“Co wy robicie z tą Polską?!”

„Oto mój dziadek Lucjan Berg, urodzony 29 maja 1901 roku w Warszawie. Jeden z sześciorga rodzeństwa. W swoim rodzinnym mieście wstąpił do Legionów Piłsudskiego. Miał wtedy dokładnie 19 lat” – jastrzębianka, Lucyna Maryniak, pochyla się nad starą fotografią, na której widać dziadka w towarzystwie trzech najważniejszych kobiet w jego życiu – żony i dwóch córek.

„Po bitwie o Warszawę gonił bolszewików aż do Białej Cerkwi” – mówi pani Lucyna – „Tam, jak opowiadał, dostaliśmy baty i na lorach ciężko ranny wrócił z innymi do stolicy”.

Nasza rozmówczyni dodaje, że pamiątką tej bitwy była przestrzelona prawa stopa, bezwładna przy stawianiu każdego najmniejszego kroku. Pan Lucjan, odznaczony medalem z porcelany za walkę w Legionach Piłsudskiego, nosił go dumnie w klapie marynarki przez długie lata. To był jego totem, pomnik wystawiony miłości do ojczyzny, takie małe godło.

Wichry wojny ucichły. W okresie międzywojennym los rzucił jej dziadka na wschodnie rubieże nowonarodzonej Polski, wyznaczając życie na Podlasiu.

„Ślub wziął w Białowieży z moją babcią Darią Żylewską. Tutaj rodzi się trójka ich dzieci. Irenka, Rysio i moja mama Halina – ona dokładnie w 1927 roku. Najstarsza dziewczynka po tragicznym upadku na lodzie – łyżwy dostała od św. Mikołaja – umiera w Hajnówce w wieku 10 lat, Rysio jako półtoraroczne dziecko” – wspomina, wodząc opuszkami placów wzdłuż brzegów fotografii.

W 1923 roku jej dziadkowie kupili w Hajnówce drewniany domek, w dzielnicy Rampa Reźnika, w PRL-u była to, a jakże, ulica Proletariacka, obecnie – 11 Listopada. Jednak życie nie znosi próżni. A każdy dzień dopisuje do niego szczególny aneks, który jedni nazywają przeznaczeniem, inni – zwykłym ludzkim losem.

I stało się tak, że Lucjan Berg przystał do socjalistów. Jako członek PPS-u brał udział w strajkach o ośmiogodzinny dzień pracy, o uszanowanie Święta Pracy i o godziwe traktowanie ludzi przez władzę. „Aresztowany przed kolejnymi obchodami 1 Maja, został wykupiony z aresztu przez posła Dubois. Wygarnął wtedy granatowemu policjantowi: ‘Zdrajco sprzedałeś nas!’” – Lucyna Maryniak zaciska teatralnym gestem pięść, jakby była świadkiem tamtych wydarzeń. Jak dodaje, wydana w międzywojennej Polsce broszura „Czerwona Hajnówka” wspominała dokładnie o tamtych wydarzeniach.

Wojenne demony odżyły. Wybuchła II wojna światowa. Po raz kolejny życie dopisało aneks do tej ludzkiej tułaczki. „W 1940 roku, kiedy do Hajnówki weszli Rosjanie, pozajmowali najlepsze domy. Nasz był z oszklonym gankiem, obrośnięty dzikim winem, więc tu wprowadził się Aleksiej, 26-letni oficer i jego młodsza o pięć lat żona – Anna” – słyszymy od naszej rozmówczyni.

Po chwili pani Lucyna kładzie na biurku niepozorną, papierową teczkę. Otwiera ją i wskazuje palcem na rubryki wypełnione starannym pismem. „W zachowanej książce meldunkowej, prowadzonej po rosyjsku, wszyscy domownicy, to znaczy moi dziadkowie i moja 14-letnia wówczas mama, są Polakami, ale Warszawa to już Niemcy. Wołkowysk, gdzie urodziła się babcia, to Federacja ZSRR, zaś Białowieża, miejsce urodzin mamy – ZSRR” – robi krótką pauzę. I już ciszej dodaje: „Polski nie ma!”

Wtedy dziadek, piłsudczyk, obawiając się o życie swoje i rodziny wyrzucił porcelanowy medal do ubikacji. Zostały tylko zdjęcia tego odznaczenia w klapie marynarki. I wspomnienie o wolnej Polsce, tłukące się jak ranny ptak w piersiach jej dziadków. „Babcia miała wtedy 34 lata, a dziadek – 39” – przypomina sobie.

Tymczasem wróćmy do Hajnówki.

Tutaj, w 1941 roku, rodzi się syn rosyjskiego oficera Wiktor. „W tej domowej książce meldunkowej jest po rosyjsku napisane, że byli z Ukrainy i mieszkali w Polsce do 1943 roku. Kiedy wojsko, oczywiście, także Aleksiej, zostało rozkazem wezwane do Rosji, ich rodziny pozostały w Hajnówce. Młody oficer prosił potem dziadka, aby nie pozwolił wyjechać żonie z dzieckiem. Że on po nich na pewno wróci” – relacjonuje jastrzębianka.

Teraz mały obrazek rodzajowy. Bardzo sugestywny. Ostatnimi furmankami cywile opuszczają Hajnówkę. Żona oficera Anna i jej syn Wiktor wyjeżdżają wspólnie z innymi kobietami i dziećmi. „Pamiętam, jak dziadek opowiadał, że ten oficer przyjechał po żonę i syna i płakał nad dziecięcym łóżeczkiem. Minęli się w drodze” – pada z jej ust.

I znowu gwałtowna wolta, smak wojennej zawieruchy… Właśnie Niemcy rozpoczynają inwazję na Związek Radziecki, zmienia się układ sił na politycznej szachownicy. Jak zauważa nasza rozmówczyni, nowi okupanci wchodząc do Hajnówki mieli już przygotowane listy mieszkańców z niemieckimi nazwiskami, takimi jak Berg, Jung czy Geryng.

„Ponieważ dziadek powiedział, że nie jest Niemcem, bo urodził się w Warszawie, został uderzony za tę Warszawę w twarz przez potężnego, niemieckiego oficera. Nagle poczuł krew w ustach i wybite zęby. Na biurku leżał pistolet bez kabury. Śmierć zajrzała mu w oczy…” – raz jeszcze spogląda na fotografię swojego dziadka, dumnie wypinającego pierś z porcelanowym medalem.

Pan Lucjan nie stracił rezonu – nawet wtedy, a bicie na Schule Polizei określał przewrotnie mianem „beczki śmiechu”. Volkslisty nigdy nie podpisał.

Ale wojna odcisnęła piętno nie tylko na dziadku pani Lucyny. Do Oświęcimia z Warszawy trafia dwoje braci Lucjana Berga – Rysiek, który przeżył tam trzy miesiące, i Henryk Berg. Ten drugi wraca do rodzinnego miasta ważąc zaledwie 27 kilogramów, 15 lat później jego wycieńczony organizm przegrywa walkę o życie. Natomiast siostra Lodzia ginie w Powstaniu Warszawskim.

„Historii zakazanej uczyłam się w domu jako dziecko w latach 50-tych i 60-tych  ubiegłego wieku. O Katyniu dowiedziałam się od dziadka, który pogroził mi palcem i powiedział: ‘Pamiętaj… wiesz to tylko dla siebie” i znaczącym gestem przyłożył palec do ust” – Lucyna Maryniak opisuje obrazowo scenę sprzed lat.

„W tym roku upływa sto lat od Bitwy Warszawskiej. To zachowane zdjęcie jest pamiątką po dziadku Lucjanie, a jego pamiętne słowa cytuję raz jeszce: ‘MYŚMY WAM TĘ POLSKĘ DALI, A CO WY Z NIĄ ROBICIE?!’ Jakie to jest aktualne i dziś…” – pada na koniec.


czwartek, 13 sie 2020, JasNe

Twój wpis

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry