
“Dlaczego pan to robi?” Patrzy jakby nie rozumiejąc. “Bo przecież trzeba” – odpowiada. – “Oni tam tego potrzebują. Walczą też dla nas”. Ostatnio zawiózł im … samochód strażacki. Nie zabawkę, prawdziwy, stary, z demobilu, ale jeszcze sprawny.
Jak to się wszystko zaczęło?
Pojechałem tam pierwszy raz w grudniu 2021 roku, żeby zobaczyć wieś, z której pochodziła moja rodzina. A dokładniej dziadkowie mojej matki. To byli oczywiście Polacy, a wieś leżała wtedy w Polsce, a teraz zaledwie 20 km od obecnej polskiej granicy. Pojechałem tam kompletnie nieprzygotowany i nie znając tam nikogo. Chciałem po prostu wreszcie zobaczyć to miejsce. Nie znałem w ogóle tamtejszego życia i tamtych warunków. I za tą nieświadomość przyszło mi trochę zapłacić. Dosłownie ! Za sam roaming zapłaciłem koło 1200 zł (śmiech). To było tylko rozpoznanie i zaplanowałem, że wrócę tam bardziej przygotowany w lutym przyszłego roku, w czasie ferii. Nie doszło do tego, bo Putin rozpoczął wojnę.
I co było dalej?
Na bazie ogólnopolskiego zrywu, kiedy to wszyscy rzucili się pomagać, uznałem że moje możliwości finansowe pozwolą mi na przygarnięcie dwóch ukraińskich rodzin i zapewnienie im pobytu w pensjonacie przez miesiąc. Chciałem dać im czas na ogarnięcie się tutaj, zadomowienie się i znalezienie mieszkania i pracy. I tak się stało. Poprzez znajomą Ukrainkę, która wcześniej pomogła mi szukać korzeni mojej rodziny, dostałem namiar na ukraińską rodzinę: babcię, matkę i dwoje dzieci. Jedno dziecko miało siedem lat, a drugie zaledwie półtora roku. Potem trafiłem na drugą rodzinę: babcię, mamę i córkę. Byli bardzo wystraszeni, nie wiedzieli co ich czeka, mówili tylko po ukraińsku lub po rosyjsku. Szczęśliwie wszystko się udało, dzisiaj mieszkają tutaj, pracują na tutejszym rynku, a dzieci chodzą do szkół. Byli bardzo wdzięczni mi i innym, którzy wtedy tutaj im pomagali. Ale ja wiedziałem, że ten ogólnopolski zryw długo nie potrwa, a potem nawet odbije się w drugą stronę, będą brać górę odwrotne postawy. I nawet ich trochę o tym uprzedzałem.
Utrzymuje pan dalej z nimi kontakt?
Tak, oczywiście. Zwłaszcza z jedną rodziną. Później byłem nawet u ich rodziny na wschodzie Ukrainy i poznałem ich szerzej. W pewnym momencie zapytali mnie o pomoc w zdobyciu wyposażenia wojskowego dla kogoś z ich rodziny, kto był na froncie. Chodziło zwłaszcza o nowoczesnych hełm wojskowy. Niełatwo było go zdobyć, ale w końcu kupiliśmy go ze znajomym za około 2000 zł. W kwietniu 2022 pojechałem tam osobiście, żeby przekazać ten hełm i inne wyposażenie (plecaki, kamizelki, środki opatrunkowe). Potem już sam stwierdziłem, że zrobię zbiórkę produktów spożywczych i zawiozę do wioski mojego dziadka. Tam są naprawdę bardzo biedni ludzie. Miałem w aucie osobowym około półtorej tony towaru, ale stare auto odmówiło posłuszeństwa już pod Krakowem. Musiałem rozbić to na dwa wyjazdy nowym samochodem.
A kolejne wyjazdy?
Potem jeździłem na tereny przedwojennej Polski, około 150 – 170 km od granicy. Ludzie tam w ogóle są bardzo biedni, ale zawsze przyjmowali mnie bardzo serdecznie, zawsze wracałem z ich przetworami, które mi wciskali. Robią tam najlepsze ogórki kiszone na świecie (śmiech). Przynajmniej tak starali się zrewanżować. Poznałem tam też wolontariusza, który pomaga żołnierzom ze swojej miejscowości. Tak spłaca dług wdzięczności za co swojego przyjaciela, który zasłaniając go, zginął podczas wydarzeń w Kijowie, na Majdanie w 2014 roku. Tamtejsza pani sołtys wytypowała 12 rodzin z czterech małych wiosek, które mają bliskich na froncie. Dostarczałem im obuwie wojskowe, ubrania na zimę, ogrzewacze chemiczne oraz opatrunki taktyczne. Z czasem ta liczba 12 żołnierzy zmniejszała się, niektórzy zginęli inni zaginęli bez wieści. Pomagałem wdowom, dzieciom i rodzinom poległych czy zaginionych, również finansowo jak mogłem.
Dwa lata temu zginął na froncie
Co jeszcze pan wozi?
Samochody. To kolejna gałąź pomocy. Jestem kierowcą – zawożę auta na front lub w jego okolice. Byłem najbliżej jakieś 10 – 15 km od linii frontu, na przykład w okolicach Kramatorska czy Słowiańska. Tam trwają największe walki. Teraz tam znacznie trudniej dojechać, bo jest tam ta strefa śmierci. Wszystko, co się porusza blisko frontu, jest atakowane przez drony, więc bardzo łatwo jest przenieść się na drugi świat. Więc wożę te samochody, oczywiście też z różnymi innymi rzeczami, tylko do tej mojej wioski. Jest jeszcze jeden powód dlaczego właśnie tylko tam. Ich żołnierzom na froncie bardzo trudno dostać urlop. Mocno to ułatwia, jeśli trzeba coś przewieźć dla ich kompanii. Więc robię teraz tak, że informuje ich, że przywiozłem na przykład samochód i jakiś chłopak dostaje przepustkę żeby im go przewieźć. W ten sposób może przynajmniej spotkać się z rodziną i trochę odetchnąć.
A a skąd te samochody?
Samochody są im tam bardzo potrzebne. Jest taka ogólnopolska grupa, która zbiera na te samochody i potem ściąga je z zachodu. Oczywiście muszą być na chodzie żeby je tam zaprowadzić. I między innymi ja je tam wożę Ostatnio zaprowadziłem tam samochód strażacki.
Samochód strażacki? Prawdziwy? A skąd?
Z Wielunia. Z ochotniczej straży pożarnej. Chcieli się go pozbyć, nie potrzebowali go już i był na chodzie, to go kupiliśmy i go tam zawiozłem. Tam w całej okolicy nie ma żadnego samochodu strażackiego. Teraz szukamy do niego wyposażenia, oczywiście też z demobilu.

Skąd ma pan pieniądze na te podróże i różne rzeczy które pan tam wozi?
Finansuje to głównie z własnych zarobków – wydałem już na to tysiące złotych. Czasem pomagają mi w tym znajomi. Ale już coraz rzadziej. Na początku podczas tego zrywu ogólnopolskiego było łatwiej coś zebrać. Ale stopniowo nastawienie się zmieniało, tak że już teraz nie zabiegam tu o to. Dzięki internetowi mam kontakt z ludźmi z całej Polski i oni pomagają jak mogą. Ale ich jest też coraz mniej.
Ile razy pan tam był?
Ponad 30 razy. Samych samochodów odstawiłem tam już kilkanaście.
A jak tamtejsi ludzie się do pana odnoszą?
Bardzo serdecznie. Jak tam przyjeżdżam, to schodzi się prawie cała wioska, bo Polak znowu przyjechał.
Tak pana nazywają?
Tak najczęściej. I nie ukrywam że sprawia mi to przyjemność.
Dlaczego dlaczego pan to robi? Zwłaszcza kiedy ten ogólnopolski zryw się skończył.
Bo tak trzeba. Bo oni tego potrzebują. Potrzebują naszej pomocy. Biją się też za nas. Dopóki się bronią, Putin nas nie zaatakuje. Dopóki Putin w nich strzela rakietami, to nie strzela w nas. I dlatego, że giną i cierpią.
Jest stąd. Przypadkowo dowiedzieliśmy się o jego działalności już jakiś czas temu, ale nie chciał o tym rozmawiać, choć naciskaliśmy. Dopiero teraz, w czwartą rocznicę rosyjskiej agresji “zmiękł”. Nie chce się ujawniać, nie chce uznania, a już dopiero nie chce hejtu.





