosuje się zasadę znaną niegdyś na sektorach bez krzesełek – KWMTW („kto ma wiedzieć, ten wie”). Jednak w przypadku Jarosława Skrobacza nie funkcjonuje Millerowe powiedzenie, że „prawdziwego mężczyznę nie poznaje się po tym, jak zaczyna, ale jak kończy”. Szkoleniowiec ten zasłużenie wybrany został przez kibiców GieKSy „Trenerem XXI Wieku” i na zawsze pozostanie symbolem drugiej połowy drugiej dekady tego stulecia w jastrzębskim futbolu. Wszak zaczynał w okolicach strefy spadkowej III ligi, a skończył tuż po tym, jak posypały się marzenia o awansie do baraży o ekstraklasę. Spoglądając na te pięć lat z pewnego dystansu… ten czas to był cud! Dlatego właśnie chyba nikt – łącznie z samym Skrobaczem – nie może wykluczyć wielkiego powrotu do Jastrzębia za kilka lat…

K jak „KRUSZYNA”. Jest taka pamiętna scena w znakomitym filmie „Piękny umysł”, gdy stareńki już John Nash otrzymuje naukowy hołd ze strony swoich współpracowników z Uniwersytetu Princeton. Świetnie zagrany przez Russela Crowe’a wybitny matematyk otrzymuje od nich długopisy i pióra. Z perspektywy osoby „z zewnątrz” nic wielkiego, a jednak człowiek jest istotą niezwykłą, która sama z siebie potrafi nadać potężną wartość rzeczom i wydarzeniom teoretycznie mało znaczącym. Ta właśnie scena może nasunąć się, jeśli pomyślimy o Beacie Maksymow i tym, co miało miejsce w ostatnich tygodniach 2020 roku. Wtedy właśnie okazało się, że wielokrotna mistrzyni świata i Europy, dwukrotna piąta zawodniczka Igrzysk Olimpijskich, legenda judo i duma jastrzębskiego sportu, ma ogromne problemy z kręgosłupem. Informacja, że „Kruszyna” ma zmiażdżone cztery kręgi i grozi jej paraliż dosłownie zmroziła wszystkich, wywołując zarazem lawinę pomocy w zbiórce na specjalistyczną operację i rehabilitację. Kilkadziesiąt tysięcy złotych zgromadzono w kilkanaście dni i stało się tak nie za sprawą odruchu serca jakiegoś bogacza, ale właśnie dzięki takim teoretycznie mało wartościowym „długopisom”. Ponad 1,3 tys. osób wpłacało po kilkadziesiąt lub kilkaset złotych i w ten sposób zebrano pokaźną sumę, która – miejmy taką nadzieję – pozwoli pani Beacie na normalne życie. Absolutnie wzruszające i budzące nadzieję wydarzenie w tym parszywym roku.

L jak LAURA GRZYB. Tadeusz Wijas niestety nie doczekał momentu, w którym wyrosła spod jego skrzydeł pięściarska perełka wyruszyła na podbój światowych ringów. Grubo ponad dziesięć lat temu informował nas, że ma w swoim ukochanym BKS Jastrzębie taką dziewczynę, która nazywa się Laura Grzyb i warto rzucić na nią okiem. I rzeczywiście – na treningu w sali gimnastycznej Szkoły Podstawowej nr 4 w Zdroju młodziutka i wiotka dziewczyna okładała pięściami Jarosława Pietrzyka, którego żadnemu kibicowi jastrzębskiego boksu przedstawiać nie trzeba. To właśnie Pietrzyk wraz z Andrzejem Porębskim byli „trenerskimi ojcami” sukcesów popularnej „Grzybowej” na amatorskim ringu. 25-letnia obecnie jastrzębianka kilkanaście miesięcy temu podjęła decyzję o przejściu na zawodowstwo, choć w istocie pomiędzy walkami „normalnie” pracuje, aby mieć za co żyć podczas przygotowań do kolejnych pojedynków. W 2020 roku Laura Grzyb odniosła trzy kolejne zwycięstwa i obecnie ma ich na koncie pięć. W lipcu jastrzębianka odprawiła z kwitkiem Bojanę Libiszewską (rocznik 1989), Włoszkę Monikę Gentili (1977) i Dominikankę Enerolisę de Leon (1982). W przeciwieństwie do dwóch pierwszych walk z 2019 roku, w których „Grzybowa” błyskawicznie wyrzucała rywalki z ringu, tym razem mieliśmy okazję pooglądać nieco pięściarskich szachów, bowiem przeciwniczki naszej reprezentantki dysponowały naprawdę niezłym bagażem doświadczenia. Czy Laura Grzyb doczeka swojej upragnionej walki w USA? Na pewno warto jej tego życzyć. W końcu ona nigdy „nie zapomniała, skąd tutaj przybyła”.

Ł jak ŁASUCH. Po pierwszych tygodniach korona-zamknięcia całej Polski w marcu i kwietniu jakiś kpiarz wstawił „w internetach” obraz Fednando Botero z rodziną wyraźnie hołdującą hasłu, iż „serniczek zawsze jeszcze się zmieści”. Żart miał polegać na tym, że po zamknięciu całego świata ludzie pozostaną w domach i zaczną zżerać porobione naprędce zapasy (pamiętacie, że w marcu po raz pierwszy od trzydziestu lat w sklepach nie było drożdży i mąki?). W szczególnie trudnej sytuacji znaleźli się ci sportowcy, którzy katorżniczymi treningami zwykle niwelowali efekty urlopowego popuszczania pasa. Jakże nam wszystkim było wtedy wesoło…

M jak MINISTERSTWO GŁUPICH KROKÓW. Nie zajmujmy się tu polityką, bo – po pierwsze – do tego w dzisiejszych czasach trzeba mieć mocne nerwy, a po drugie – rozmawiajmy wyłącznie o sporcie. Niemniej, żadne chyba poglądy polityczne nie zmienią obiektywnej oceny braku konsekwencji, elementarnego zdrowego rozsądku i dopracowania decyzji władz dotyczących zarówno sportu zawodowego, jak i rekreacji na świeżym powietrzu. Jak to mówi młodzież, szkoda strzępić… ust na przytaczanie tu przykładów takiego działania. Wszyscy doskonale pamiętamy cyrki z bieganiem w maseczce, zamykaniem lasów (potem sami przedstawiciele rządu tłumaczyli, że nie chodziło „o lasy”, tylko o to, aby ludzie siedzieli w domach), obowiązkiem utrzymywania dwumetrowego dystansu w… treningach bokserskich czy judo, czy też faktem, że piłkarze wychodzą na mecz w dwóch grupach (bo „obostrzenia”), a potem zaczynają kopać się po kostkach na boisku. Najlepszym podsumowaniem rządowych działań w tej kwestii jest to, iż Ministerstwo Sportu (bynajmniej nie jest to tytułowe Ministerstwo Głupich Kroków) czuło się w obowiązku tłumaczenia zapisów kolejnych rozporządzeń kolegów z innych gabinetów. Kto przeżył 2020 rok, ten nie zaśmieje się już z Johna Cleese’a.

N jak NERWY ZE STALI. Nie wiemy, czy prezes GKS Jastrzębie Dariusz Stanaszek i trener drużyny Paweł Ściebura piją jakieś herbatki na uspokojenie, ale jeśli tak – to powinni podzielić się tym doświadczeniem. Trzy bite miesiące porażek. Prawie pół roku bez wygranej. Konieczność gry na wyjazdach i podejmowania rywali na Estadio de Wodzisław. Pech przeplatany z błędami własnymi, które demolowały kilkadziesiąt minut nienagannej postawy w defensywie i setki godzin harówy na treningach. Powiedzieć, że 35-letni Paweł Ściebura zaczyna „grę w trenera” od poziomu trudności „międzynarodowy”, to nic nie powiedzieć. Gdyby mecze odbywały się przy pełnej kibiców Harcerskiej, to Ściebura niechybnie zobaczyłby na trybunach… taczkę. Skoro po serii czerwcowych porażek wydawałoby się „pomnikowy” dla sympatyków GieKSy Jarosław Skrobacz usłyszał, że jest „Jurgenem Skrobaczem” (to ironiczne porównanie do trenera Liverpoolu Jurgena Kloppa), to czego mógłby spodziewać się przegrywający mecz za meczem Paweł Ściebura? A jednak udało się przetrzymać najgorsze. Młody szkoleniowiec pokazał, że ma warsztat w ręku, a listopadowo-grudniowe zwycięstwa nad bezpośrednimi rywalami w walce o utrzymanie stopiły krytykę niczym słońce śnieg. Dzięki temu Ściebura zyskał kilka miesięcy zimowego spokoju.

O jak OGÓLNOPOLSKA OLIMPIADA MŁODZIEŻY. Nawet w tym ciężkim roku jastrzębska młodzież przynosiła nam sporo radości. Wymienienie wszystkich sukcesów wymagałoby powstania… kolejnego alfabetu, a zatem gwoli najlepszego przykładu skupmy się na sukcesach w sportach i sztukach walki na krajowej arenie prestiżowej 26. Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży na Lubelszczyźnie. Wielką okazją do świętowania okazał się bowiem przedostatni weekend października, gdy najpierw pięści do góry w geście triumfu wzniósł w Kraśniku zawodnik BKS Jastrzębie Oskar Brzozok (70 kg), a następnie jego śladem poszła w Zamościu judoczka Koki Oliwia Onysk (44 kg), do której złota srebro dołożyła Oliwia Kutyła (52 kg). Możemy się tylko cieszyć, że mimo trudnej sytuacji ciąg szkolenia w jastrzębskich klubach nie został przerwany, a nasi młodzi sportowcy nawet podczas „narodowej kwarantanny” mają możliwość trenowania.

P jak PIŁKARSKI LOS. W sezonie 2007/2008 w Zniczu Pruszków było dwóch świetnych napastników, którzy strzelali, jak na zawołanie – Bartosz Wiśniewski i Robert Lewandowski. Dodajmy, że ten pierwszy wydawał się bardziej utalentowany, choć akurat kibicom GKS Jastrzębie bardziej we znaki dał się ten drugi, który ponad trzynaście lat temu trzepnął hattricka w starciu z podopiecznymi Piotra Rzepki. Podobny duet talentów w roczniku 2000 Szkółki Piłkarskiej MOSiR Jastrzębie tworzyli swego czasu Michał Skóraś i Szymon Zalewski. Obaj zaczynali przy Harcerskiej, obaj pracowali z tymi samymi trenerami, obaj w 2015 roku postanowili skorzystać z oferty Lecha Poznań. Potem jednak ich drogi rozeszły się. Gdy 5 listopada Skóraś strzelał swojego pierwszego gola dla „Kolejorza” w Lidze Europy w grupowym meczu ze Standardem Liege, pozyskany przez GKS Jastrzębie z… III-ligowego Pniówka Pawłowice Szymon Zalewski miał za sobą niezbyt porywający seans na żywo z wodzisławskiej ławki rezerwowych podczas pucharowego meczu GieKSy z Puszczą Niepołomice (0:2). Szymonowi Zalewskiemu na pocieszenie przypominamy, iż po 20-letnim Kamilu Gliku mało kto spodziewał się, że zostanie legendą Torino i Monaco.

R jak ROWEROWY SZLAK ŻELAZNY. Pomysł bardzo dobry, wykonanie całkiem przyzwoite, efekty niezłe, konflikty międzyludzkie w normie. Jeśli chodzi o trzy pierwsze punkty, to, cytując klasyka „koń jaki jest, każdy widzi”. Trasy są rozlokowane w sympatycznych okolicach, a punkty odpoczynkowe zachęcają do zażywania słońca. Człowiek dojrzewający „za komuny” lub w latach dziewięćdziesiątych nie może się nadziwić, że nikt ich nie niszczy i nie rozkrada dla samej przyjemności zawłaszczenia państwowego mienia. Sporym minusem są jednak odcinki, które nie należą do szlaku jako takiego (Ruptawa), ale zarazem stanowią jego przedłużenie lub uzupełnienie. I tu dochodzimy do sedna czwartego punktu, czyli konfliktów międzyludzkich. Biegacze i spacerowicze zazdroszczą rowerzystom luksusu spokoju na Żelaznym Szlaku, bo sami przemierzają chodniki, pobocza i zmagają się z goniącymi ich lokalnymi Burkami. W efekcie „szlak rowerowy” nie zawsze i nie do końca bywa tylko „dla rowerów”. W rezultacie na trasie dochodzi podobno do różnych gorszących scen, czego dowodem była temperatura komentarzy internautów w tym temacie… Drodzy państwo, więcej luzu i wzajemnego poszanowania!

S jak SELEKCJONER. Doczekaliśmy czasów, w których trener jastrzębskiego klubu w dyscyplinie drużynowej jest selekcjonerem reprezentacji Polski. I nie chodzi tu o niszę typu kirgiskie polo, czyli rzucanie baranią głową, ale o tak prestiżową dziedzinę, jak hokej na lodzie. Robert Kalaber, bo o nim mowa, od 2014 roku dosłownie wrósł w JKH GKS Jastrzębie. Gdy po raz pierwszy pojawił się na Jastorze, mało kto go kojarzył. Jednak Słowak od razu chwycił rozlazłą po Mojmirze Trlicziku drużynę żelazną ręką i nie popuścił do dziś. Kto miał kiedyś okazję obserwować trening naszych hokeistów, ten doskonale wie, jak to wygląda w praktyce. Przez te sześć lat Kalaber poprowadził JKH GKS w ponad trzystu meczach o punkty, zdobywając dwa Puchary Polski, Superpuchar Polski, wicemistrzostwo Polski, brązowy medal mistrzostw Polski i – co chyba szczególnie wartościowe, acz niedoceniane – Puchar Wyszehradzki. Niemal rok temu drużyna z Jastrzębia-Zdroju pokonała w finale tej imprezy wicemistrza Słowacji HK Nitra. Jasne, był to turniej wyłącznie towarzyski. Jednak wynik poszedł w hokejową Polskę, która z nieukrywaną radością słała gratulacje na Jastor. Czy Robert Kalaber będzie w stanie zbawić także cały polski hokej? Powiedzmy sobie szczerze, że w obecnej sytuacji będzie to „mission impossible”, ale przeambitny Słowak uwielbia takie zadania.

T jak TATA Z DZIECKIEM. Mamy w mieście człowieka, który udowadnia, że nawet narodziny dziecka nie muszą oznaczać automatycznie zakończenia sensownej przygody z amatorskim sportem. Gość nazywa się Przemysław Maj, a swoje wyczyny opisuje na Facebooku (jako Majobiega). Na pierwszy rzut oka niewiele go wyróżnia spośród licznego grona osób prowadzących „fanpejdże” (spolszczamy, bo inaczej tego nie odmienimy), ale tylko on – raz – biega z synem w wózku, a dwa – osiąga wyniki, które i bez „małego Majo” pod ręką byłyby godne uwagi. Za takowe rezultaty każdy amator wieczornego truchtu uzna pokonanie 10 km poniżej 40 minut (Maj dokonał tego w sierpniu w Chorzowie) czy półmaratonu poniżej półtora godziny (październikowa Silesia w Katowicach). Do tych osiągnięć Przemysław Maj dołożył potrójny triumf w pół-wirtualnych MOSiR-owskich zawodach „Jastrzębie Uskrzydla”, wygrywając dystanse półmaratoński, „dychę” i „piątkę”.

U jak URBANEK, ŁUKASZ. Pozostajemy w klimatach lekkoatletycznych, choć teraz przenosimy się na bieżnię sprinterską. Tu bowiem wybitny wynik zanotował Łukasz Urbanek – wychowanek trenera Jakuba Staśkiewicza z TL Athletics Jastrzębie, czyli dawnego Klubu Biegacza MOSiR. Historycznym rezultatem podczas 52. Mistrzostw Polski Juniorów U18 w Radomiu okazało się siódme miejsce w biegu na 200 m mężczyzn, który to dystans sprinter z Kończyc pokonał w czasie 22.53 s. Co ważne, nasz biegacz zdołał wcześniej awansować do Finału A, co samo w sobie jest ogromnym sukcesem, biorąc pod uwagę skalę konkurencji. Do tejże siódmej lokaty Łukasz Urbanek dołożył jeszcze dziesiąte miejsce na „setkę”, gdzie z czasem 11.35 s wywalczył drugą pozycję w Finale B. Warto wspomnieć, że jeszcze kilka lat temu sporymi sukcesami mógł pochwalić się Sebastian Urbanek (zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa). Zatem mamy nadzieję, że na Łukaszu nie zakończą się wybitne wyniki lekkoatletyczne panów Urbanków z Kończyc, którzy – notabene – bardzo lubią kibicować JKH GKS Jastrzębie. Trener Staśkiewicz zapewne dopilnuje, żeby żaden diamencik nie pozostał niedostrzeżony.

W jak WÓZEK Z WĘGLEM. Takim oto „hashtagiem” oznaczają swoje wyczyny siatkarze Akademii Talentów Jastrzębskiego Węgla, która w minionym roku odniosła historyczny sukces. „Wózek z Węglem” wygrał rywalizację na Śląsku we wszystkich trzech młodzieżowych kategoriach wiekowych juniorów, kadetów i młodzików, po czym na arenie ogólnokrajowej wywalczył złota wśród kadetów i młodzików oraz srebro w zmaganiach juniorów. „Luks-usowa ekipa” (trenerem-koordynatorem Akademii Talentów jest Dariusz Luks) będzie miała zatem w przyszłym roku jasny cel – podwójna potrójna korona, czyli mistrzostwa Polski i mistrzostwa Śląska we wszystkich kategoriach wiekowych. Jak jednak z dystansem do tych osiągnięć podkreśla sam Dariusz Luks, najważniejsze są nie sukcesy w rozgrywkach młodzieży, ale wychowanie zawodników na poziomie PlusLigi. Kto miał kiedykolwiek do czynienia ze sportową młodzieżą ten wie, że mistrzostwo Polski młodzików przy przeskoku z wieku juniora do seniora to małe (nomen omen) Piwo.

X jak… SKRZYŻOWANE PASY TAŚMY KLEJĄCEJ, czyli „Nie możesz tutaj usiąść” (Forrest Gump) lub „None shall pass” (Monty Python i św. Graal). Gdy za pół tysiąca lat ktoś rozpocznie archeologiczne wykopki w miejscu dawnego miasta Jastrzębie-Zdrój i odnajdzie krzesełko z tytułową taśmą, będzie miał nie lada zagwozdkę. Miejsce spoczynku von Jungingena? A może siedzisko dla Szkota lub Honorowego Dawcy Krwi? „X” na krzesełkach, na których nie wolno siadać, pozostanie jednym z symboli dzisiejszych czasów, w których mąż i żona z półwiecznym stażem nie mogą usiąść obok siebie na meczu z udziałem własnego wnuka, ponieważ muszą „zachowywać dystans”. Słynne słowa pewnego narcyzowatego lemura z Madagaskaru („A teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu”) nasuwają się tu zupełnie przypadkiem.

Y jak POKOLENIE Y. To właśnie przedstawiciele tego pokolenia są obecnie na sportowym topie. Rzekomo ludzie urodzeni w drugiej połowie lat osiemdziesiątych oraz w latach dziewięćdziesiątych stanowią – wedle niektórych badaczy naszej codzienności – jedną w miarę zwartą grupę społeczną, która ma swoją dającą się wychwycić określoną charakterystykę. Czy ta teoria, mówiąc nieładnie, trzyma się kupy? Trudno powiedzieć. Na pewno jednak obecnie na polskim sportowym topie jest ostatnie pokolenie, które pamięta czasy bez internetu, bieganie od rana do wieczora za piłką po rozgrzanym asfalcie, rozbite kolana, czy surowych nauczycieli i trenerów, którzy potrafili opieprzyć krnąbrnego gówniarza (dostając za to od rodziców delikwenta szczerze podziękowanie, a nie wezwanie do sądu). Kolejne pokolenie z przełomu tysiącleci to już czasy równiutkich orlików, pustych boisk szkolnych i wiecznego zgarbienia spowodowanego gapieniem się w ekran elektronicznego chomąta. Zapewne mogą z nich wyrosnąć nowi Glikowie, Laszkiewiczowie, Nalewajkowie, Popiwczakowie, ale… Uwaga! Test: Jeśli teraz pomyślałeś „Ok, boomer” – to już nie jesteś przedstawicielem tego ostatniego przed-internetowego pokolenia Polaków.

Z jak ZMARLI. W 2020 roku nie tylko koronawirus zbierał śmiertelne żniwo. Ludzie odchodzili i wciąż odchodzą z różnych innych powodów. Jednym dane było dożyć sędziwych lat. Innych „zegarmistrz światła purpurowy” zabrał w kwiecie wieku. W ciągu minionych dwunastu miesięcy ogromną stratę poniosło ponownie jastrzębskie pięściarstwo, bowiem pożegnaliśmy nieodżałowanej pamięci „Kurasia” – Krzysztofa Michałowskiego oraz legendarnego wychowawcę młodzieży Czesława Caputę. Zmarło także dwóch znamienitych hokeistów GKS Jastrzębie z niełatwych II-ligowych czasów lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, czyli znakomity snajper Waldemar Gabriel i kapitan drużyny Andrzej Truty. Straty poniosła również piłka nożna, bowiem odeszli trener Erwin Wojtyłko i – nader niespodziewanie – Piotr Jegor, który dwadzieścia lat temu strzelał przy Harcerskiej z połowy boiska. Z kolei cały wielosekcyjny GKS Jastrzębie pożegnał w listopadzie dawnego wieloletniego prezesa klubu Jana Jadczyka, pod rządami którego klub urósł w siłę, a sportowcy żyli dostatniej niż wcześniej i później.

Ż jak ŻYCZENIA… podejmowania tylko dobrych decyzji i zdolności do udzielania konkretnych, adekwatnych i prostych odpowiedzi na pozornie skomplikowane kwestie. Wzorem pana Władysława:
– Czego się panowie napiją? Drinki: whisky, whisky soda, whisky sour, whisky and rocks, brandy, vodka, koniak?
– Czystej!

mg

Zobacz więcej na… sport.jasnet.pl

Twój wpis

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

WordPress Lightbox Plugin
Przewiń do góry