Święta, ćwikła i ludzie…

fot. pixabay

Był Wielki Czwartek i tutaj, na Wielkopolskiej, zresztą jak na każdej innej ulicy w mieście, myśli jastrzębian krążyły wokół zbliżających się świąt. Zmierzchało. Budzący się nieśmiało dzień obnażał ten jedyny w swoim rodzaju spektakl, o którym można by śmiało pisać poematy. To w kolejce dowiadywano się, co słychać na osiedlu. To tutaj rodziły się pierwsze miłości. Tutaj także ludzie stawali się swoimi śmiertelnymi wrogami. Nagle ktoś rzucił w eter: „Towar przywieźli!!!” Tłum zaczął napierać na drzwi. W tym samym czasie ekspedientka z monstrualnych rozmiarów tasakiem w dłoniach brała pierwszy zamach. Po chwili w szarym, pakowym papierze wylądowały żeberka jak ze snu. Obiekt westchnień wszystkich kolejkowiczów.

Dwa dni później w odświętnym ubraniu szedłem do kościoła. Moja dłoń zaciśnięta kurczowo na wiklinowym koszyku była sina od zimna. A w koszyku same pyszności. Pachnąca jałowcem kiełbasa, której nie dałoby się wystać w najdłuższej nawet kolejce. Baranek z lukru, zawinięty zapobiegliwie w celofan, tak aby mógł posłużyć w kolejnych latach. I świąteczne pisanki, czyli potraktowane wywarem z cebuli jajka, a potem pokryte moimi „artystycznymi” hieroglifami. Wszystko to nakryte było śnieżnobiałą serwetką, którą matka przykazała mi strzec jak oka w głowie. No właśnie… Tak naprawdę to był moment. Jeden silniejszy powiew wiatru. Już w chwilę potem moja śnieżnobiała serwetka po spektakularnym locie wylądowała w pobliskiej kałuży. Okrzyk rozpaczy 7-latka rozdarł powietrze. Szybko wyciągnąłem ją z wody i zacząłem pospiesznie suszyć. Potem, jak gdyby nigdy nic, odłożyłem ją na swoje miejsce i pobiegłem w kierunku kościoła. Mówiąc szczerze, byłem nawet zadowolony z takiego obrotu rzeczy – wilgotna serwetka nie sprawiała mi już więcej kłopotów.

Wielkanoc była w moim przypadku wielkim, a jakże, oczekiwaniem na Lany Poniedziałek. Skrupulatnie gromadziłem swój „arsenał”, którego miałem dobyć w godzinie wielkiej próby. Na początek więc małe poręczne „psikawki” w kształcie pisanek, żab, tudzież innej nie mniej egzotycznej menażerii. Dalej butelki po popularnym w latach 80-tych płynie „K”. I wreszcie broń najstraszliwsza – wiaderka oraz foliowe worki, którymi można było miotać niczym torpedami na dłuższe odległości. W końcu któryś z rodziców zawołał mnie. Przykryłem „wodną amunicję” kocem i wszedłem do pokoju pełnego gości. Na pytanie matki, czy coś bym zjadł, poprosiłem o kawałek białej kiełbasy. A potem, wzorem swojego chrzestnego, nałożyłem sobie na talerz sporą ilość ćwikły domowej roboty. Po pierwszym kęsie poczułem, że mój przełyk wypełniają ognie piekielne. Taaak, kiedyś chrzan był chrzanem, święta świętami, a ludzie ludźmi.

Dzień później obudziłem się jako pierwszy. „Uzbrojony” po zęby zacząłem odwiedzać kolejnych domowników i gości. Byłem jak bezlitosny snajper. Unosiłem w dłoni wypełnioną wodą żabę, oceniałem odległość do celu, i wreszcie – cel!, pal! W chwilę potem w całym mieszkaniu słychać było krzyki mokrych, wybudzonych ze świątecznego snu „ofiar”. Jednak prawdziwy Armagedon rozpętał się dopiero wtedy, kiedy do akcji włączył się mój, wspomniany tu już, chrzestny. Z wiadrem pełnym wody podszedł majestatycznym krokiem do okna i rozejrzał się wokół siebie. Nagle, ku przerażeniu mojej matki, odsunął firankę, traktując układane przez nią własnoręcznie falbany z nonszalancją, na którą może sobie pozwolić tylko mężczyzna. Otworzył okno, wypatrzył jakąś nieświadomą zagrożenia niewiastę i… chluuust! Biedaczka musiała wracać się do domu.

Kilka lat później nastąpiła gwałtowna wolta. Już nie trzeba było wstawać o trzeciej nad ranem, żeby kupić kawałek mięsa. Nie było kartek. Kolejki zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskie różdżki. Z drugiej strony ludzie przestali się odwiedzać, ćwikła straciła swój dawny smak, a latanie z wiadrem po ulicy stało się szczytem obciachu. No tak, ale to już jest zupełnie inna historia…

Obejrzyj także film “Zwyczaje Wielkanocne na Śląsku”

źródło: YouTube/MOK Jastrzębie-Zdrój

Wpisy na temat “Święta, ćwikła i ludzie…”

Twój wpis

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Również warto przeczytać
Idzie zima. Czy przetrwamy i wystarczy nam pieniędzy?
radiator
Wsłuchuję się w morze informacji codziennie serwowanych w programach informacyjnych. Nawet niedawno (wbrew swoim zasadom) postanowiłem obejrzeć „dziennik telewizyjny” w telewizji rządowej. Byłem nieomal szczęśliwy, ekstaza, rzekłbym „orgazm intelektualny”. Kraj...
Trudny kompromis
PSE
Budowa linii 400 kV Godów – Pawłowice wchodzi w kolejny etap prac. To strategiczna inwestycja dla Śląska. Polskie Sieci Elektroenergetyczne S.A. zakończyły prace nad studium wykonalności projektu budowy linii 400...
"Towaaar przywieźli!!!"
b1cbfb2c
Taki obrazek rodzajowy. Była trzecia, może czwarta nad ranem. Za oknem panowały wciąż grudniowe ciemności. Do pokoju, w którym spałem, wkradał się anemiczny snop światła. Wstałem, przetarłem z dziecięcą manierą...
Ile kosztuje magister?
studies-g0a9142017_640
Wpisujemy kilka niepozornych słów. „Pisanie prac magisterskich – Jastrzębie-Zdrój”. Potem machinalnie przyciskamy klawisz „enter”. Zaś efekt naszej zapobiegliwości szybko zostaje wynagrodzony. Ekran komputera wypełniają najpopularniejsze ogłoszenia. „Gotowe prace dyplomowe, eseje...
Czy kolej wróci do Jastrzębia?
IMG_20220810_061634
Aby przyciągnąć turystów z zaborów pruskiego, rosyjskiego i Austro-Węgier do obecnego Jastrzębia-Zdroju (kiedyś Bad Koenigsdorff Jastrzemb), wybudowano kolej i stację kolejową. Dla kolejarzy oraz obsługi pociągów postawiono niedaleko dworca budynek,...
Dzieci to zbędny balast?
boy-g6a0eea0e9_640
Co robią nasze dzieci po szkole? Kto powinien sprawować nad nimi opiekę? Kiedy już szkolny plecak wyląduje niedbale w kącie? W sposób naturalny nasz wybór pada na rodziców. Ci jednak...
Przewiń do góry
radiator
Idzie zima. Czy przetrwamy i wystarczy nam pieniędzy?