Strzały na „Manifeście”…

15 grudnia 1981 r. od godziny 6.00 ludzie odbierali wypłaty. O godzinie 7.00 otrzymaliśmy wieści o koncentracji policji i ZOMO przed KWK „Jastrzębie”. Podejrzewaliśmy zatem, że pierwsze uderzenie skierowane zostanie na tę kopalnię. Stawiało nas to w dobrej sytuacji, gdyż dzięki temu uzyskamy pewne informacje i łatwiej będzie nam podejmować decyzje. Tak się też stało. O godzinie 8.00 usłyszeliśmy o przebiegu działań na KWK „Jastrzębie”. ZOMO rozpędziło strajkujących. Funkcjonariusze zachowywali się jak zwierzęta. Bili brutalnie wszystkich nie bacząc na wiek i płeć. Prawdopodobnie zaatakowali jedną z kobiet, która w wyniku pobicia poroniła. Atakowali nie zwracając uwagi na to, czy ktoś strajkuje czy nie, czy jest członkiem „Solidarności” czy PZPR. Pobili pałami do nieprzytomności pewnego nadgorliwego członka PZPR, który wybiegł do nich na spotkanie z legitymacją partyjną w ręce krzycząc: „Ja z Wami!”. Po uzyskaniu tych informacji zdałem sobie sprawę, że sytuacja jest gorsza niż przypuszczałem. Jerzy Mnich po usłyszeniu tych wieści poczuł się słabo i pojechał do szpitala. Z dalszych wiadomości wynikało, że ZOMO skierowało swoje siły na KWK „Moszczenica”. Dawało nam to znowu trochę czasu.

Zarządziłem wówczas, aby skończono wydawać wypłaty, chociaż miały być wypłacane do godziny 9.00. W przemówieniu do załogi poinformowałem o sytuacji na KWK „Jastrzębie”, uświadamiając, że władza jest zdolna do wszystkiego i nie cofnie się nawet przed zabójstwem. Stwierdziłem wówczas, że najlepszym wyjściem byłoby teraz opuścić kopalnię. Z tłumu rozległy się okrzyki: „Tchórz, boi się! My się nie poddamy!”. Wytłumaczyłem, że ja na pewno nie wyjdę z kopalni. Prosiłem o uszanowanie decyzji i niepotępianie tych, którzy się na to zdecydują. Różnie jednak z tym bywało. Wydawało mi się, że wychodzi niewielu ludzi. Na placu pozostało około dwóch tysięcy z czterotysięcznej załogi, która była rano obecna. Prawdopodobnie wiele osób wyszło bocznymi bramami. Główne bramy były zabarykadowane. Pozostali byli uzbrojeni w kilofy, łomy itp.

Patrząc na to wszystko wiedziałem, że nie obędzie się bez rozlewu krwi. Zastanawiałem się, co mogę zrobić, aby jednak do tego nie dopuścić. Zwołałem naradę. Zostało nas czterech: ja, Leszek Błaut, Eugeniusz Zandler i Waldemar Maciaszek. Postanowiliśmy się podzielić na dwie grupy: ja z Maciaszkiem i Błaut z Zandlerem. Naszym zadaniem było nie dopuścić do bezpośredniego starcia górników z ZOMO. Obawialiśmy się, że wtedy nikt już nad tym nie zapanuje.

Przewidywaliśmy, że zaatakują nas od głównej bramy, wówczas Błaut z Zandlerem będą wycofywać załogę w stronę Zakładu Przeróbczego i Elektrociepłowni. W razie potrzeby ewakuuje się ludzi przez bramę 5 i 6. Natomiast ja z Maciaszkiem będziemy się wycofywać w stronę łaźni oraz magazynów i ewentualnie ewakuować ludzi przez bramę 3 i 4. Przyszli do mnie górnicy, którzy chcieli wykonać armaty: część dolna od stojaka hydraulicznego, kilogram dynamitu, dwa kilogramy gwoździ szynowych i można zrobić rzeź. Zabroniłem realizacji tego pomysłu. Wiedziałem, że wygrać nie możemy, a zabijać, nawet zomowców, to żadna uciecha. Pragnąłem wówczas, aby wszystko, na co oczekiwałem, zaczęło się już dziać. Czułem się dziwnie, żadnego strachu. Było mi obojętne, czy mnie zabiją czy też nie, nie myślałem także o rodzinie. Wszystkie moje myśli skupiały się na jednym, aby wszystko już się zaczęło.

Oczekiwanie było okropne. Wreszcie podjechali czołgami i wozami pancernymi pod bramę. Ktoś mówił coś przez megafon, ale wycie silników zagłuszało jego głos. Ludzie śpiewali: „Jeszcze Polska nie zginęła”, „Boże coś Polskę”. Rozległy się strzały. Na plac poleciały świece dymne i gazowe. Gaz miał nieprzyjemny zapach i szczypał w oczy. Kazałem wycofać się załodze w stronę łaźni. Leszek Błaut wycofywał ludzi w stronę Zakładu Przeróbczego. Po chwili czołg próbował wjechać przez zabarykadowaną bramę. Po pokonaniu przeszkód na teren kopalni dostał się kolejny czołg. Młodzi chłopcy, mimo mojego sprzeciwu, biegli w kierunku czołgu z szyną. Włożyli ją w gąsienicę, która pękła. Czołg zaczął się kręcić w koło. Podobnie uszkodzili gąsienicę drugiego czołgu. Zadawałem sobie i innym pytania: „Kto ich tego nauczył? Skąd oni to wiedzą?” Powiedziano mi, że to żołnierze. Odparłem: „Jak to, żołnierze po naszej stronie?” Ktoś mi wówczas wytłumaczył, że we wrześniu brakowało ludzi do pracy na kopalniach i władze zaproponowały żołnierzom, iż jeżeli ktoś ma za sobą rok służby, to może zostać z niej zwolniony pod warunkiem przepracowania pozostałego czasu służby wojskowej na kopalni. To właśnie byli ci chłopcy. Oczywiście wiedziałem o tym, ale w tym zamieszaniu nie skojarzyłem tego faktu.

Po unieruchomieniu przez nas czołgów znowu zaczęło się ostrzeliwanie. Leciały świece dymne i gaz. Wycofywaliśmy się między II a III etap łaźni. Na teren kopalni wszedł w maskach oddział ZOMO, około 300 osób. Ludzie parli do przodu. Stojąc na czele próbowałem ich powstrzymać. Zomowcy wycofywali się z kopalni przez bramę towarową lub przez osobówkę. Próbowaliśmy z Maciaszkiem, Błautem i Zandlerem zatrzymać załogę, żeby nie doszło do bezpośredniego starcia. Zatrzymaliśmy ludzi w odległości około 15 metrów od zomowców. Wówczas odwrócił się jeden z dowodzących akcją oficerów (spełniał wśród zomowców tę samą rolę, co ja wśród górników, też nie chciał, aby doszło do bezpośredniego starcia), ściągnął z twarzy lewą ręką maskę, a prawą sięgnął po pistolet i padły strzały. Trzeba przyznać, że zrobił to bardzo szybko i profesjonalnie. Widać było, że to nie jest zwykły policjant, ale zawodowy strzelec. Strzały nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Byłem przekonany, że to ślepe naboje. Nie zmienił wtedy mojego przekonania fakt, że jeden z górników, stojący tuż przy mnie, złapał się za twarz i nie mógł ustać na nogach. Podtrzymywałem go, a potem poprosiłem, aby odprowadzono go do punktu opatrunkowego. Później okazało się, że był to Czesław Kłosek. Miał ogromne szczęście. Kula utkwiła w pierwszym kręgu szyjnym. Gdyby przeszła dwa milimetry dalej przerwałaby krąg i Czesław zostałby do końca życia sparaliżowany.

Ponownie rozpoczął się ostrzał. Poleciały świece dymne i gaz. Tym razem strzelali nie tylko od bramy głównej, ale także od bramy 9, przy osiedlu Dubielec. Wycofywaliśmy się w stronę magazynów, gdzie były tory. Zrobiliśmy blokadę poczwórną linią pospinanych wozów kopalnianych. Takiej zapory nie były w stanie ruszyć czołgi. W tym samym czasie ludzie tłumaczyli mi, że zomowcy strzelają ostrą amunicją. Przekonywałem ich, że to nieprawda, gdyż po wydarzeniach grudnia 70′ władze komunistyczne obiecały, że już nigdy nie będą strzelać do robotników. Załoga jednak słusznie obstawała przy swoim. Twierdzili, że po huku wystrzału można odróżnić jaką amunicją się strzela. Tego nie wiedziałem, nie byłem w wojsku. Nie chciałem jednak nadal wierzyć, żeby polska władza strzelała do swoich obywateli.

Wezwali mnie na punkt opatrunkowy. Lekarz Domański i pielęgniarki błagały mnie: „Panie Bożek, niech pan kończy, oni was wszystkich wystrzelają”. Nadal niedowierzając odparłem: „Jak to wystrzelają? Czy oni naprawdę strzelają ostrą amunicją?” Wtedy lekarz pokazał mi dwa pociski wyjęte z nogi i ręki dwóch rannych osób, twierdząc że zna się na tym i są to ostre naboje. Dopiero wówczas uwierzyłem.

Wiedziałem, że trzeba kończyć akcję. Ale jak? Wezwałem do siebie Leszka i Zenka. Postanowiliśmy, że będę negocjował. Udałem się do ludzi na wozy przed magazynem. Zabroniłem im tym razem atakować zomowców. Mieliśmy się bronić na linii wozów. W tłumie szukałem Pietrzyka oraz Topija. Chciałem przekazać im klucze, poinformować gdzie jest sztandar itp. Ponieważ nie umiałem ich odnaleźć, posłałem ludzi do drugiej grupy przy Zakładzie Przeróbczym. Wysłannicy ich nie odnaleźli. Jeszcze raz zacząłem uważnie się rozglądać. Spostrzegłem, że grupa osób, z którymi byłem od początku, zmalała z około tysiąca do trzystu lub czterystu. Niestety, grupy Pietrzyka nie było. Ponownie wysłałem osoby do zgromadzonych przy Zakładzie Przeróbczym. Jednak i tym razem nikt ich nie odnalazł. Wtedy pewien górnik zapytał mnie, kogo szukam. Odpowiedziałem, że Alojzego Pietrzyka, Piotra Błauta, Topija i innych. Powiedział, że oni zaraz, jak tylko podjechały czołgi, wyszli całą grupą obok posterunku 3 w stronę Szerokiej i KWK „Borynia”. Inni górnicy potwierdzili tę informację. Wiedziałem wtedy, że nie mam ich już co szukać.

Tymczasem dym się już rozwiał i ZOMO ruszyło do przodu. Czekaliśmy na nich na linii wozów. Gdy podeszli na odległość około 20 metrów, zaczęliśmy rzucać w nich nakrętkami od obudowy i szyniakami. Podeszli jeszcze około 5 metrów i wycofali się. Wówczas była to dla mnie niezrozumiała decyzja. Dopiero po aresztowaniu dowiedziałem się, dlaczego tak postąpili. Okazało się, że zomowcy mieli plastikowe tarcze ochronne sprowadzone za dolary z Japonii. Tarcze te pod wpływem naszego ataku zaczęły pękać, co ich wystraszyło i postanowili się wycofać. Przesłuchujący nie chcieli uwierzyć, że rzucaliśmy nakrętki i śruby rękami. Twierdzili, że z pewnością mieliśmy jakąś wyrzutnię, gdyż tarcze te miały wszystkie atesty i były poddawane wielu różnorodnym próbom, podczas których nie zdarzyło się, żeby któraś z nich pękła. Tymczasem po naszym ataku wszystkie tarcze z pierwszego szeregu w przeciągu 5 minut były uszkodzone. Śmiejąc się powiedziałem im, że przy próbach z pewnością rzucali Japończycy, którzy są niewysocy i słabsi, więc jak będą mieli znowu zamiar kupować tarcze, to powinni przyjechać na kopalnię „Manifest Lipcowy”, gdzie górnicy przeprowadzą prawdziwy test.

Tak naprawdę jednak do śmiechu mi wtedy nie było. Przez megafon zaczął przemawiać dowódca oddziałów (major lub pułkownik) zachęcając nas do opuszczenia kopalni. Zaproponowałem mu 15 minut przerwy. Postawiłem warunek, aby zomowcy cofnęli się na odległość 50 metrów. Przystał na to. To był ten moment, na który czekałem od wyjścia z punktu opatrunkowego. Przemówiłem wówczas do zebranych górników. Powiedziałem, że nie mamy żadnych szans, strzelają do nas ostrą amunicją. Podkreśliłem, że możemy być dumni z siebie, bo zrobiliśmy wszystko, co było możliwe, a nawet więcej i nikt na świecie nie będzie mógł nam powiedzieć, iż dobrowolnie pogodziliśmy się ze stanem wojennym. Naturalnie rozległy się głosy, że na wozach możemy się długo bronić. Zdroworozsądkowo zadawałem pytania: „Jak długo? Godzinę? Dwie? Przecież nie dzień czy dwa? Jak im się znudzi, to zaczną do nas strzelać ostrymi nabojami i co wtedy?”. Przekonałem ich wówczas, że czas skończyć nasze działania. Powiedziałem dowódcy ZOMO, że w zasadzie zgadzamy się opuścić teren kopalni, ale musimy ustalić warunki.

Pojawił się problem, gdzie mamy rozmawiać. Dowódca ZOMO zaproponował, abyśmy się spotkali w połowie drogi między górnikami a zomowcami. Zgodziłem się, ale górnicy, którzy byli ze mną, nie wyrazili na to zgody. Doszło wtedy między nami do ostrej wymiany zdań. Pamiętam, że powiedziałem nawet, iż to moje życie i mogę robić z nim to, co mi się podoba. Nie ustąpili jednak. Stwierdzili, że choćby mieli użyć siły, to mnie nie puszczą. Zaproponowali, żeby dowódca ZOMO przyszedł do nas. Tym razem jego ludzie nie chcieli na to przystać. W końcu wydał rozkaz i umilkli. Muszę przyznać, że mi wtedy zaimponował. Dałem mu słowo honoru, że mu się nic nie stanie. Podszedł do nas. Kilku najbardziej krewkich próbowało się rzucić na niego, ale zasłoniłem go swoim ciałem. Koledzy ich uspokoili i przystąpiliśmy do negocjacji.

Zaproponowałem, że opuścimy kopalnię w ciągu dwóch godzin pod warunkiem wycofania się ZOMO poza plac autobusowy, zaniechania jakichkolwiek ataków i zatrzymań górników. Dyrekcja miała podstawić taką ilość autobusów, aby wszyscy mogli odjechać do domów. Dowódca twierdził, że dwie godziny to zbyt dużo, ale przekonałem go, że tyle czasu potrzebujemy, gdyż wielu z nas jest w ubraniach roboczych, muszą się umyć i przebrać. Tak naprawdę i ja spodziewałem się, że opuszczenie terenu kopalni potrwa około godziny, ale wiedziałem, że należy zostawić jakiś margines czasu. Dowódca ZOMO przystał na nasze warunki. Negocjacje zakończyły się pomyślnie. Zomowcy opuścili kopalnię. Ja poszedłem do łaźni, umyłem się, przebrałem i zszedłem do punktu opatrunkowego, aby zobaczyć, co dzieje się z rannymi. Okazało się, że odwieziono ich już do szpitala. Poczułem się osłabiony. Zmierzono mi ciśnienie, było bardzo wysokie. Lekarz Domański zdecydował, że odwiozą mnie karetką do szpitala. Na początku trochę protestowałem, ale gdy stwierdziłem, że wszyscy górnicy opuścili zakład pracy, zgodziłem się i odwieziono mnie karetką do Szpitala Górniczego w Jastrzębiu Zdroju.

Wspomnienia: Jan Bożek, przewodniczący Zakładowej Komisji NSZZ „Solidarność” przy KWK „Manifest Lipcowy” w grudniu 1981 r.

  1. Zastanawiam się czy to poświęcenie 40 lat temu było warte. Przecież górnicy wtedy protestowali przeciw drożyźnie i systemowi władzy PRL a dziś PiS przywraca nam tamte czasy; PiS wmawia ludowi że własność państwa jest lepsza niż prywatna , pis zrealizował hasło PRL ( czy się stoi czy się leży 500 zł się należy), obecna policja niczym milicja broni władzy i złodziei, prokuratura jest polityczna , tv pis kłamie i uprawia propagandę w stylu PRL.. no i ta powszechna drożyzna..

    1. Biorąc pod uwagę dzisiejszą rzeczywistość, i to do czego dąży nasza waaadza (jak mawiał pan kerownik w 60min/h), to w zasadzie nie zmieniło się nic, poza jednym, acz bardzo znaczącym faktem. W okradaniu i sterowaniu narodem bierze udział, przy dużym przyzwoleniu obecnego systemu nasz rodzimy kk. W PRL-u to raczej kk był okradany i pozbawiany budynków, mienia, wpływów. Teraz to odzyskują z dużą nawiązką, uzurpując sobie prawo do decydowaniu o życiu WSZYSTKICH mieszkańców pislandu przy ogromnej aprobacie władzy i przy ich pomocy.
      A przy ministrze „Czarnym rozumie” i tak niedługo powstanie coś na kształt Ministerstwa cnót niewieścich na wzór niedawno powstałego ministerstwa w Afganistanie (coś wam to przypomina: cnoty niewieście?)
      Dążymy do wyznaniowego kraju rządzonego przez klikę „tych lepszych” i według ich wizji, za nasze pieniądze i na nasz koszt. I to raczej nie na wzór Iranu, a bardziej na wzór Afganistanu.
      Boże (kimkolwiek jesteś) – miej nas w opiece…

  2. U nas to jeszcze w 89 w LO wystawił Smerfy na szklonej auli Kadllubeck z Bertesgarden
    mając nadzieje ,ze złapią Majora z Pomarańczowej Alternatywy i wydadzą go Bednorzowi
    -sorry to wszystko prawda jak Dąbrowski /Victor

  3. ale pis zmienia historię…dziś to śpioch jest bohaterem…trzepie całą polską…a ci co byli bohaterami są dziś wg pis zdrajcami,..ojcowie nasi walczyli by my ,nasze dzieci byli w europie,a ci dzis co mianują się tymi co niby wybrał ich suweren mają nas w d…ludzie obudzcie się w końcu..warto sprzedać swój honor za jakieś ++..po nowym roku przekonacie się ile was to będzie kosztowało ,to co wam pis wyciągnąl z waszych kieszeni.dając ochłapy,a swoim tysiące..bo im się to należało..pozdrawiam normalnych

Twój wpis

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Również warto przeczytać
"Nie chcemy takich wrzodów..."
5e9d3d72
W ostatnim wydaniu gazety „Twoja Spółdzielnia” zająłem się tematem patologii. Patologia z narkotykami w tle. To nie tylko indywidualne zażywanie narkotyków, to również dilowanie, awantury pod wpływem substancji psychotropowych, zagrożenia...
Beton i jeszcze raz beton...
IMG_20221123_130005
„Od kilku lat trwa rewitalizacja Parku Zdrojowego. Wydano miliony złotych. Ale czy efekt końcowy będzie oczekiwany przez mieszkańców?” – zastanawia się nasz Czytelnik. „Już teraz widać, że jest to tak...
Gdzie parkować?
e2ddd999
„Gdzie parkować?” Do kogo tak naprawdę zaadresować to odwieczne pytanie? I czy udzielone odpowiedzi zadowolą jeszcze kogokolwiek? Fakt, że problem ten dotyczy nie tylko naszego miasta, nie stanowi tu zbytniego...
Dlaczego piesi giną na pasach?
35-692857
Gdzie przechodzący przez jezdnię powinien bać się o swoje życie? I to do tego stopnia, żeby w myślach gorączkowo „klepać zdrowaśki”? No cóż, może wydać się to nieco kuriozalne, ale...
"My, jako policja, służymy ludziom..."
66-709479
„Głównie chodzi o to, żeby mieszkańcy poczuli, że mają wpływ na swoje bezpieczeństwo, a my, jako policja, służymy ludziom…” Te szczególne słowa wybrzmiały swego czasu w sali jastrzębskiego magistratu i...
A patriotyzm?!
b57fabfc
Kilka miesięcy temu obchodziliśmy rocznicę Powstania Warszawskiego. Przed nami, już za kilka dni, Narodowe Święto Niepodległości. A gdzieś w tle – pytanie o patriotyzm. Co tak naprawdę dla nas znaczy?...
Przewiń do góry